Mama Kasia
Co Ty tu chlupiesz? Rozlałaś się! I tak mokro na dworze, a Ty jeszcze robisz sobie kałużę!
Kobieta, masywna, potężna niczym dom, usiadła na ławce obok Kingi.
Gorąco dzisiaj! I ten deszcz od rana, jak na złość. Teraz parno, jak w saunie! Jeszcze połowa dnia minęła, a już jestem cała mokra, aż wykręcać można!
Wyciągnęła z torby butelkę wody i po krótkim mocowaniu odkręciła zakrętkę.
Chcesz? podała butelkę Kindze. Mówią, że jak się wody napije, to się człowiek uspokoi. Mnie nie pomaga. Nawet jak wiadro wypiję, i tak nie pomoże.
Kinga patrzyła na dziwną sąsiadkę z przerażeniem. Czym ona niby zasłużyła, żeby los jeszcze ją i tym doświadczył? Kto na górze wpadł na pomysł, żeby poza wszystkimi jej problemami, dosadzić jeszcze i to… A raczej, tę…
Kinga nigdy nie przepadała za otyłymi ludźmi. Wprawiali ją w przygnębienie. Jak można się tak zaniedbać? Wystarczy trochę się ruszyć, mniej jeść i zadbać o siebie przecież oczy innych wokół! To takie nieestetyczne. Te fałdy, ogromne ubrania, pot, zapach… Fuj! Kinga aż się skrzywiła, przypominając sobie, jak z koleżankami w SPA zobaczyły kobietę, która pluskała się w basenie.
Ja nie wchodzę do wody, dziewczyny! Dosyć mam na dziś! powiedziała Ola, najlepsza przyjaciółka Kingi, i przeciągnęła się, demonstrując swoje wyćwiczone, opalone ciało. Nie dziwota, cała doba na siłowni i osobisty trener.
Ale czemu? Przecież cały dzień miałyśmy tu spędzać.
Z tą? Ola wskazała niemiłosiernie za siebie. Nie jestem w stanie na to patrzeć, a co dopiero być obok. Odpycha mnie!
Padł wtedy taki monolog, że Kinga wolałaby o nim zapomnieć. Trochę ją uwierały te słowa, ale obłudą nie była musiała przyznać sobie rację, przynajmniej w części. No przecież nie można tak… Nie chcesz się ogarnąć siedź w domu i nie przeszkadzaj innym.
A teraz ona sama siedzi obok kobiety, która swoim rozmiarem przebija tamtą z basenu co najmniej trzykrotnie i jeszcze do tego ciągle gada! Ale sił, by wstać z ławki, Kinga już po prostu nie miała. Siedziała tu już kilka godzin, najpierw płacząc, potem po prostu gapiąc się w mur naprzeciwko. Nie miała dokąd pójść, może poza dworcem. Mimowolnie zaczęła słuchać, co mówiła ta dziwna sąsiadka i na chwilę przystanęła.
Piękna taka. Walizki brak, torby brak. Czyli nie jedziesz nigdzie. Kogoś czekasz? Czy może nie masz dokąd pójść?
Kinga oderwała wzrok od ściany i spojrzała na kobietę.
Poczciwa twarz o policzkach jak u baby jagi rumiane, wielkie rozjaśniał uśmiech, który jednak natychmiast zgasł, gdy Kinga szlochnęła i nagle, ku własnemu zaskoczeniu, rozpłakała się na głos. Co miała w sobie ta kobieta, która natychmiast ją przytuliła? Kinga nie potrafiła później wyjaśnić. Płakała, wtulona rozczochraną głową z krótką, modną fryzurą w lekką bluzkę nieznajomej, szepcząc cicho. Tkanina szybko podtężała, ale Kinga zauważyła, że nie poczuła żadnego zapachu potu. Jedynie lekki, kwiatowy aromat. Zdumiona, zastanawiała się czy tak pachnie proszek, którym ta kobieta pierze, a może naprawdę płucze ubrania w ziołach, bo zapach był intensywny i delikatny jednocześnie. Poczuła się dziwnie, bo nagle przypomniała sobie właśnie taki zapach… Tak pachniały dłonie mamy, którą ledwo pamiętała, bo ta zginęła, gdy Kinga miała pięć lat. Została jej tylko mglista pamiątka: łąka pełna kwiatów, mamina wianki, kwiaty i te ręce o tym samym zapachu.
