— Mamo, nie mogłem go zostawić — wyszeptał Mikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. Mikita miał czternaście lat i cały świat był przeciwko niemu. A właściwie – nikt nie chciał go zrozumieć. — Znowu ten łobuz! — mruczała ciotka Krysia z trzeciej klatki, przechodząc pospiesznie na drugą stronę podwórka. — Wychowuje go jedna matka. Oto efekt! Mikita szedł dalej, ręce w kieszeni podartych dżinsów, udając, że nie słyszy. Choć słyszał. Mama pracowała – znów do późna. Na kuchennym stole karteczka: „Kotlety są w lodówce, podgrzej.” I cisza. Zawsze ta cisza. Idąc ze szkoły, gdzie znów „rozmawiano” z nim o zachowaniu, Mikita czuł, że dla wszystkich stał się problemem. Rozumiał to. Ale co z tego? — Hej, chłopaku! — zawołał pan Wiesiek z pierwszego piętra. — Widziałeś tu kulawego psa? Trzeba go przegonić. Mikita przystanął. Rzeczywiście – przy śmietnikach leżał pies. Nie szczeniak, dorosły rudzielec z białymi plamami, leżał nieruchomo, tylko oczy śledziły ludzi. Mądre oczy. I smutne. — Niech go ktoś w końcu przepędzi! — przytaknęła ciotka Krysia. — Chory jakiś! Mikita podszedł bliżej. Pies nie drgnął, tylko słabo merdał ogonem. Na tylnej łapie zakrzepła krew i rozerwana rana. — Na co stoisz?! — rzucił zirytowany pan Wiesiek. — Zamachaj kijem, przegoń! Wtedy Mikicie coś pękło w środku. — Spróbujcie go tylko dotknąć! — wybuchnął, zasłaniając psa. — Przecież nikomu nie robi krzywdy! — No masz, — zdziwił się Wiesiek. — Obrońca się znalazł. — I będę go bronił! — Mikita przykucnął przy psie, ostrożnie wyciągnął rękę. Rudzielec powąchał palce i polizał dłoń. Coś ciepłego rozlało się w Mikicie. Pierwszy raz od dawna ktoś był dla niego łagodny. — Chodź ze mną — wyszeptał do psa. W domu ułożył legowisko ze starych kurtek w kącie swojego pokoju. Mama wracała dopiero wieczorem – nikt nie będzie krzyczał ani wyrzucał „zarazy”. Rana wyglądała źle. Mikita szperał w internecie, jak ratować zwierzęta. Sapał przy medycznych zwrotach, ale zapamiętywał każde słowo. — Trzeba przemyć wodą utlenioną — mruczał, grzebiąc w apteczce. — Potem jod na brzegi rany. Tylko ostrożnie, żeby nie bolało. Pies spokojnie podawał łapę i patrzył na Mikitę wdzięcznie — tak, jak od dawna nikt nie patrzył. — Jak ty się nazywasz? — Mikita owijał łapę bandażem. — Rudy jesteś… Rudy, tak cię nazwę? Pies cicho zaszczekał, jakby się zgodził. Wieczorem weszła mama. Mikita był gotów na awanturę, ale mama tylko spojrzała na Rudego, dotknęła bandaża. — Sam opatrzyłeś? — zapytała cicho. — Sam. Z internetu się nauczyłem. — A czym będziesz karmił? — Coś wymyślę. Mama patrzyła długo na syna, potem na psa, który lizał jej rękę. — Jutro pojedziemy do weterynarza — zdecydowała. — Zobaczymy, co z łapą. A imię już jest? — Rudy — rozpromienił się Mikita. Pierwszy raz od miesięcy nie było ściany niezrozumienia. Rano Mikita obudził się godzinę wcześniej niż zwykle. Rudy próbował wstać, skomląc z bólu. — Leż, — uspokoił go Mikita. — Przyniosę wodę i coś do jedzenia. W domu nie miał karmy, więc oddał ostatni kotlet, namoczył chleb w mleku. Rudy jadł łapczywie, ale delikatnie, wylizując każdą okruszynę. W szkole pierwszy raz od dawna Mikita nie odgryzał się nauczycielom — myślał tylko o Rudym. Czy go nie boli? Czy nie tęskni? — Dziś jesteś inny — zdziwiła się wychowawczyni. Mikita tylko wzruszył ramionami. Nie chciał opowiadać — wyśmieją. Po lekcjach pędził do domu, ignorując sąsiadów. Rudy przywitał go radosnym piskiem — już stał na trzech łapach. — Chcesz na spacer, przyjacielu? — z motywu zrobił smycz. — Ostrożnie, chroń łapkę. Na podwórku działy się cuda. Ciotka Krysia, widząc ich, o mało się nie zakrztusiła pestkami: — On go zabrał do domu! Mikita, zwariowałeś?! — Co takiego? — spokojnie odpowiedział chłopak. — Leczę go. Niedługo wyzdrowieje. — Leczyć?! — podeszła sąsiadka. — Skąd masz pieniądze na leki? Ukradłeś matce? Mikita zacisnął pięści, ale się powstrzymał. Rudy przytulił się do nogi — jakby czuł napięcie. — Nie kradnę. Wydaję swoje. Oszczędzałem z drugich śniadań — powiedział cicho. Pan Wiesiek pokręcił głową: — Chłopcze, wiesz, co robisz? To żywa istota. Trzeba ją karmić, leczyć, wyprowadzać. Teraz każdy dzień zaczynał się od spaceru. Rudy szybko dochodził do siebie, już biegał, choć kulał. Mikita uczył go komend — cierpliwie, godzinami. — Siad! Brawo! Daj łapę! No właśnie! Sąsiedzi obserwowali z daleka, jedni kręcili głową, inni się uśmiechali. Mikita widział tylko wierne oczy Rudego. Zmienił się — nie od razu, lecz powoli. Przestał być