Wiele lat temu, moja mama zrobiła coś nieoczekiwanego postanowiła zacząć nam sprzedawać warzywa ze swojego ogródka. Powiedziała, że nie przychodzimy do niej, nie pomagamy z pracami, więc teraz trzeba będzie za wszystko płacić. Kto zapłacił za wodę, za tunele foliowe, za osoby pomagające przy przekopywaniu ziemi i układaniu grządek, to jakoś szybko zostało zapomniane. Warzywa i owoce można było przecież kupić tanio w sklepie.
Nigdy nie mieliśmy własnej działki. Mieszkaliśmy w Poznaniu, a ojciec chyba nawet nie wiedział, jak wyglądają ziemniaki przed zakupem w sklepie. Mama, z kolei, pochodziła ze wsi pod Kaliszem, więc miała już dosyć całego czaru związanego z wiejskim ogródkiem dzieciństwa i młodości i na długie lata nie chciała mieć z tym nic wspólnego.
Kiedy żył tata, nie było mowy o działce czy samowystarczalności utrzymywał rodzinę, nawet wtedy, gdy wydawało się to niemożliwe. Mama też pracowała, ale to tata pokrywał większość wydatków.
Po jego śmierci niewiele się zmieniło. Dopóki byłam dorosła i pracowałam, pomagałam mamie finansowo, dzieliłyśmy się opłatami, bo wtedy jeszcze mieszkałyśmy razem. Wyprowadziłam się do męża dopiero trzy lata temu, po ślubie.
Kiedy zeszłego roku mama Marianina przeszła na emeryturę, zaczęła tęsknić za czasami z dzieciństwa u babci na wsi. Wypłaciła oszczędności i kupiła działkę ROD z małą altanką gdzieś pod Gnieznem. Nie była to rezydencja, raczej skromne miejsce, ale mama była szczęśliwa i to się liczyło.
Oczywiście, ja z mężem Marcinem musieliśmy dorzucić się do remontu zarabialiśmy dobrze, stać nas było, więc nie było problemu z założeniem bieżącej wody, wstawieniem nowych okien czy wymianą podłogi w altanie. Ale jeździć tam i spędzać czas przy grabieniu ziemi ani ja, ani Marcin nie mieliśmy ochoty. Jesteśmy typowymi mieszczuchami, wolimy w weekend pospać dłużej, pojechać na rower czy spotkać się z przyjaciółmi.
Za nasze lenistwo mama nie szczędziła nam wyrzutów, ale gdy tylko przyszła kolejna prośba o wsparcie finansowe do szklarni, na ziemię czy remont ogrodzenia, wszystko wracało do normy. Nie raz płaciłam za taksówkę, bo mamie nie chciało się targać skrzynek z prowiantem pociągiem i potem iść pieszo przez pół miasta.
Mama czasem posyłała mi zdjęcia ogródka: same pochwały, ile to nie wypieliła, jak pięknie teraz wygląda, jakie kolory i porządek na grządkach, prawdziwy cud natury. Specjalnie nie okazywałam emocji, bo nie rozumiałam jej pasji. Tak to trwało, aż pewnego razu przysłała mi zdjęcie poziomek wielkich, czerwonych jak z bajki. I nagle przypomniał mi się ich smak z dzieciństwa, od razu nabrałam na nie ochoty.
Napisałam więc do niej, żeby odłożyła mi trochę w osobnym pudełku, przyjadę po pracy i odbiorę. Nawet nie przyszło mi na myśl, że mama odeśle mi zdjęcie różnych pojemniczków i napisze, ile każdy kosztuje.
Musiałam przeczytać wiadomość dwa razy, myśląc, że coś źle zrozumiałam. Zadzwoniłam, żeby się upewnić, czy mama naprawdę chce sprzedać mi poziomki. Odpowiedziała, że oczywiście. A na co się niby spodziewaliście? Ja tu się brudzę w ziemi, dbam o każdą roślinkę, wy z Marcinem nigdy się nie zaoferowaliście, żeby przyjechać! To dlaczego mam coś dawać za darmo? Jak się nie pracuje, nie ma się co jeść! podsumowała stanowczo.
Przypomniałam jej, ile już zrobiliśmy, żeby powstał ten ogródek. Mama oburzyła się, że teraz wyciągam rękę i wspominam o pieniądzach. Jak ty możesz tak mówić do własnej matki? usłyszałam.
Postanowiłam, że na przekór nie będę kupować od niej żadnych warzyw ani owoców. Niech sobie znajdzie klientów gdzie indziej, a my z Marcinem kupujemy sezonowe rzeczy na targu, nie musimy prosić mamy. Potem jeszcze próbowała sprzedać nam ogórki i cukinie też odmówiłam.
Nie zamierzamy już jej pomagać z ogrodem, nawet jeśli poprosi. Owszem, jeśli będzie potrzebować pomocy na lekarstwa, rachunki czy rzeczy ważne do życia, nie odmówię nigdy. Ale do grządek nie dokładamy już ani grosza.