Dlaczego się odsunęłaś? Kto Cię skrzywdził?
Kinga pokręciła głową, chcąc zaprzeczyć, ale po chwili przytaknęła.
O, gadziny! Dziecka się czepiać! kobieta wyjęła z torby paczuszkę z kanapkami i ogromne czerwone jabłko. No już, bierz!
Rozwinęła kanapkę i nagle do Kingi dotarł tak apetyczny zapach, że aż skręciło jej żołądek. Prawie dobę nic nie jadła, a pieniędzy na jedzenie nie miała.
Proszę! Z szynką z kurczaka. Sama robiłam. Jedz! Taka chuda jesteś, że aż się boję patrzeć!
Ja nie jem mięsa… Kinga przełknęła ślinę, odwracając się.
Coś Ty powiedziała? kobieta wepchnęła jej kanapkę w ręce, udając, że nie słyszy, i złamała jabłko na pół.
Nic… patrzyła na te mocne ręce, nieprzyzwyczajone do manikiuru, i poczuła, że jej pomysł z dworcem nie był najlepszy. Wbiła zęby w kanapkę i jęknęła z rozkoszy.
Smakuje? No właśnie! A reszta to głupstwa.
Kobieta poprawiła się na ławce i zerknęła na Kingę, która już pożerała drugi kawałek.
Jedz, nie żałuj. I opowiadaj. Jak to się stało, że siedzisz na dworcu sama, bez rzeczy i, zgaduję, bez grosza przy duszy?
Kinga tylko kiwnęła głową, ocierając łzy, które znów popłynęły.
Poczekaj z płaczem! Najpierw mi opowiedz, potem razem popłaczemy, albo, kto wie, pośmiejemy się.
Nie chciała nic mówić, ale wyboru nie miała. Jej sytuacja, choć dla innych bzdurna, była jej życiem i na razie innego nie było.
Z domu wyszła wczoraj. A właściwie uciekła, kiedy ojciec powiedział jej, że nie jest jego córką i że będzie miał własne dziecko. Nie mogła wpaść na to, że ten, którego całe życie nazywała tatą, nie jest jej ojcem. I przez lata dał jej to odczuć. Z macochą nigdy się nie dogadała. Nie bardzo da się dogadać z kimś, kto jest tylko kilka lat starszy od Ciebie – a tak właśnie było z Martą. Ta od razu, przy pierwszym spotkaniu, ściągnęła usta i krótko stwierdziła, że spokojne życie Kingi właśnie się kończy.
Szczypta docinków, donosy do ojca, łzy… Typowy scenariusz taniego romansu o złej macosze. Kinga wiedziała, lecz nie mogła nic na to poradzić. Zbyt długo żyła w przekonaniu, że tata ją zawsze ochroni. Zbyt późno zrozumiała, że to już się zmieniło. Nieodwracalnie.
Ostatnia rozmowa z ojcem była gwoździem do trumny. Położył przed nią papiery w swoim gabinecie i powiedział, żeby poczytała. Potem dodał, że ją adoptował, kiedy miała trzy miesiące. Na pytanie o biologicznego ojca odpowiedzi nie dostała. Czy nie wiedział, czy nie chciał mówić, nie wiadomo. A mamy już nie było, by spytać.
Pół nocy gapiła się w ścianę, po czym zarzuciła kurtkę i wyszła z domu. Dokąd i co dalej, nie miała pojęcia. Rano, już na mieście, zorientowała się, że najprościej będzie pójść na dworzec. Telefon rozładowany, kontaktować się z nikim nie chciała. Nie miała prawdziwych przyjaciół życie w ciągłych przeprowadzkach na to nie pozwalało. A te znajome, co były, raczej nie pomogłyby jej ich ulubione powiedzenie z bajki: Kochaj siebie, miej wszystkich w nosie, sukces gwarantowany! Tak zapadł jej w pamięć mały diabełek z kreskówki, że nawet kupiła sobie breloczek, ale gdzieś go potem zgubiła…
Kobieta wysłuchała ją spokojnie, nie przerywając ani nie dopytując. Gdy Kinga skończyła, wyjęła z torby chusteczki.