niegrzeczny, sprzątał w domu, poprawił stopnie. Miał cel. To był dopiero początek. Po trzech tygodniach wydarzyło się najgorsze. Mikita wracał z Rudym z wieczornego spaceru, gdy zza garaży wyskoczyła wataha bezdomnych psów. Pięć albo sześć, złych, głodnych, z błyszczącymi oczami. Największy, czarny, szczerzył zęby i podchodził przodem. Rudy instynktownie cofnął się za plecy właściciela. Łapa wciąż bolała, biegać nie mógł. Tamte psy wyczuły słabość. — Wracajcie! — krzyknął Mikita, machając smyczą. — Odejdźcie! Ale wataha nie odpuszczała. Okrążyło ich. Czarny warczał coraz głośniej, gotów do skoku. — Mikita! — rozległ się kobiecy krzyk znad okien. — Uciekaj! Zostaw psa i uciekaj! To była ciotka Krysia, za nią inne twarze sąsiadów. — Nie kozacz! — wrzasnął pan Wiesiek. — Kulawy pies i tak nie ucieknie! Mikita spojrzał na Rudego. Pies drżał, ale nie uciekł. Przykleił się do nogi właściciela, gotów dzielić los. Czarny pies skoczył pierwszy. Mikita zasłonił się rękami, ale uderzenie trafiło w ramię. Ostro wbiły się zęby przez kurtkę. Rudy, mimo chorej łapy i strachu, rzucił się bronić właściciela — chwycił wodza za nogę, zawisł na niej całym ciałem. Zaczęła się walka — Mikita bronił się nogami i rękami, chciał osłonić Rudego. Otrzymał ukąszenia, zadrapania, ale nie cofnął się. — Boże, co tu się dzieje! — lamentowała z góry ciotka Krysia. — Wiesiek, zrób coś! Pan Wiesiek zbiegł po schodach, łapał kij, pręt – co popadnie. — Trzymaj się chłopaku! — krzyczał. — Zaraz pomogę! Mikita już opadał z sił, gdy usłyszał znajomy głos: — A teraz wynocha! To była mama. Wpadła z wiadrem wody i oblała psy. Wataha odskoczyła, warknęła. — Wiesiek, pomóż! — wołała. Pan Wiesiek podbiegł z kijem, inni sąsiedzi z góry. Bezdomni zrozumieli, że przegrają, uciekli. Mikita leżał na asfalcie, przyciskając Rudego. Obaj we krwi, drżeli. Ale przeżyli. — Synku… — mama przyklękła, obejrzała rany. — Ale mnie wystraszyłeś. — Nie mogłem go zostawić, mamo… — wyszeptał Mikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. — Rozumiem — odpowiedziała cicho. Ciotka Krysia zbliżyła się. Patrzyła na chłopca inaczej — jakby widziała go pierwszy raz. — Chłopcze… Przez psa mogłeś … No, zginąć… — To nie „przez psa”, — wtrącił pan Wiesiek. — To przez przyjaciela. Pani Krysio, rozumie pani różnicę? Sąsiadka pokiwała głową. Po policzkach spłynęły jej łzy. — Chodźcie do domu — powiedziała mama. — Trzeba opatrzyć rany. I Rudego. Mikita ledwo wstał, wziął psa na ręce. Rudy piszczał, ogon ledwo drgał — cieszył się, że są razem. — Zaczekajcie — zatrzymał ich Wiesiek. — Jutro do weterynarza? — Tak. — Zawiozę was. Samochodem. Zapłacę za leczenie — pies okazał się Bohaterem. Mikita patrzył zdumiony. — Dziękuję, panie Wieśku. Ale sam sobie poradzę. — Nawet nie dyskutuj. Odspracujesz, oddasz. A na razie… — klepnął chłopca w ramię. — Na razie jesteśmy z ciebie dumni. Prawda? Sąsiedzi kiwali głowami. Minął miesiąc. Zwykły październikowy wieczór, Mikita wraca z kliniki, gdzie pomaga wolontariuszom w weekendy. Rudy biega obok – łapa się zagoiła, kulał już tylko troszeczkę. — Mikita! — zawołała ciotka Krysia. — Chwileczkę! Chłopak się zatrzymał, spodziewając się kolejnej nagany. Ale sąsiadka podała mu reklamówkę z karmą. — To dla Rudego — powiedziała zawstydzona. — Dobra karma, droga. Tak się nim opiekujesz. — Dziękuję, ciociu Krysiu, — ucieszył się. — Ale mamy już karmę. Zarabiam w klinice, pani doktor Anna mi płaci. — Weź i tak. Przyda się. W domu mama szykowała kolację. Widząc syna, uśmiechnęła się: — Jak tam w klinice? Anna zadowolona? — Mówi, że mam dobre ręce. I cierpliwość. — Mikita pogładził Rudego. — Chyba zostanę weterynarzem. Serio myślę. — A nauka? — Okej. Nawet pan Wojciech od fizyki chwali. Mówi, zrobiłem się uważny. Mama kiwnęła głową. Syn zmienił się nie do poznania. Nie pyskował, pomagał w domu, witał się z sąsiadami. I najważniejsze – miał cel. Marzenie. — Wiesz — powiedziała mama — jutro Wiesiek przyjdzie. Ma dla ciebie pracę. Potrzebny pomocnik w hodowli u znajomego. Mikita promieniał: — Naprawdę? Mogę zabrać ze sobą Rudego? — Myślę, że tak. To już prawie pies służbowy. Wieczorem Mikita siedział z Rudym na ławce. Trenowali komendę „pilnuj”. Pies się starał, patrząc oddanymi oczami. Pan Wiesiek przysiadł obok. — Jutro jedziecie do hodowli? — Tak. Z Rudym. — To idź spać wcześnie. Ciężki dzień. Kiedy Wiesiek poszedł, Mikita został chwilę dłużej. Rudy położył pysk na kolanach właściciela, westchnął zadowolony. Odnaleźli się. I już nigdy nie będą samotni.

