Mała osada, raczej samotna zagroda.

Wieś była mała, można powiedzieć zagubiona gdzieś pośród torfowisk i borówek. Składała się z czterech gospodarstw, z dachami szarymi od deszczu, krytymi gontem, schowanymi pod potężnymi dębami, dlatego też wieś nazywano Dębowa.

W tej Dębowej mieszkało jedynie jedenaście dusz. Wieś żyła z tego, co przyniosła ziemia, z łowienia ryb i polowania. Najzamożniejszym mieszkańcem Dębowej był Jan Trofimowicz. Człowiek skąpy i pracowity. Choć ma już prawie sześćdziesiąt lat, nadal jest krzepki i żyłowaty. Tego roku udało mu się zebrać piętnaście korców borówek, oczywiście nie samemu, a z Piotrem. To jego syn. Piotr ma osiemnaście lat i jest najmłodszy. Dwaj starsi synowie mieszkają w Warszawie i nie byli w domu od trzech lat. Piotr jeszcze nie ciągnie do miasta, ale też niechętnie przykłada się do pracy na roli. Pewnego ranka, wracając do domu, Piotr powiedział do ojca: — Tatku, czas nasłać swatów do Jeziornej. — A do kogo? — surowo spytał Jan. — Do Domów, do ich Poliny. Wiedząc, jaki ma ojca, dodał: — Jeśli nie poślesz, i tak ucieknę z nią do miasta do braci. Janowi nie było pocieszenia z młodszego syna. To lekkoduch. Na gospodarza się nie nadaje, ale to przecież ostatni syn. Jeśli wyjedzie do miasta, Jan zostanie z całym gospodarstwem sam. Marfa, jego żona, zaniemogła na dobre, jakaś choroba ją zżera. Wiesiek Domański to pijak i leń, ale jego córka jest piękna. Jan widział ją latem na sianokosach. Wysoka, smukła, z długim do pasa warkoczem ze złotych włosów. Duże szare oczy mają głębię. Co ona widzi w Piotrze? No tak!

Taka dziewczyna ozdobi każdy dom, a Marfie pomocniczka od dawna jest potrzebna. Długo czy krótko, wesele odbyło się na Wszystkich Świętych. A miesiąc później do Dębowej przyjechał urzędnik i zaciągnął Piotra do wojska. Na pożegnaniu Polina płakała za Piotrem, jak za zmarłym. Z odejściem Piotra jej życie w Dębowej stało się nie do zniesienia. Teść przestał zostawiać ją w spokoju. Początkowo ściskał ją żartobliwie, gdy przechodziła obok, próbował obejmować, gdy doiła krowę. A gdy myła podłogę w izbie, bezczelnie wsunął rękę pod jej spódnicę. Nie mogła mu odpowiedzieć, wstydziła się wobec teściowej, która leżała za zasłonką. Pewnego razu, kiedy w stodole zbierała siano, Jan zakradł się do Poliny od tyłu, powalił ją na siano i próbował się całować, dmuchając na nią czosnkowo-samogonowym oddechem. Kłująca, owłosiona broda zasłoniła jej całe oblicze, uniemożliwiając krzyk. Polina zaczęła się dusić, a teść grzebał już jej pod spódnicą. Jak się wymknęła spod ciężkiego Jana, nie pamięta, ale gdy się wydostała, złapała widły, wycelowała w pierś teścia i z ciężkim oddechem wysyczała: „Zakłuję! Stary kundlu! Przebacz mi, Boże!”

Od tego dnia teść przestał się zachowywać niewłaściwie, ale zaczął doczepiać się do Poliny o każdą drobnostkę: to źle zrobiła, tamto nie tak. W ogóle życie dziewczynie stało się nie do zniesienia. Polina płakała i skarżyła się. Chodziła do Jeziornej do matki, narzekała jej. A co matka mogła? Współczuła, popłakała z nią i odesłała z powrotem, mówiąc: „Cierp. Jak Piotr wróci, wszystko się ułoży.” Przed powrotem do Dębowej Polina zajrzała do sklepu wiejskiego po zapałki, przyprawy. Wzięła liście laurowe, czerwony pieprz, proszek musztardowy – teść kazał. Z dużą niechęcią ruszyła do Dębowej. Szeptały jej walonki na śniegu, myślała o swym ciężkim losie. To już trzeci miesiąc od wyjazdu Piotra.