Otrzyj się.
Potem, grzebiąc w znoszonej torebce, wyjęła spory portfel.
Wiesz co, dziewczyno. Z Twoim ojcem koniecznie porozmawiać musisz, ale to może poczekać. Telefon działa?
Padł.
Rozumiem. Proszę.
Podała jej stary telefon jeszcze taki na guziki.
Patrzysz, że nie modny? A co z tego, ważne, że działa. Córka mi kupiła. Zadzwoń. Albo wyślij sms-a daj znać, że żyjesz. On może nie jest ideałem ojca, ale zamartwiania mu nie trzeba.
Obserwowała, jak Kinga pisze wiadomość, po czym stanowczo wstała, poprawiając wilgotną i pogniecioną od łez bluzkę.
Jestem Kasia. Mieszkam pod Warszawą, na wsi. Pojedziesz ze mną? Jak i tak nie masz dokąd nie jest to najgorsze wyjście, co?
Po co?
Słucham?
Po co to pani? Ja obca dla pani zupełnie. Czemu pani chce mi pomóc?
Uśmiechnęła się, łapiąc Kingę za brodę. Palce miała ciepłe i miękkie.
Bo nie ma cudzych dzieci. Bo nie wolno zostawiać dziecka samego.
Ale ja już nie jestem dzieckiem…
Oho, jeszcze jak! Wstawaj! Musimy ci bilet kupić, bo przegapimy pociąg.
Tak trafiła do pani Katarzyny Wiśniewskiej.
W drodze Kasia nie wypytywała jej już o nic. Dopiero potem wyjaśni, dlaczego się nie dopytywała.
Dzieciakowi trzeba dać czas. Kto chce sam się otworzy. Komu zaufasz, temu i wszystko powiesz.
Zmęczona Kinga usnęła w pociągu i obudziła się dopiero, gdy Kasia lekko szturchnęła ją w ramię:
Wstawaj, dziewczyno, dojechałyśmy!
Na peronie ktoś do Kasi pomachał Kinga podskoczyła, gdy do jej opiekunki podbiegła wysoka, szczupła kobieta:
Mamo Kasiu! Drugi raz pociąg opuszczam! Bałam się, że Ciebie nie będzie. A jak z Niną?
Wszystko dobrze. Z Jaśkiem ją ustawiłam. Za dwa dni odwiedzę.
Z lekarzem rozmawiałaś?
Obiecał się zająć. Młody, ale wygląda na ogarniętego.
Kto to? kobieta rzuciła pytanie na Kingę.
Mniej pytań, Sylwia. Jesteśmy głodne.
Jasne. Wsiadajmy!
Maluch, którym jechali, rozbawił Kingę aż się uśmiechnęła.
Co się śmiejesz? To aerografika! Brat mi malował.
Aerografia poprawiła ją Kinga, patrząc na namalowanego Kota Filemona.
Skąd tak mądra? Sylwia rozchyliła drzwi auta, pomagając usiąść Kasi.
Z dworca.
Jak mnie… Sylwia uważniej spojrzała na Kindze. Rysować umiesz?
Zakończyłam szkołę plastyczną.
Super! Bratowi się spodoba, bo samouk jest, a maluje jak mistrz.
Naprawdę! Kinga zachwycona spojrzała w oczy Sylwii. Prace first class.
To jemu powiedz. Siadaj, bo czekają.
Kto?
Sama zobaczysz.
Sylwia prowadziła tak, że Kinga na zakrętach zamykała oczy.
Nie szalej, Sylwio, młoda nie przywykła do Twojej jazdy Kasia mrugnęła do Kingi.
Zaraz się przyzwyczai! Sylwia z piskiem hamulców zatrzymała się pod sporą bramą. Jesteśmy!
Dzieciaki wypadły przed dom i Kinga oniemiała.
Całe moje! Kasia ledwie wysiadła z auta Ale nie martw się, na co dzień mieszkam sama. To pomocnicy, a dom zawsze pełen dzieci. Chodź, nie wstydź się!
Maluchy otoczyły Kasię. Wielkie dłonie głaskały ich po głowach i policzkach.