Nie mogłem go zostawić, mamo wyszeptał Michał. Rozumiesz? Nie potrafiłem.

Michał miał wtedy czternaście lat, a świat wydawał się być przeciwko niemu. A przynajmniej nikt nie chciał go zrozumieć.

Znów ten łobuz! mruczała ciotka Klaudia z trzeciej klatki, śpiesznie przechodząc na drugą stronę podwórka. Sama matka wychowuje. Oto skutki!

A Michał szedł obojętnie, z rękami w kieszeniach podartych jeansów, udając, że nie słyszy. Choć słyszał wszystko doskonale.

Matka pracowała jak zwykle do późna. Na stole w kuchni kartka: Kotlet w lodówce, podgrzej. I cisza. Zawsze ta cisza.

Właśnie wracał ze szkoły, gdzie nauczyciele po raz kolejny napominali go na temat zachowania. Jakby nie wiedział, że stał się dla wszystkich problemem. Rozumiał to dobrze. Ale co z tego?

Ej, chłopcze! zagaił pan Wojtek, sąsiad z pierwszego piętra. Widziałeś tu kulawą psinę? Trzeba by ją przepędzić.

Michał zatrzymał się. Przyjrzał się.

Przy śmietnikach faktycznie leżał pies. Nie szczeniak dorosły, rudy z białymi łatami. Leżał nieruchomo, tylko oczy nie spuszczały ludzi z widoku. Mądre oczy. I smutne.

A niech go ktoś pogoni! dopowiadała ciotka Klaudia. Chyba chory!

Michał podszedł bliżej. Pies nie ruszył się, tylko lekko machał ogonem. Na łapie rozległa rana, zaschnięta krew.

Po co stanąłeś? rzucił zirytowany pan Wojtek. Weź kij, przepędź!

I wtedy coś w Michałku pękło.

