Mama odchodziła długo, ciężko i, cóż, nie sposób powiedzieć, że godnie… Tylko te oczy… Im bliżej było oczywistego końca, tym głębszą miały czerń. W samej przededniu aksamitne, nieprzeniknione, jakby niosły całą mądrość świata i widziały wszystko… Albo to po prostu skóra na jej twarzy robiła się coraz bielsza?
To było już pod sam koniec lata, zabrałem mamę z domku nad Pilicą, a że wróciliśmy do Warszawy późno, zostałem na noc. W środku nocy, po drodze do łazienki, potknęła się i upadła. Okazało się potem, że złamała szyjkę kości udowej. Dla starszych ludzi to praktycznie wyrok.
Później wszystko potoczyło się błyskawicznie: karetka oddział urazowy operacja i dziesięć dni w szpitalu.
Jadąc z nią do szpitala, ni stąd, ni zowąd przypomniało mi się, jak jako pięcioletni smarkacz spałem u mojej przedszkolanki, pani Anny Kwaśniewskiej, kiedy chowałem ojca. Tata na swoim zabytkowym żuku wylądował pod ciężarówką na trasie S8 nocą. Mama miała ledwo dwadzieścia dziewięć lat, a ja niewiele ponad trzy. Nie chciała mnie krzywdzić, więc podczas pogrzebu wywiozła mnie do pani Anny i opowiadała, że tata pojechał na delegację… Za mąż już więcej nie wyszła, bała się, że nowy mąż nie będzie dla mnie ojcem.
Kiedy wypuścili ją ze szpitala, musiałem rzucić robotę i zająć się mamą. Opiekunka była poza naszym zasięgiem finansowym właśnie kupowaliśmy mieszkanie młodszemu synowi. Przeprowadziłem się do jej ciasnej kawalerki na Bielanach i stałem się specjalistą od pampersów, podmywania i karmienia do sześciu razy dziennie. Mama nie narzekała. Wytrzymywała wszystko. Tylko czasem jęczała po dziecięcemu, gdy odwracałem ją zbyt gwałtownie, a zaraz potem szeptała Nic, nic, wszystko dobrze synku.
Wcześniej nie sądziłem nawet, jak bardzo jestem wstrętny i słaby. W nocy, kiedy leżałem na rozkładanej kanapie obok jej łóżka, płakałem cicho ze zmęczenia i bezsilności. Można by napisać, że łzy lały się z litości dla niej. To prawda, ale nie do końca siebie żałowałem najbardziej.
Na wsparcie nie było co liczyć. Obaj synowie zawaleni robotą i rodzinami. A żona? Żona powiedziała tylko: “No wiesz, to twoja mama, a dla mnie… zwykła obca kobieta…”
Wtedy przypomniałem sobie, jak po raz pierwszy przyprowadziłem do domu swoją Ulę, żeby poznała moją mamę. Mama przez cały wieczór była przemiła. Kiedy odprowadziłem Ulę i zajrzałem do mamy, tylko wzruszyła ramionami i mruknęła: Nie wiem, coś mi nie gra Ale synku, to twoja sprawa. To ty się żenisz, nie ja. A potem całe życie miały z Ulą świetne relacje.
Teraz tak jak kiedyś znowu byliśmy tylko we dwójkę. Wieczorami, leżąc już po ciemku, długo jeszcze gadaliśmy. Mama wspominała babcię z Mazowsza, dziadka, opowiadała, jak Niemcy weszli do wsi, a ona chowała się z siostrą za płotem, podglądając sytych, obcych ludzi, wiecznie gadających, grających na harmonijkach, rechoczących nie wiadomo z czego.
Wspominała też ojca, którego prawie nie pamiętałem. Może wcale nie pamiętałem Ot, jakaś mgła wielki facet, kolczasta broda i okropny zapach papierosów, bierze mnie na ręce, całuje nachalnie po raz setny i powtarza przez łzy: Mój synu, synku, chłopie
Ale potem było tylko trudniej. Nasze nocne rozmowy gasły, jakby mama wędrowała gdzieś poza zasięg. Zrobiłem się przekonany, że źle ją karmię wszystko jej nie smakowało. Zamawiałem więc obiady z restauracji, gorące, porządnie zapakowane, pytając: Smakuje ci, mamo? Kiwała głową ospale, bez życia: Prawdziwy z ciebie kucharz się robi Do jedzenia prawie się nie dotykała.
Ostatniej nocy, którą spędziła w mieszkaniu, przypomniało jej się nagle, jak u nas w mieście pojawiły się długopisy. Chodziłem wtedy do trzeciej klasy, znałem je tylko z legend, a tata koleżanki, Ewy Olejniczak, jakimś cudem taki długopis załatwił. Był powód do zachwytu wieczorem, dumny jak paw, pokazałem go w domu. Gdy mama dowiedziała się, jak wszedłem w jego posiadanie, dostałem od niej pasem. Porządnie. Potem zabraliśmy ten długopis i razem poszliśmy do Olejniczaków oddać skarb właścicielce.
Ledwo ten dzień pamiętałem, ale tej nocy mama zaczęła mnie przepraszać za tamten pas jakby próbowała się wytłumaczyć. Bała się zawsze, żebym nie został złodziejaszkiem.
Gładziłem ją wtedy po twarzy i, o zgrozo, wstydziłem się przed nią bardziej niż kiedykolwiek, choć przecież nie zostałem złodziejem.
Nad ranem, gdy już było z nią bardzo źle i zabierała ją karetka, ocknęła się na chwilę ze śpiączki, mocno ścisnęła moją dłoń i wyszeptała: Boże, jak ty tu sam beze mnie sobie poradzisz Taki młody głupi
Mama nie doczekała swoich osiemdziesiątych dziewiątych urodzin o półtora miesiąca. Dzień po jej śmierci ja obchodziłem swoje sześćdziesiąte czwartePo pogrzebie zostałem jeszcze na chwilę na cmentarzu, kiedy wszyscy już rozeszli się do swoich spraw, i nagle zrozumiałem, że przez całe życie bałem się właśnie tej chwili. Cisza wokół była druzgocąca, jakby świat nagle przyłożył rękę do ust i kazał mi słuchać samego siebie.
Wróciłem do pustego mieszkania na Bielanach. Na stole leżały dwa kubki, niedopity kompocik z wieczora oraz niewielka karteczka przyklejona do lodówki stara lista na zakupy jej drżącym pismem. Przez chwilę stoję, patrzę, aż w końcu śmieję się na głos, bo widzę na niej mój ulubiony dżem, zawsze zarezerwowany dla mnie.
Wtedy zrozumiałem, co zostawiła mi na koniec: całe to bycie razem, nasze rozmowy, wspomnienia, jej kształt dłoni przebijający przez zdjęcia. I te czarne oczy, które widziały więcej, niż potrafiłem zrozumieć jako dziecko i jako dorosły.
Z czasem ten ból nie zniknął, ale nauczyłem się z nim żyć. Czasem, gdy kroję świeży chleb albo nalewam do kubka gorącą herbatę, czuję na karku jej spojrzenie i nawet teraz, zamiast żalu, pojawia się ciepło. Bo każda dobroć, czuły gest, nawet poświęcenie zostawia w człowieku ślad, z którego można ułożyć dla siebie drogę do domu.
Może więc myślę, wychodząc na balkon, gdzie jeszcze wisi zapach letniego wieczoru mama nie odeszła całkiem. Jest tam, gdzie zawsze, gdy zamykam oczy. W tej czułej, nieprzeniknionej czerni, której już się nie boję.



