Trzy miesiące temu moje życie nagle przybrało inny wymiar wszystko stało się jakby odwrotnym odbiciem w niespokojnym lustrze snu. Miałam wszystko: kochającego męża, córkę o imieniu Jagoda i psa, którego wołałam Frugo. Pewnego wieczoru, gdy złote neonowe światło miasta Warszawy kładło się cieniem na naszym bloku, mój mąż Stanisław oznajmił z głosem, który nie brzmiał już znajomo, że poznał inną i musi za nią pójść. Nie miałam na to żadnego wpływu, wszystko działo się obok mnie, jakby za matową szybą, więc przyjęłam to, co nieuniknione zupełnie bezwolnie.
W tym śnie już czułam, że łatwo nie będzie. Przecież teraz wszystko spadło na moje barki: utrzymanie siebie i mojej córki za skromną pensję nauczycielki. W końcówce listopada, gdy stara Warszawa była przysypana chłodnym deszczem i mgłą, gdy położyłam Jagodę spać i wyszłam z Frugo na wieczorny spacer po parku Skaryszewskim, spotkałam starszą panią.
Listopadowy chłód wpełzał pod palto. Kobieta siedziała samotnie na mokrej ławce, obok niej leżała wysłużona torba z haftem kaszubskim. Miała wyraz twarzy jakby pamiętała jeszcze inne czasy. Zbliżyłam się do niej i zapytałam, czy mogę jej jakoś pomóc.
Popatrzyła na mnie oczami pełnymi zmęczenia i opowiedziała bez cienia wzruszenia, że została poproszona o opuszczenie swojego mieszkania. Było mi jej żal, więc zaprosiłam ją do siebie. W domu przygotowałam dla niej gorącą herbatę malinową, dałam koc i nalałam talerz zupy ogórkowej.
Poznałam wtedy Barbarę właśnie tak miała na imię, a jej imię rozmywało się w moim śnie jak zapomniana melodia. Barbara miała kiedyś córkę, Monikę. Całe życie poświęciła pracy i wychowywaniu jej po śmierci męża. Kobieta opowiadała, że starała się, jak mogła, by córce niczego nie zabrakło, ale praca zabierała jej czas i bliskość, a Monika z wiekiem stała się obca i zgorzkniała.
Monika nie podjęła nigdy pracy, latami korzystała z pieniędzy matki, a dziś powtarzała Barbarze, że przez nią nie wyszła za mąż bo zmuszone były dzielić jednopokojowe mieszkanie na Pradze-Południe. W końcu kazała matce spakować się i wyjechać na wieś do dalekiej rodziny, bo jej obecność przeszkadza w dorosłości córki.
Tamtego wieczoru pozwoliłam Barbarze zostać u mnie. Rano chciała odejść, ale zaproponowałam, by została na dłużej. Wiedziałam, że mogę jej zaufać, choć nie potrafiłam uzasadnić tej pewności. Barbara zajmowała się Jagodą i wyprowadzała Frugo na powolne spacery po parkowych alejkach. Zgodziła się z wdzięcznością w tej części snu świat wydawał się łagodniejszy.
Barbara miała starą, ale zadbaną drewnianą chatkę (na Mazurach, gdzieś pod Olsztynem) daczę, lecz bez pieca i ogrzewania. Zaproponowałam, żebyśmy spędzili tam kilka letnich tygodni. Razem z córką i Frugo pojechaliśmy do jej domu. Wokół falował ciemnozielony las, jezioro odbijało szalone, nienaturalne księżyce, a chata promieniowała ciepłym spokojem. Dom był bardzo zadbany widziałam, że Barbara była wyjątkową gospodynią. Czułam się, jakbym wróciła do miejsca, którego nigdy nie znałam.
Te irracjonalnie szczęśliwe dni przerwała wizyta sąsiada Barbary pan Marian zapukał do drzwi z koszem grzybów. Kiedy dowiedział się o losie Barbary, sąsiedzi postanowili szybko przyjść z pomocą: Pani Barbaro, zbudujemy porządny piec tu, na Mazurach, ludzie nie zostawiają siebie samych.
Barbara spotkała w życiu ludzi, którzy wyciągnęli do niej pomocną dłoń w najciemniejszym snie. Pokochałyśmy ją jak własną rodzinę; Jagoda zaczęła nazywać ją babcią. Zaprosiłam Barbarę, by zamieszkała z nami w Warszawie, a każdą wakacyjną przerwę spędzałyśmy wspólnie w jej daczy. Ona przyjęła to z łagodnym uśmiechem.
W dziwny sposób we śnie, w którym rzeczy tracą kontury zarówno ja, jak i Barbara straciłyśmy rodzinę, ale znalazłyśmy nową. W tej osobliwej rzeczywistości naprawdę byliśmy szczęśliwe.