Nie ważcie się go dotknąć! wybuchł, zasłaniając psa. Nikomu nic złego nie zrobił!

No patrzcie, obrońca zdziwił się pan Wojtek.

Będę go bronił! Michał kucnął przy psie, ostrożnie wyciągnął rękę. Pies obwąchał palce i łagodnie polizał jego dłoń.

Coś ciepłego rozlało się w sercu chłopca. Pierwszy raz ktoś okazał mu dobroć.

Chodź wyszeptał do zwierzaka. Idź ze mną.

W domu urządził mu legowisko ze starych kurtek i płaszczy w kącie pokoju. Matka była w pracy do późna, więc nikt nie miał go wyganiać ani wyzywać psa od zakały.

Rana wyglądała źle. Michał usiadł przy komputerze, przeszukiwał artykuły o pierwszej pomocy dla zwierząt. Czytał, marszcząc czoło przy trudniejszych słowach, ale wytrwale uczył się każdego kroku.

Trzeba przemyć wodą utlenioną mamrotał, grzebiąc w apteczce. Potem brzegi jodyną. Tylko ostrożnie, żeby nie bolało.

Pies leżał spokojnie, ufnie poddając się opatrunkowi. Patrzył na Michała z wdzięcznością jak nikt na niego nie patrzył od dawna.

A jak cię nazwać? Michał bandażował łapę. Rudy jesteś Może Rudy?

Pies szczeknął cicho jakby się zgadzał.

Wieczorem przyszła matka. Michał nastawił się na awanturę, ale ona tylko cicho przyjrzała się Rudemu, dotknęła bandaża.

Sam opatrzyłeś? zapytała spokojnie.

Tak. W internecie sprawdziłem jak zrobić.

A czym go nakarmisz?

Coś wymyślę.

Matka długo patrzyła na syna, potem na psa, który ostrożnie lizał jej dłoń.

Jutro idziemy do weterynarza zdecydowała. Zobaczymy co z łapą. Imię już masz?

Rudy odparł Michał z uśmiechem.

Po raz pierwszy od miesięcy nie było między nimi muru niezrozumienia.

Rankiem Michał wstał wcześniej niż zwykle. Rudy próbował się podnieść, popiskiwał od bólu.

Leż spokojnie uspokajał. Zaraz dam ci wodę i jeść.

Nie miał w domu psiej karmy. Poświęcił ostatni kotlet, rozmoczył chleb w mleku. Rudy jadł łapczywie, ale delikatnie, zbierając każdy okruch.

W szkole Michał pierwszy raz od dawna nie odszczekiwał nauczycielom. Myślał tylko o jednym jak Rudy się czuje? Czy go nie boli? Czy nie tęskni?

Jakiś ty dziś inny zdziwiła się wychowawczyni.

Michał wzruszył ramionami. Nie chciał opowiadać wyśmialiby go.

Po lekcjach biegł prosto do domu, ignorując krzywe spojrzenia sąsiadów. Rudy witał go radosnym piskiem już umiał stać na trzech łapach.

Chcesz na dwór, przyjacielu? Michał zrobił z linki prowizoryczną smycz. Ale ostrożnie, szanuj nogę.

Na podwórzu zdarzyło się coś niezwykłego. Ciotka Klaudia, gdy ich zobaczyła, o mało nie zadławiła się słonecznikiem.

On go do domu wziął! Michał! Świata nie rozumiesz?!

Co w tym złego? spokojnie odparł chłopak. Leczę go. Zaraz wyzdrowieje.

Leczyć?! podeszła sąsiadka. A skąd masz pieniądze na leki? Kradniesz matce?

Michał zacisnął pięści, lecz się powstrzymał. Rudy przytulił się do jego nogi jakby wyczuwał napięcie.

Nie kradnę. Ze swoich wydatków. Na śniadania składałem powiedział cicho.

Pan Wojtek pokręcił głową:

Rozumiesz, że wziąłeś na siebie żywe stworzenie? To nie zabawka trzeba karmić, leczyć, wyprowadzać.

Każdy dzień zaczynał się teraz od spaceru. Rudy szybko doszedł do siebie, biegał już niemal jak dawniej, choć trochę utykał. Michał uczył go komend cierpliwie, godzinami.

Siad! Brawo! Daj łapę! Tak!

Sąsiedzi obserwowali z daleka. Jedni kręcili głową, inni uśmiechali się pod nosem. A Michał nie zauważał nic oprócz wiernych oczu Rudego.

Zmienił się. Powoli, stopniowo. Przestał być opryskliwy, zaczął sprzątać w domu, nawet oceny się poprawiły. Miał nowy cel. To był dopiero początek.