Moje skarby!
Nową rodzinę Kinga poznawała cały tydzień. Nie mogła się połapać, kto kim jest, aż w końcu Sylwia zabrała ją do siebie i wszystko wyjaśniła.
Patrz! machnęła ręką wzdłuż wiejskiej uliczki. Tu troje: Zuzia, Michał, Anastazja. Po sąsiedzku jeszcze dwie Ola i Wera. Ola ma dwójkę dzieci, Werę niedawno wydaliśmy za mąż. Na końcu wsi ja z rodziną i brat Szymon oraz Nina. U niej syn Jaś z wadą serca, będzie miał operację, jak dobrze pójdzie.
Trochę się gubię przyznała Kinga.
Do wszystkiego dojdziesz z czasem. Jest nas dużo!
Ciocia Kasia to prawdziwa bohaterka, że tyle dzieci wychowała!
Sylwia wybuchła śmiechem.
Nie rodziła nas! Wszyscy jesteśmy przygarnięci, tak jak i Ty.
Kinga stanęła jak wryta:
Jak to?
No tak. Długo opowiadać… Chodź, zaraz się rozgościsz.
Dom Sylwii był mały, ale przytulny. Weszły do kuchni, Sylwia zganiała kota z kanapy, kiwnęła na niego Kindze:
Rozgość się! Zaraz położę Wiktorka i wrócę.
Kinga lustrowała czystą kuchnię. Białe, haftowane firanki przyciągnęły jej uwagę.
Podobają się? To moje dzieło, ulubione.
Córki?
Tak, Wiki. Każde czekało w brzuchu na świat i wtedy haftowałam powidłałam z nudów na podtrzymaniu. Wiki ma niezapominajki, Wiktor maki, a Lena rumianki.
Piękne! pogładziła niezapominajki.
Mama mnie nauczyła. Sama nic nie umiałam, gdy mnie przygarnęła.
To znaczy? Kinga ścisnęła kubek herbaty.
Miałam rodziców alkoholików, dzieciństwo pamiętam przez mgłę. Mama powtarzała, że człowiek wypiera, żeby nie zwariować.
Dysocjacyjna amnezja.
Co takiego?
Utrata pamięci.
Skąd wiesz?
Chciałam studiować psychologię. Dużo czytałam. A potem możliwie…
Czemu nie zaczęłaś?
Chorowałam na kręgosłup, operacja była, a potem płatne studia. Ojciec płacił. Teraz już nie będzie. Skąd wziąć pieniądze nie wiem.
Ale już zdrowiejesz?
Tak, tylko czasem boli.
Ale wracając: mama biła, do szpitala nie raz trafiłam. Nikt nie pomógł. Uciekłam w wieku trzynastu lat. O nic do nikogo nie miałam żalu nikomu nie byłam potrzebna. Trafiłam na dworzec, z dwoma złotymi, głodna i brudna. To właśnie tam znalazła mnie mama Kasia. Nakarmiła i zabrała do siebie.
Zupełnie jak mnie…
Właśnie. Ma talent do wynajdywania takich jak my. Potem starała się o opiekę prawną i mnie adoptowała. Po mnie jeszcze brata. Jak się nakombinowała, żeby go wychować aż trudno zliczyć. Za to teraz chłop jak dąb!
A ciocia Kasia ma swoje dzieci?
Nie. Myślisz, że taka tylko dlatego, że lubi dużo jeść? Nie, Kinga. Mama ma cukrzycę. Od dawna. I osłabione serce. Ukrywała stan zdrowia, bo bała się, że nie dadzą jej dzieci do opieki. Leczyć zaczęła się na poważnie, gdy już naprawdę czuła się źle. Pomagała jej siostra, lekarka. Sprawa skomplikowana. Dowiesz się, u nas nic się nie ukryje. Ale samej mamie nie dawaj znać, że rozmawiałyśmy!
Przytaknęła.
W młodości była pięknością. Chciała być lekarką, ale tuż przed studiami zakochała się. On był z innego miasta. Po ślubie wyjechali, co się tam działo nigdy nie opowiadała. Raz tylko, w szpitalu, lekarz pytał skąd te stare złamania żeber i palców. Krótko mruknęła: Mąż. Potem dopiero się dowiedziałam od siostry jej, że była przez męża dręczona i siedział za to. Za mało, jeśli o mnie chodzi.
