Mamo, jeśli nie zaakceptujesz mojego wyboru, odejdę. Na zawsze…
Jan wszedł do przedziału podmiejskiej elektryczki i rozejrzał się. Wolnych miejsc było pod dostatkiem. Wybrał to przy oknie. Co chwilę drzwi z hukiem odsuwały się, wpuszczając kolejnych pasażerów.
Naprzeciwko usiadła para starszych małżonków. Kobieta zaszeleściła reklamówką, wyjęła dwa drożdżowe rogale i zaczęli jeść. W powietrzu rozszedł się apetyczny zapach świeżego pieczywa. Jan dyskretnie odwrócił się w stronę okna.
— Młody człowieku, proszę wziąć — kobieta podała mu jeden z rogali.
— Dziękuję, nie trzeba — uśmiechnął się Jan.
— Ależ proszę, prawie dwie godziny jeszcze jedziemy.
W końcu wziął rogala i odgryzł solidny kęs. Jakże smaczny był! W głośnikach rozległ się skrzekliwy głos mężczyzny, przerywany szumem: *„Odjazd pociągu za… minut… Skład jedzie do stacji… z pominięciem… Powtarzam…”*
— Młody człowieku, co on powiedział? Które stacje pomija? — zaniepokoiła się kobieta.
Jan wzruszył ramionami. Jechał do końcowej, nie słuchał.
— Mówiłam ci, żeby wziąć zwykłą elektryczkę, ze wszystkimi przystankami. Nigdy mnie nie słuchasz — zaczęła wyrzucać mężowi. — Co teraz zrobimy? Będziemy musieli wysiąść wcześniej i czekać na następną…
Uspokoiła się dopiero, gdy mężczyzna z sąsiedniego rzędu zapewnił, że pociąg zatrzyma się na ich stacji. Spór przycichł. Jan dokończył rogala i wpatrywał się w okno, w migające za szybą drzewa, w promienie słońca przebijające się przez młodą zieleń liści. W przedziale zrobiło się duszno, po plecach spływały mu krople potu pod grubym materiałem munduru.
Wyobrażał sobie powrót do domu, radość matki, gorący prysznic… Tak bardzo chciał już być na miejscu, zdjąć tę znienawidzoną po roku służby tkaninę, włożyć dżinsy, T-shirt i sneakersy, zapomnieć o pobudkach i apelach. Marzył, żeby przespać całą dobę na swoim wygodnym kanapie, a rano znaleźć na kuchennym stole pod ściereczką górkę rumianych racuszków, które zostawi mu mama…
*„Ciekawe, jak się zmieniła Ola. Chociaż minął tylko rok, pewnie niewiele inna…”* Przed oczami stanęła mu drobna dziewczyna z kasztanowymi włosami i zielonymi oczami. Była rok młodsza, mieszkała w sąsiednim bloku i w tym roku kończyła liceum. Nigdy specjalnie na nią nie zwracał uwagi. Zwykła dziewczyna, nic szczególnego.
Wieczorem przed jego wyjazdem cała paczka zebrała się na osiedlowym placu zabaw. Marek beształ Jana za bezmyślną decyzję — rzucenie studiów i pójście do wojska. Tomek go bronił, mówiąc, że gdyby nie matka, pewnie sam by poszedł. Dziewczyny żałowały, że paczka się rozpadnie, ale same gapiły się w telefony i chichotały.
Wtedy Ola, którą wszyscy uważali za malucha, nagle powiedziała poważnie, że będzie na niego czekać. Zapadła cisza, a ona zaczerwieniła się i spuściła wzrok.
— Janku, chyba masz narzeczoną — zaśmiał się Tomek.
— Ohyda! — oburzyła się Ola i uciekła.
— A ty się czegoś śmiejesz? Niech czeka. Wrócę i się ożenię — półżartem, półserio odparł Jan, popychając Tomka tak, że ten o mało nie spadł z ławki.
Nikomu nie wyjaśnił prawdziwego powodu swojej decyzji — nawet Tomkowi ani Markowi. Poszedł na studia, jak chciał ojciec. Dotrwał do wiosny, aż nagle ojciec opuścił rodzinę. Okazało się, że ma inną kobietę, która spodziewała się jego dziecka. Świat Jana rozpadł się w jednej chwili, a wraz z nim autorytet ojca. Rzucił studia i poszedł do wojska. To był jego bunt przeciwko zdradzie.
Matka oczywiście płakała. Obiecał jej, że wróci za rok i zdecyduje, co dalej — może wróci na uczelnię, ale zaocznie.
Rok minął. Jan wracał do domu. Myśli o zemście dawno odeszły. Tęsknił za matką, za swoim pokojem, za podwórkiem i przyjaciółmi. Wiedział, że postąpił słusznie. Przed nim było całe życie.
Na kolejnym przystanku starsi małżonkowie wysiedli, a ich miejsca zajęła młoda para. Trzymali się za ręce, milcząc. I znów myśli Jana pobiegły w stronę Oli. Przez cały rok wspominał jej słowa i swoją odpowiedź. Teraz już nie wydawały mu się żartem.
Pociąg zatrzymał się na peronie. Jan wysiadł i sprężystym krokiem skierował się w stronę przejścia podziemnego. Jako dziecko uwielbiał słuchać, jak jego kroki odbijały się echem od ścian — wydawało mu się, że idzie tamtędy cała armia. Sprawdzał, rozglądając się. A ojciec śmiał się, że to tylko echo.
Wyszedł na dworcowy plac i ruszył pieszo do domu. Chciał odetchnąć znajomym powietrzem, rozprostować nogi. Pod blokiem spotkał sąsiadkę.
— Janek wrócił? Matka się ucieszy…
Nie czekał na windę, wbiegł po schodach, przeskakując po trzy stopnie. Zadzwonił i nasłuchiwał. Dopiero teraz pomyślał, że matka mogła wyjść — nie powiedział przecież, kiedy dokładnie wróci.
Ale zamek zaskoczył, drzwi się otwarły, a matka klasnęła w dłonie. Raz przytulała go, raz odsuwała, by upewnić się, że to nie sen. Wymówiła mu, że nie uprzedził, i rzuciła się do kuchni. Gdy gotowała, Jan stanął pod prysznicem. Matka zdążyła już położyć na pralce ręcznik i ubranie.
Dżinsy okazały się za ciasne i za krótkie, podobnie jak T-shirt.
— Wyrosłeś! — zdziwiła się, gdy wszedł do kuchni. — Nic nie szkodzi, nakarmię cię, a potem skoczę do sklepu po nowe rzeczy.
— Nie trzeba, jakoś będzie — odparł, siadając do stołu.
— A w czym chcesz chodzić? Żadna dziewczyna na ciebie nie spojrzy.
Gdy jadł, matka opowiadała o nowinkach.
— Twój Tomek miał wypadek. Miesiące leżał w szpitalu. Teraz jeździ na wózku. Lekarze mówią, że nie będzie chodził. Dobrze, że żyje. Wziął samochód ojca po pijaku i rozbił się.Jan spojrzał na żonę i córeczkę śpiącą w kołysce, wziął głęboki oddech i pomyślał, że choć życie potoczyło się inaczej, niż planował, to właśnie tutaj, w tym małym mieszkaniu pełnym miłości, odnalazł swoje prawdziwe szczęście.