Po trzech tygodniach wydarzyło się to, czego Michał najbardziej się bał.

Wracali z Rudym z wieczornego spaceru, gdy zza garaży wybiegła banda podwórkowych psów. Pięć czy sześć, groźnych i głodnych, z płonącymi oczami. Ich przywódca, wielki czarny pies, wyraźnie ostrzył zęby i ruszył do przodu.

Rudy cofnął się za plecy Michała. Łapa bolała, dobrze biegać nie mógł. A tamte zwietrzyły słabość.

Do tyłu! zawołał Michał, wywijając smyczą. Wynoście się!

Ale banda nie ustępowała. Otaczała ich. Czarny warczał coraz głośniej, szykując się do skoku.

Michał! z góry krzyknęła nagle ciotka Klaudia. Biegnij! Zostaw psa!

Za nią w oknie pokazało się jeszcze kilka sąsiadek.

Chłopcze, nie bądź bohaterem! krzyczał pan Wojtek. On i tak nie ucieknie!

Michał spojrzał na Rudego. Rudy drżał, lecz nie uciekał. Przytulał się do nogi Michała, gotowy na wszystko.

Czarny pies skoczył pierwszy. Michał zasłonił się ramionami, ale ugryzienie trafiło w bark. Ostre kły rozdarły kurtkę, dotarły do skóry.

A Rudy, mimo bolącej łapy, mimo strachu, ruszył w obronie Michała. Wgryzł się w nogę przywódcy, zawisł całym ciałem.

Zaczęła się szamotanina. Michał odpierał ataki rękami, nogami, chronił Rudego przed kłami. Otrzymywał ugryzienia, zadrapania, ale nie ustępował ani o krok.

Jezus Maria, co tu się dzieje! lamentowała ciotka Klaudia. Wojtek, zrób coś!

Pan Wojtek zbiegł po schodach, chwytając kij czy metalowy pręt co mu wpadło w rękę.

Trzymaj się, chłopcze! wrzeszczał. Już cię ratuję!

Michał już padał pod naporem psów, gdy usłyszał znajomy głos:

Wynocha stąd!

To była matka. Wyskoczyła z klatki schodowej z wiadrem wody i oblała psy. Banda odskoczyła, warcząc.

Wojtek, pomóż! krzyknęła.

Pan Wojtek dopadł z kijem, jeszcze kilku sąsiadów wybiegło z wyższych pięter. Psy, widząc przewagę ludzi, rzuciły się do ucieczki.

Michał leżał na asfalcie, tulił Rudego. Oboje byli podrapani, krwawiący, drżący. Ale żywi. Razem.

Synku matka uklękła obok, oglądając rany. Ale mnie wystraszyłeś.

Nie mogłem go zostawić, mamo wyszeptał Michał. Rozumiesz?

Rozumiem odpowiedziała cicho.

Ciotka Klaudia zeszła na podwórko, podeszła bliżej. Patrzyła na Michała inaczej jakby widziała go po raz pierwszy.

Chłopcze wydusiła mógłbyś przez jakiegoś psa…

Nie przez psa niespodziewanie przerwał pan Wojtek. Przez przyjaciela. Rozumie pani różnicę, Klaudio?

Sąsiadka kiwnęła głową. Po policzkach spływały jej łzy.

Chodźmy do domu powiedziała matka. Trzeba opatrywać rany. I Rudego też.

Michał z trudem podniósł się, wziął psa na ręce. Rudy cicho popiskiwał, ale machał ogonem cieszył się, że jest blisko swojego pana.

Poczekajcie zatrzymał ich pan Wojtek. Jutro do weterynarza jedziecie?

Jedziemy.

Zawieźć was mogę. I leczenie opłacę pies się przecież wykazał.

Michał spojrzał zdumiony.

Dziękuję, panie Wojtku. Ale sam sobie poradzę.

Nie sprzeczaj się. Odkupisz, gdy zarobisz. A teraz poklepał go po ramieniu. Jesteśmy z ciebie dumni. Czyż nie?

Sąsiedzi przytaknęli milcząco.

Minął miesiąc. Zwyczajny październikowy wieczór, Michał wracał z przychodni weterynaryjnej, gdzie pomagał jako wolontariusz w soboty. Rudy biegał obok łapa już zagojona, ledwie widoczne utykanie.

Michał! zawołała ciotka Klaudia. Poczekaj!

Chłopiec zatrzymał się, gotowy na kolejną reprymendę. Ale sąsiadka wręczyła mu siatkę z karmą.

To dla Rudego powiedziała nieśmiało. Dobra karma, droga. Dbasz o niego.