Sylwia przetarła oczy.
Uciekła od niego, wróciła do rodziców, opiekowała się nimi aż do ich śmierci. Została sama. Siostra daleko. Dzieci mieć po tym wszystkim nie mogła, organizm zrujnowany. Potem pojawiłam się ja, potem Zuzia i inne. Mama mówi, że same do niej trafiamy. O każdej można by książkę napisać. Pomagała, jak mogła z dokumentami, mieszkaniem, sądami. Jak ktoś w wiosce miał dom na sprzedaż to do niej najpierw szedł.
Skąd u niej na to wszystko pieniądze?
Dobre pytanie! Państwo pomaga, trochę zasiłków, mieszkania dla niektórych załatwiała, ale główna pomoc to Pawełek.
Kto?
Pawełek. Mama znalazła go brudnego i głodnego na mieście. Uciekł z domu, zaginął na tydzień. Zdrowie słabe, opóźnienia. Gdy go odnalazł był świętem, bo szukała go cała rodzina, on się ukrył. Mama opowiedziała naszemu dzielnicowemu. Na drugi dzień przyjechali… ludzie jak z filmu czarne auta, gładcy panowie. Okazało się, że nie ma czego się bać tata Pawełka bogaty, firmy, transport, dom jak pałac. Paweł został z nim, ale czasem przyjeżdża do nas. Tata bardzo pomaga, świetni prawnicy, wsparcie. Mama śmieje się, że znalazła swego króla.
Sylwia westchnęła.
To taka nasza telenowela, Kinga. Uwierzyłabyś, gdybyś usłyszała?
Chyba nie. Zbyt niewiarygodne…
A jednak tak jest. Nas wszystkich to połączyło. Bez mamy Kasi nie byłoby nas tu… Ani dla siebie byśmy nie byli rodziną. Ogarnęłyby nas bardzo różne losy…
Sylwia zerkła na zegarek i poderwała się.
Ojej! Rozgadałyśmy się. Zaraz Szymek i mój mąż, Tomek, przyjdą na obiad.
Ja już pójdę…
Gdzie to? wyjęła z lodówki garnek z chłodnikiem. Pomóż tylko talerze wystawić. Mama Kasia u Zuzi, szyją coś dla dzieci. Po co masz sama siedzieć?
Dla Kingi wszystko, co się teraz działo, było trochę jak sen. Rodzinny stół… dzieci… śmiejący się mężczyźni wchodzą razem, całują Sylwię w policzek, za co żartobliwie goni ich ścierką. Nigdy nie była przy takim stole. Z jej ojcem mijali się w porze posiłków, a gdy pojawiła się Marta, jadła na osobności, by nie pogarszać sytuacji. Teraz poczuła, że chce mieć właśnie tak dom, dzieci, bliskość… Nawet nie zauważyła, jak łzy kapnęły do talerza.
Hej! Soli tam wystarczy! Sylwia objęła ją ramieniem, wycierając oczy ręcznikiem. Daj spokój! Jesteś wreszcie w domu. Tu Cię nikt nie skrzywdzi.
Tego dnia pierwszy raz Kinga otworzyła się całkowicie. O mamie, o ojcu, o Marcie. Dłużej niż cioci Kasi, z każdą szczegółową myślą czuła się lżej. Sylwia słuchała z uwagą, nie wtrącała się, tylko czasem coś dopytywała.
Wiesz co? powiedziała, gdy Kinga skończyła. Nie miej żalu do ojca. Wychował Cię. Wiesz, jak jest: nie każdy umie poradzić sobie z radością. On myślał, że nie będzie miał dzieci.
Kinga kiwnęła głową.
No właśnie. Teraz cieszy się, może trochę głupio, ale to tylko emocje. Pewnie zrobił testy na ojcostwo?
Tak…
Biznesmen z niego, co do joty. Wiesz, nie przestawi go nikt, póki sam nie uzna za słuszne. Ale wiesz co? Sylwia odstawiła talerz na suszarkę. Nie każdy umie poradzić sobie z dobrem. Często, jak ktoś dostaje bardzo dużo radości, nie umie jej unieść.
