Nie, mamo, zdecydowanie nie powinnaś teraz przyjeżdżać. Zastanów się sama podróż jest długa, cała noc w pociągu, a ty już nie jesteś młoda. Po co ci taki kłopot? Poza tym, wiosna się zaczyna, pewnie masz teraz mnóstwo roboty na działce mówi mi syn.
Synu, ale jak to po co? Przecież dawno cię nie widziałam. A i na twoją żonę bardzo chciałabym popatrzeć, jak to mówią, z synową trzeba się bliżej zapoznać mówię mu szczerze.
To może zróbmy tak: poczekaj jeszcze do końca miesiąca, a wtedy przyjedziemy wszyscy do ciebie, będzie więcej wolnego na Wielkanoc uspokaja mnie syn.
Właściwie już byłam gotowa ruszyć w drogę, ale mu uwierzyłam, obiecałam sobie zostać w domu i czekać.
Jednak nikt do mnie nie przyjechał. Kilka razy dzwoniłam do syna, ale on odrzucał połączenia. Potem sam oddzwonił i powiedział, że jest bardzo zajęty, żebym nie czekała.
Było mi tak przykro. Przecież przygotowywałam się na przyjazd syna i synowej. Ożenił się pół roku temu, a ja mojej synowej jeszcze ani razu nie widziałam.
Swojego syna, Pawła, urodziłam jak to mówią dla siebie. Miałam już trzydzieści lat, nigdy nie wyszłam za mąż. Uznałam, że chociaż dziecko warto mieć.
Może to grzech, ale nigdy tego kroku nie żałowałam, choć często było bardzo ciężko i ledwo wiązałyśmy koniec z końcem. Zawsze pracowałam na dwóch etatach, byle tylko mojemu dziecku niczego nie brakowało.
Syn dorósł i wyjechał na studia do Warszawy. Żeby go na początku wesprzeć, zaczęłam nawet jeździć do pracy sezonowej do Niemiec i wysyłać mu złotówki na czesne i utrzymanie w stolicy. Serce matki cieszyło się, że mogę synowi pomóc.
Paweł już na trzecim roku zaczął dorabiać, a po skończeniu studiów znalazł pracę i sam się utrzymywał.
Do domu syn przyjeżdżał rzadko, raz na rok. Ja w Warszawie, wstyd powiedzieć, nigdy nie byłam.
Myślałam, że choć jak będzie się żenił, to na pewno pojadę. Nawet specjalnie na ten cel zaczęłam odkładać pieniądze. Zebrałam 16 tysięcy złotych.
Pół roku temu zadzwonił: Mamo, żenię się!
Ale mamo, nie przyjeżdżaj teraz, bo tylko podpiszemy akt, a wesele zrobimy później ostrzegł mnie syn.
Zmartwiłam się, ale cóż. Paweł przedstawił mi synową przez wideorozmowę. Dziewczyna, wydaje się, porządna. Bardzo ładna. I bogata. Teść, jej ojciec, to jakiś wielki przedsiębiorca. Zostawało mi się tylko cieszyć, że synowi się poszczęściło.
Czas płynął, a syn do mnie nie przyjeżdża, nie zaprasza też do siebie. Nie mogłam się już doczekać, aż zobaczę synową i przytulę syna, więc zebrałam się, kupiłam bilet, spakowałam jedzenie z domu, własnoręcznie upiekłam chleb, wzięłam słoiki i pojechałam. Zadzwoniłam do syna tuż przed wejściem do pociągu.
No, mamo, nie przesadzaj. Po co przyjeżdżasz? Ja jestem w pracy, nie będę cię mógł odebrać. Masz adres, wezwij taksówkę powiedział Paweł.
Rano dotarłam do Warszawy, zamówiłam taksówkę i niemal zaniemówiłam na widok ceny za kurs. Ale poranny widok Warszawy był piękny, patrzyłam przez okno auta na drzewa, ludzie, wieżowce wirem kręciły się jak we śnie.
Drzwi otworzyła mi synowa, Jagoda. Ani się nie uśmiechnęła, ani nie przytuliła; po prostu poprowadziła do kuchni. Syna już nie było wyszedł wcześniej do pracy.
Rozpakowałam torbę: ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, marynowane grzybki, ogórki, pomidory, jeszcze parę słoików konfitur. Synowa obserwowała to w ciszy, aż w końcu powiedziała, że niepotrzebnie to wszystko przywiozłam, bo oni takich rzeczy nie jedzą i w ogóle ona nie gotuje w domu.