Dziękuję, ciociu Klaudio ucieszył się Michał. Ale mamy zapas. Pracuję teraz w klinice, pani doktor Anna płaci.

Weź. Na przyszłość się przyda.

W domu matka szykowała kolację. Kiedy zobaczyła syna, uśmiechnęła się:

Jak tam w klinice? Doktor Anna zadowolona?

Mówi, że mam dobre dłonie. I cierpliwość. Może zostanę weterynarzem. Poważnie myślę.

A szkoła?

W porządku. Nawet pan Piotr od fizyki chwali. Mówi, że jestem uważniejszy.

Matka przytaknęła. W ciągu miesiąca jej syn zmienił się nie do poznania. Nie pyskował, pomagał w domu, nawet z sąsiadami rozmawiał. Ale najważniejsze znalazł cel. Marzenie.

Wiesz powiedziała jutro Wojtek zajrzy. Chce zaproponować dodatkową pracę. Zna kogoś, kto prowadzi hodowlę, szuka pomocnika.

Michał rozpromienił się:

Naprawdę? Mogę zabrać Rudego?

Sądzę, że tak. Rudy jest prawie jak służbowy pies.

Wieczorem Michał siedział z Rudym na podwórzu. Ćwiczyli nową komendę stróżuj. Pies sumiennie wykonywał polecenia, patrząc na pana oddanymi oczami.

Pan Wojtek przysiadł na ławce obok.

Jutro na pewno do hodowli jedziecie?

Tak, z Rudym.

To kładź się wcześniej spać. Dzień będzie ciężki.

Gdy pan Wojtek poszedł, Michał siedział jeszcze chwilę wśród ciszy. Rudy oparł łeb na jego kolanach, westchnął z zadowoleniem.

Znaleźli siebie. Nigdy już nie będą samotni.

