Jestem Jan Kowalski, mam pięćdziesiąt lat i już od dawna nie wpuszczam nikogo do mojego domu.
Kiedy kiedyś przychodziłem w odwiedziny, niektórzy ludzie zapominają, że są gośćmi zachowują się nieuprzejmie, dawają rozkazy i nie spieszą się z powrotem do własnych czterech ścian.
Jeszcze w młodości byłem niezwykle gościnny, lecz po przekroczeniu czterdziestu lat zmieniłem podejście. Nie zapraszam już nikogo. Po co miałbym tracić czas na niechcianych gości? To tylko obciążenie.
Ostatnie urodziny świętowałem w warszawskiej restauracji Pod Aniołem. Bardzo mi się podobało odtąd zawsze będę to robił. Spróbuję wyjaśnić, dlaczego.
Zorganizowanie przyjęcia w domowym zaciszu kosztuje niemało. Na prostą kolację trzeba wydać setki złotych, a przy przygotowaniach do wigilijnej uczty suma może wzrosnąć jeszcze bardziej. Goście przynoszą skromne upominki, bo czasy są trudne, a potem siedzą do późnych godzin nocnych. Wolę odpocząć, niż stać przed górami naczyń i sprzątać.
Czekam w swoim mieszkaniu na nikogo. Sprzątam i gotuję, kiedy mam na to ochotę. Dawniej po wigilijnych spotkaniach byłem zmęczony i przygnębiony. Teraz po świętach biorę kąpiel, kładę się wcześnie spać i czuję się lekko.
Mam wiele wolnego czasu, który wykorzystuję po swojemu. Przyjaciele mogą przyjść na herbatę, ale nie martwię się, że zabraknie smakołyków. Mogę teraz swobodnie wyrażać myśli. Gdy chcę się zrelaksować, po prostu wskazuję drzwi wyjścia. Może nie jest to piękne, lecz nie przejmuję się tym. Moje samopoczucie jest najważniejsze.
Co najbardziej zadziwia, to że ludzie, którzy lubią wędrować po cudzych domach, rzadko zapraszają nikogo do swojego. Dla nich łatwiej jest gościwać, nie tracąc czasu na mycie naczyń i gotowanie.
Czy wciąż witaliście gości? Czy można was nazwać gościnnymi ludźmi?