Opowiedziała jeszcze o Ninie, która po zakupie domu przez pomoc Pawełka zupełnie się pogubiła imprezy, alkohol. Gdy wpadła w ciążę, musieli ją przytrzymać na siłę, by nie zaszkodziła dziecku. Syn, Jaś, urodził się z wadą serca teraz walczą o operację.
Dlaczego jej nie powstrzymaliście?
Nie pozwoliła. Jeszcze trochę dzika do czwartego roku życia mieszkała w budzie z psami. Mama Kasia zabrała ją razem z suczką, bo pies nie puszczał do Niny nikogo. Tylko jej się poddał.
Drzwi gwałtownie się otworzyły.
Ciociu Sylwio! Po Kingę przyszła babcia, ma wracać do domu!
Dziewczynka wpatrzyła się w Sylwię błagalnie:
Obudziłam? Przepraszam…
Nie, Irenko, Wiktor z tatą w pokoju. Idź do nich! Dzięki!
Irenka zniknęła, a Sylwia zerknęła na Kingę:
To starsza Ninowa. Porządna dziewczyna. Ty też leć, Kingo, albo zaprowadzę?
Sama trafię Kinga objęła Sylwię. Dziękuję!
Za co? uścisnęła ją Sylwia Pamiętaj tu jest Twój dom. Jakby co wiesz, gdzie nas szukać.
To dziwne… Tyle obcych ludzi, a żyją jak rodzina…
Nic dziwnego. pogłaskała ją po włosach Rodzina to nie tylko krew, ale i serce. Sama zobaczysz, co jest trwalsze…
Gdy ojciec przyjechał po Kingę, nie widział, gdzie oczy podziać. Nie wiedział, że Kasia była w Warszawie i poważnie z nim rozmawiała. Tym bardziej prosił, żeby wróciła do domu.
Przepraszam, tato, ale to nie jest dobry pomysł. Nie chcę przeszkadzać. Tak będzie lepiej.
To wynajmę Ci mieszkanie.
Kinga spojrzała na Kasię i przytaknęła.
Będę wdzięczna, jeśli na początku mi pomożesz. Znajdę pracę, przeniosę się na zaoczne i sama zacznę zarabiać.
Dobrze, pomogę.
Nie, tato. Teraz czas wziąć życie w swoje ręce.
Bo mi już nie ufasz? spytał niepewnie.
Nie. Ale nauczyłeś mnie, że trzeba liczyć tylko na siebie. Teraz już mogę to wprowadzić.
Ojciec opłaci Kindze studia. Skończy psychologię i będzie jednym z najlepszych psychologów dziecięcych w mieście. Na wizytę do niej będzie się czekać tygodniami. Marta urodzi chłopca, Kinga szczerze ucieszy się z rodzeństwa, lecz z ojcem będzie się kontaktować rzadko, choć bez żalu. Rodziną stanie się dla niej ta, którą zbudowała wokół niej Kasia. Kiedy Mama Kasia poważnie zachoruje, Kinga rzuci wszystko i wróci na wieś, by się nią zająć. Pół roku po udarze będzie najtrudniejszym i najbardziej szczęśliwym czasem w życiu Kingi. Otaczać ją będą kochający ludzie.
W końcu Kasia stanie na nogi, choć nie będzie chodzić daleko, a i mówić nie zawsze wyraźnie. Lecz Szymon z Tomkiem zbudują jej piękną ławkę przed domem i Kasia będzie tam siadać, z dobrym humorem machać dzieciakom, które wołają:
Babciu, patrz, jak wysoko się huśtam! A Franek strzelił gola, pierwszy raz, taki piękny, jakby do kadry!
Kinga wróci do miasta, gdy upewni się, że wszystko jest w porządku.
I pierwszą osobą, którą zaprosi na własny ślub, będzie właśnie Kasia.
Mamo Kasiu, będziesz blisko?
Zawsze, moje dziecko, zawsze…
Zrozumiałem wtedy, że dom buduje się nie z cegieł, tylko z ludzi. Nawet, gdy nie są naszą krwią. I często serce wygrywa z rodowodem.