Rate article
Fajna Tajna
— Mamo, nie mogłem go zostawić — wyszeptał Mikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. Mikita miał czternaście lat i cały świat był przeciwko niemu. A właściwie – nikt nie chciał go zrozumieć. — Znowu ten łobuz! — mruczała ciotka Krysia z trzeciej klatki, przechodząc pospiesznie na drugą stronę podwórka. — Wychowuje go jedna matka. Oto efekt! Mikita szedł dalej, ręce w kieszeni podartych dżinsów, udając, że nie słyszy. Choć słyszał. Mama pracowała – znów do późna. Na kuchennym stole karteczka: „Kotlety są w lodówce, podgrzej.” I cisza. Zawsze ta cisza. Idąc ze szkoły, gdzie znów „rozmawiano” z nim o zachowaniu, Mikita czuł, że dla wszystkich stał się problemem. Rozumiał to. Ale co z tego? — Hej, chłopaku! — zawołał pan Wiesiek z pierwszego piętra. — Widziałeś tu kulawego psa? Trzeba go przegonić. Mikita przystanął. Rzeczywiście – przy śmietnikach leżał pies. Nie szczeniak, dorosły rudzielec z białymi plamami, leżał nieruchomo, tylko oczy śledziły ludzi. Mądre oczy. I smutne. — Niech go ktoś w końcu przepędzi! — przytaknęła ciotka Krysia. — Chory jakiś! Mikita podszedł bliżej. Pies nie drgnął, tylko słabo merdał ogonem. Na tylnej łapie zakrzepła krew i rozerwana rana. — Na co stoisz?! — rzucił zirytowany pan Wiesiek. — Zamachaj kijem, przegoń! Wtedy Mikicie coś pękło w środku. — Spróbujcie go tylko dotknąć! — wybuchnął, zasłaniając psa. — Przecież nikomu nie robi krzywdy! — No masz, — zdziwił się Wiesiek. — Obrońca się znalazł. — I będę go bronił! — Mikita przykucnął przy psie, ostrożnie wyciągnął rękę. Rudzielec powąchał palce i polizał dłoń. Coś ciepłego rozlało się w Mikicie. Pierwszy raz od dawna ktoś był dla niego łagodny. — Chodź ze mną — wyszeptał do psa. W domu ułożył legowisko ze starych kurtek w kącie swojego pokoju. Mama wracała dopiero wieczorem – nikt nie będzie krzyczał ani wyrzucał „zarazy”. Rana wyglądała źle. Mikita szperał w internecie, jak ratować zwierzęta. Sapał przy medycznych zwrotach, ale zapamiętywał każde słowo. — Trzeba przemyć wodą utlenioną — mruczał, grzebiąc w apteczce. — Potem jod na brzegi rany. Tylko ostrożnie, żeby nie bolało. Pies spokojnie podawał łapę i patrzył na Mikitę wdzięcznie — tak, jak od dawna nikt nie patrzył. — Jak ty się nazywasz? — Mikita owijał łapę bandażem. — Rudy jesteś… Rudy, tak cię nazwę? Pies cicho zaszczekał, jakby się zgodził. Wieczorem weszła mama. Mikita był gotów na awanturę, ale mama tylko spojrzała na Rudego, dotknęła bandaża. — Sam opatrzyłeś? — zapytała cicho. — Sam. Z internetu się nauczyłem. — A czym będziesz karmił? — Coś wymyślę. Mama patrzyła długo na syna, potem na psa, który lizał jej rękę. — Jutro pojedziemy do weterynarza — zdecydowała. — Zobaczymy, co z łapą. A imię już jest? — Rudy — rozpromienił się Mikita. Pierwszy raz od miesięcy nie było ściany niezrozumienia. Rano Mikita obudził się godzinę wcześniej niż zwykle. Rudy próbował wstać, skomląc z bólu. — Leż, — uspokoił go Mikita. — Przyniosę wodę i coś do jedzenia. W domu nie miał karmy, więc oddał ostatni kotlet, namoczył chleb w mleku. Rudy jadł łapczywie, ale delikatnie, wylizując każdą okruszynę. W szkole pierwszy raz od dawna Mikita nie odgryzał się nauczycielom — myślał tylko o Rudym. Czy go nie boli? Czy nie tęskni? — Dziś jesteś inny — zdziwiła się wychowawczyni. Mikita tylko wzruszył ramionami. Nie chciał opowiadać — wyśmieją. Po lekcjach pędził do domu, ignorując sąsiadów. Rudy przywitał go radosnym piskiem — już stał na trzech łapach. — Chcesz na spacer, przyjacielu? — z motywu zrobił smycz. — Ostrożnie, chroń łapkę. Na podwórku działy się cuda. Ciotka Krysia, widząc ich, o mało się nie zakrztusiła pestkami: — On go zabrał do domu! Mikita, zwariowałeś?! — Co takiego? — spokojnie odpowiedział chłopak. — Leczę go. Niedługo wyzdrowieje. — Leczyć?! — podeszła sąsiadka. — Skąd masz pieniądze na leki? Ukradłeś matce? Mikita zacisnął pięści, ale się powstrzymał. Rudy przytulił się do nogi — jakby czuł napięcie. — Nie kradnę. Wydaję swoje. Oszczędzałem z drugich śniadań — powiedział cicho. Pan Wiesiek pokręcił głową: — Chłopcze, wiesz, co robisz? To żywa istota. Trzeba ją karmić, leczyć, wyprowadzać. Teraz każdy dzień zaczynał się od spaceru. Rudy szybko dochodził do siebie, już biegał, choć kulał. Mikita uczył go komend — cierpliwie, godzinami. — Siad! Brawo! Daj łapę! No właśnie! Sąsiedzi obserwowali z daleka, jedni kręcili głową, inni się uśmiechali. Mikita widział tylko wierne oczy Rudego. Zmienił się — nie od razu, lecz powoli. Przestał