To co jecie? zdziwiłam się.
Codziennie dostarczają nam jedzenie. Nie lubię gotować, później w kuchni brzydko pachnie odpowiedziała Jagoda.
Nie zdążyłam ochłonąć, jak do kuchni wszedł chłopczyk, może trzyletni.
Poznaj, to mój syn, Maurycy wyjaśnia synowa.
Maurycy? dopytałam.
Tak, Maurycy. Nie lubię, jak ktoś przekręca imię.
Jak sobie życzysz, Jagódko.
Nie jestem Jagódka, tylko Jagoda. W mieście nikt nie przekręca imion, ale skąd pani ze wsi ma to wiedzieć
Miałam ochotę płakać. I nie przez to, że Paweł ożenił się z kobietą z dzieckiem, ale przez to, że nic mi o tym nie powiedział.
Ale to jeszcze nie był koniec niespodzianek. Spojrzałam na ścianę ogromny, ślubny portret.
O, skoro nie było wesela, to przynajmniej piękne zdjęcia zrobiliście rzuciłam, próbując zmienić temat.
Jak to nie było wesela? Było, na 200 osób. Tylko pani nie było, Paweł mówił, że pani zachorowała. Może to i lepiej zmierzyła mnie wzrokiem synowa.
Śniadanie pani zje?
Tak
Jagoda postawiła przede mną filiżankę herbaty i kawałki drogiego sera. To dla niej był cały posiłek.
Ja tak nie umiem po podróży muszę zjeść naprawdę. Postanowiłam usmażyć jajka, przecież chleb mam własny. Ale synowa natychmiast mi zabroniła zapach.
Chleba zjeść nie chciała powiedziała, że ona i Paweł jedzą tylko zdrowo.
Ja już też nie chciałam. Przykro mi było, bo syn wstydził się zaprosić mnie na swoje wesele. Tyle lat czekałam, pieniądze odkładałam, a tu wszystko na nic.
Siedzę z herbatą, synowa milczy. Zrobił się jakiś nienaturalny bezruch. Wtedy dziecko przyszło i tuliło się do mnie. Chciałam przytulić małego, ale Jagoda odsunęła go, jakby bała się zarazków.
Dla dziecka nie miałam upominku, więc dałam mu słoik malinowej konfitury żeby miał smakołyk do naleśników. Synowa wyrwała dziecku słoik z rąk i syknęła:
Ile razy mam powtarzać? Jesteśmy na diecie cukru nie jemy!
Poczułam, że zaraz się rozpłaczę. Herbaty nie dopiłam. Poszłam do przedpokoju, zaczęłam się ubierać. Synowa nawet nie zapytała, gdzie idę.
Wyszłam pod blok i usiadłam na ławce. Chciało mi się płakać jak nigdy w życiu.
Po jakimś czasie widzę, synowa wychodzi z dzieckiem i całą moją wałówkę wynosi do śmietnika.
Nie miałam słów. Gdy poszła dalej, zapakowałam swoje słoiki z powrotem i po prostu poszłam na dworzec. Udało mi się kupić bilet powrotny, ktoś akurat zrezygnował.
Przy dworcu była baryłka. Zamówiłam barszcz, kawałek smażonego mięsa, ziemniaki z surówką. Byłam naprawdę głodna. Zapłaciłam sporo, ale czy nie zasłużyłam?
Torby zostawiłam w skrytce i poszłam jeszcze na spacer po Warszawie. Miasto mi się spodobało, przez chwilę zapomniałam o wszystkim.
W pociągu w ogóle nie spałam. Całą drogę płakałam. Ból sprawiło mi nie tylko to, że syn nawet nie zadzwonił, żeby spytać, gdzie jestem.
Prędzej śnieg w lipcu bym zobaczyła, niż myślała, że moje dziecko mnie tak potraktuje. Paweł mój jedyny syn, na którym wszystko budowałam, a na końcu okazało się, że jestem mu zbędna.
Teraz się zastanawiam, co zrobić z tymi oszczędnościami, które odkładałam na jego wesele te 16 tysięcy złotych. Oddać mu, żeby wiedział, że matka zawsze o nim pamięta? Czy już nic nie dawać, skoro nie zasłużył?



