Byłam u Zofii w domu, kiedy do pokoju wpadł jej tata z siatkami pełnymi zakupów. Wysunął podbródek, aż mu prawie duma z oczu buchała, i od razu dał mi do zrozumienia, że moja obecność mu nie leży. Zofia szybko zgarnęła go do kuchni, ale przez drzwi i tak usłyszałam, jak ten pan żartobliwie prychając, nazywa mnie wieśniaczką, co przyjechała polować na jej mieszkanie. Powiedział, że nie raz widział, jak się kręcę wokół ich domu. Niemal oskarżył mnie, że jestem jakimś stalkerem.
Najbardziej mnie zaskoczyło, że Zofia mu odpaliła dokładnie tak samo, niby tylko razem pracujemy raz w miesiącu w uniwersyteckiej bibliotece i dlatego tu chodzę. A przecież od dwóch miesięcy byliśmy już parą! Zdążyłam kiedyś powiedzieć Zofii, że to, iż moi rodzice mają dom pod Warszawą, nie oznacza, że jestem z prowincji. Nasze osiedle jest tuż obok miasta, mamy elegancki dwupiętrowy dom, a mój tata prowadzi własną firmę. Jasne, nie jeżdżę luksusowym samochodem z Niemiec ani nie wrzeszczę wszem i wobec, że jestem z bogatej rodziny, ale chyba właśnie o to chodzi. Tak selekcjonuje się ludzi pokroju Zofii i jej rodziny.
Nie bez powodu mama zawsze mi powtarzała, żebym o majątku nie wspominała, bo człowiek, którego się kocha, nie powinien patrzeć na banknoty, tylko serce. I zdecydowanie nie powinien się mnie wstydzić, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie wyglądam na córkę milionera.