być niegrzeczny, sprzątał w domu, poprawił stopnie. Miał cel. To był dopiero początek. Po trzech tygodniach wydarzyło się najgorsze. Mikita wracał z Rudym z wieczornego spaceru, gdy zza garaży wyskoczyła wataha bezdomnych psów. Pięć albo sześć, złych, głodnych, z błyszczącymi oczami. Największy, czarny, szczerzył zęby i podchodził przodem. Rudy instynktownie cofnął się za plecy właściciela. Łapa wciąż bolała, biegać nie mógł. Tamte psy wyczuły słabość. — Wracajcie! — krzyknął Mikita, machając smyczą. — Odejdźcie! Ale wataha nie odpuszczała. Okrążyło ich. Czarny warczał coraz głośniej, gotów do skoku. — Mikita! — rozległ się kobiecy krzyk znad okien. — Uciekaj! Zostaw psa i uciekaj! To była ciotka Krysia, za nią inne twarze sąsiadów. — Nie kozacz! — wrzasnął pan Wiesiek. — Kulawy pies i tak nie ucieknie! Mikita spojrzał na Rudego. Pies drżał, ale nie uciekł. Przykleił się do nogi właściciela, gotów dzielić los. Czarny pies skoczył pierwszy. Mikita zasłonił się rękami, ale uderzenie trafiło w ramię. Ostro wbiły się zęby przez kurtkę. Rudy, mimo chorej łapy i strachu, rzucił się bronić właściciela — chwycił wodza za nogę, zawisł na niej całym ciałem. Zaczęła się walka — Mikita bronił się nogami i rękami, chciał osłonić Rudego. Otrzymał ukąszenia, zadrapania, ale nie cofnął się. — Boże, co tu się dzieje! — lamentowała z góry ciotka Krysia. — Wiesiek, zrób coś! Pan Wiesiek zbiegł po schodach, łapał kij, pręt – co popadnie. — Trzymaj się chłopaku! — krzyczał. — Zaraz pomogę! Mikita już opadał z sił, gdy usłyszał znajomy głos: — A teraz wynocha! To była mama. Wpadła z wiadrem wody i oblała psy. Wataha odskoczyła, warknęła. — Wiesiek, pomóż! — wołała. Pan Wiesiek podbiegł z kijem, inni sąsiedzi z góry. Bezdomni zrozumieli, że przegrają, uciekli. Mikita leżał na asfalcie, przyciskając Rudego. Obaj we krwi, drżeli. Ale przeżyli. — Synku… — mama przyklękła, obejrzała rany. — Ale mnie wystraszyłeś. — Nie mogłem go zostawić, mamo… — wyszeptał Mikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. — Rozumiem — odpowiedziała cicho. Ciotka Krysia zbliżyła się. Patrzyła na chłopca inaczej — jakby widziała go pierwszy raz. — Chłopcze… Przez psa mogłeś … No, zginąć… — To nie „przez psa”, — wtrącił pan Wiesiek. — To przez przyjaciela. Pani Krysio, rozumie pani różnicę? Sąsiadka pokiwała głową. Po policzkach spłynęły jej łzy. — Chodźcie do domu — powiedziała mama. — Trzeba opatrzyć rany. I Rudego. Mikita ledwo wstał, wziął psa na ręce. Rudy piszczał, ogon ledwo drgał — cieszył się, że są razem. — Zaczekajcie — zatrzymał ich Wiesiek. — Jutro do weterynarza? — Tak. — Zawiozę was. Samochodem. Zapłacę za leczenie — pies okazał się Bohaterem. Mikita patrzył zdumiony. — Dziękuję, panie Wieśku. Ale sam sobie poradzę. — Nawet nie dyskutuj. Odspracujesz, oddasz. A na razie… — klepnął chłopca w ramię. — Na razie jesteśmy z ciebie dumni. Prawda? Sąsiedzi kiwali głowami. Minął miesiąc. Zwykły październikowy wieczór, Mikita wraca z kliniki, gdzie pomaga wolontariuszom w weekendy. Rudy biega obok – łapa się zagoiła, kulał już tylko troszeczkę. — Mikita! — zawołała ciotka Krysia. — Chwileczkę! Chłopak się zatrzymał, spodziewając się kolejnej nagany. Ale sąsiadka podała mu reklamówkę z karmą. — To dla Rudego — powiedziała zawstydzona. — Dobra karma, droga. Tak się nim opiekujesz. — Dziękuję, ciociu Krysiu, — ucieszył się. — Ale mamy już karmę. Zarabiam w klinice, pani doktor Anna mi płaci. — Weź i tak. Przyda się. W domu mama szykowała kolację. Widząc syna, uśmiechnęła się: — Jak tam w klinice? Anna zadowolona? — Mówi, że mam dobre ręce. I cierpliwość. — Mikita pogładził Rudego. — Chyba zostanę weterynarzem. Serio myślę. — A nauka? — Okej. Nawet pan Wojciech od fizyki chwali. Mówi, zrobiłem się uważny. Mama kiwnęła głową. Syn zmienił się nie do poznania. Nie pyskował, pomagał w domu, witał się z sąsiadami. I najważniejsze – miał cel. Marzenie. — Wiesz — powiedziała mama — jutro Wiesiek przyjdzie. Ma dla ciebie pracę. Potrzebny pomocnik w hodowli u znajomego. Mikita promieniał: — Naprawdę? Mogę zabrać ze sobą Rudego? — Myślę, że tak. To już prawie pies służbowy. Wieczorem Mikita siedział z Rudym na ławce. Trenowali komendę „pilnuj”. Pies się starał, patrząc oddanymi oczami. Pan Wiesiek przysiadł obok. — Jutro jedziecie do hodowli? — Tak. Z Rudym. — To idź spać wcześnie. Ciężki dzień. Kiedy Wiesiek poszedł, Mikita został chwilę dłużej. Rudy położył pysk na kolanach właściciela, westchnął zadowolony. Odnaleźli się. I już nigdy nie będą samotni.