Mam sześćdziesiąt lat. We śnie wszystko pływało, a mój dom unosił się jak łódź na Wiśle pusty, przesiąknięty ciszą i zapachem starego drewna. Przestałam oczekiwać wizyt: znajomych, kuzynów, dawno już nikt tu nie wchodził. Mówią, że jestem zadufana, że zamknęłam się w sobie jak w starym kufrze w babcinej komórce, lecz prawdę mówiąc nie obchodzą mnie te szepty, rozsypujące się jak suchy mak na stole.
Najważniejszym powodem, dla którego już nie otwieram nikomu drzwi, jest moje lenistwo wielkie jak stary, piernikowy miś, co siedzi w kącie. Kiedyś sprzątałam z wielką gorliwością, potem gotowałam pół dnia, by podać makowiec, żurek, kompot z suszu. Teraz nie mam już na to ani ochoty, ani pieniędzy złotówki wymykają się z portmonetki cicho niczym myszy spod kredensu. Przecież lepiej spotkać się z kimś w kawiarni na Nowym Świecie, napić się kawy z pianką i patrzeć przez okno na deszcz, niż kisić się w dusznym pokoju.
Druga sprawa to energia, która zostaje po innych lepka, ciężka jak mgła nad Przemyślem nad ranem. Zauważyłam, że nie wszyscy przynoszą do mojego domu swojej radości; niosą troski jak worek ziemniaków i wysypują na mój dywan. Po każdym spotkaniu śniły mi się potem dziwne sceny: tłum ludzi z kręconymi palcami, przebierał się w moją pościel, potem nie mogłam spać. Gdy w końcu przestałam zapraszać gości, koszmary ucichły, a poduszka zrobiła się lekka i spokojna.
Teraz, mając emeryturę, wyskakuję z domu jak skowronek na łąkę nudzę się siedząc między czterema ścianami. Wolę błąkać się po krakowskich uliczkach, oglądać witryny, zerkać na ludzi w tramwaju tam czuję się wolna. Nie chce mi się już wspominać starych imienin, na których to ja zawsze musiałam roznosić sernik i potem ścierać plamy z obrusa, zastanawiając się czy komuś smakowało. A potem sprzątać po cichu i czuć złość, że znowu wszystko na mojej głowie.
Nasze miasto, czy to Wrocław, czy Warszawa, pełne jest miejsc, gdzie można posiedzieć, pośmiać się, nawet zatańczyć. Po co więc zamykać się i udawać gospodynię? Przecież kawa na rynku smakuje lepiej, a ciasto nie kruszy się na mój dywan.
Mój dom stał się małym światem, intymnym jak szufladka z pamiątkami: jest tu tylko to, czego naprawdę potrzebuję. Możliwe, że wyglądam na oschłą, samotną, ale to tylko złudzenie, jak odbicie w kałuży po lipcowej ulewie.
Powiedz, czy tobie też mój sposób myślenia się śni czasami?



