Zofia przeżyła ciężki poród, po którym lekarze rozłożyli ręce i stwierdzili, że więcej dzieci to już raczej nie będzie. Kiedy jej mąż, Robert, usłyszał te wieści, zamienił się w lodowaty słup soli zero czułości, zero wsparcia, tylko milczenie i wiecznie opuszczone kąciki ust. Tak przetrwali pół roku. Ale to nie koniec dramatu bo Robert nie dość, że miał na boku romans, to jeszcze jego kochanka spodziewała się bliźniąt. Nie zastanawiał się ani chwili, tylko zabrał swoje kapcie i wyszedł, zostawiając Zofię samą z ich malutką córeczką.
No i jak to w takich sytuacjach bywa, Zofia została z całym bałaganem na głowie. Na szczęście jej córka, Weronika, już od małego okazywała się rezolutną dziewczynką. Chodziła na różne zajęcia dodatkowe balet, plastyka, nawet karate przez chwilę. Weronika zawsze miała głowę pełną pomysłów. Najbardziej lubiła organizować sobie szkołę dla lalek sadzała je w kółku i prowadziła zajęcia, jakby była panią nauczycielką z powołania. Zofia patrzyła na to z czułością przecież córka to cały jej świat.
W szkole Weronika nie miała kłopotów z kolegami, szybko została duszą towarzystwa i samozwańczym przewodniczącym klasy. Z czasem zaczęła spotykać się z pewnym chłopakiem Michał miał swoje dziwactwa, ale za to cały czas gdzieś ich ciągnęło: na koncerty w plenerze, juwenalia, jakieś wieczory gier planszowych u znajomych. Weronika grała już wtedy na perkusji, chłopak na gitarze, i tak powstał zespół, który ku zaskoczeniu wszystkich wkrótce zdobył popularność w okolicach Krakowa. Życie płynęło im beztrosko, od koncertu do koncertu, od pizzerni do kawiarni.
Tylko Zofia coraz częściej zastanawiała się, kiedy doczeka się wnuków. Weronika miała już 29 lat, a jej mama czuła się coraz bardziej jak babcia emerytka bez obowiązków.
Kochanie, może już czas pomyśleć o dziecku? zagaiła raz przy niedzielnym rosole.
Mamo, chciałabyś, żebym była jak ciotka Jadzia? Czwórka dzieci, świat kończy się na pierogach, kaszce mannej i kupowaniu rajstop w promocji. To jest życie? Siedzi w domu, pucuje te podłogi, gotuje bez końca i śpiewa kołysanki.
Przecież nie musisz mieć czwórki. Jedno wystarczy, żeby babcię uszczęśliwić.
Mamo, zaakceptuj, nie chcemy dzieci. A jak kiedyś zmienimy zdanie, to po prostu adoptujemy jakiegoś malucha z domu dziecka.
Ale własne to co innego. Przemyśl, proszę.
Prosiłam, nie wracajmy do tematu, mamo.
Ostatecznie Weronika postanowiła powiedzieć mamie całą prawdę. Może życie jeszcze ją zaskoczy i pewnego dnia coś się odmieni W końcu, jak to mówią u nas, nigdy nie mów nigdy, zwłaszcza przy niedzielnym schabowym!