Podobał jej się ten wesoły, psotny chłopak. Choć we wsi byli i ładniejsi chłopcy. Ale grubiańscy, chamowaci, a ten był łagodny, nigdy od niego nie usłyszała ostrego słowa. Nie zdążyli się jednak prawdziwie zakochać. A teraz teść chce się cieszyć w miejsce syna. „Nie pozwolę na to! Muszę pozbyć się tego starego zboczeńca! Ale jak?” Tak pogrążona w myślach Polina nawet nie zauważyła, jak dotarła do Dębowej. Teść powitał ją z narzekaniem, że długo szła i nie to kupiła. Po wypiciu mleka Polina poszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi na zasuwę. Następnego dnia rozpalano saunę. Stoi daleko od domu, obok małego stawu. Polina nazbierała wody, rozpaliła piec. Kiedy krzątała się po domu, włożyła do kieszeni fartucha trochę czerwonego pieprzu. Upewniając się, że to za mało, dodała musztardy. Po chwili, gdy poszła posprzątać w saunie, natarła pieprzem i musztardą ławę, hojnie nasypała mieszanki do cebrzyka z rozgrzanym wiertłem. Zapach pieprzu i musztardy szczypał ją w nos. Polina kichnęła i wyskoczyła z sauny. Wyskoczyła w samą porę, na jej spotkanie szedł już teść z zawiniątkiem bielizny pod pachą. — „Po co studzisz saunę, wiedźmo”, — wrzasnął na nią. Zszedłszy z dróżki w zaspę, Polina przepuściła teścia w milczeniu i pobiegła do chaty. Zamknąwszy za sobą drzwi, oparła się o ścianę, a serce było gotowe wyrwać się z piersi. „Co się stanie?” Było Polinie straszno i radośnie w duchu, że odważyła się ukarać bezczelnego mężczyznę. „Teraz ci, stary drzewie, będzie gorąco.” „O rany” — pomyślał Jan. Może słabo przewietrzyła saunę? Albo w piecu coś jeszcze tli? Pogrzebał pogrzebaczem w piecu i zalał wodą tlący się węgielek, wlazł na ławę i z rozkoszą się na niej położył.

Ława była gorąca i lekko parzyła skórę. Jan przetarł plecy i tyłek, przyzwyczajając się do ciepła, ale ciepło zaczęło przechodzić w pieczenie.

Nie rozumiejąc niczego, Jan usiadł na ławie. Przesunął dłonią po deskach ławy. Nie dostrzegł niczego. Instynktownie podrapał się tą samą dłonią w swoje „narzędzie” i prawie upadł na podłogę. Poczuł się, jakby z przodu użądliła go osa, a z tyłu pokrzywała pokrzywa.

Ryknął z bólu jak ranny niedźwiedź, Jan wybiegł z sauny jak go matka urodziła i wpadł do zaspy. Pewne pieczenie nieco złagodziło, ale siedzenie w śniegu zrobiło się zimne i wrócił z powrotem do sauny. W domu, po podłodze, dusząc się ze śmiechu, tarzała się Polina. Z kąta wyłoniła się Marfa i zdziwiona wpatrywała się w Polinę, od pożegnania Piotra nie słyszała jej śmiechu.

Marfa dawno zauważyła, że jej mąż zaczepia synową, ale nie miała sił się za nią wstawiać, a teraz Polina, raz dwa, powiedziała teściowej co zmajstrowała, jak ukarała starca. Marfa najpierw zmarszczyła jasne brwi — zrobiło się jej żal męża, ale potem ze śmiechem powiedziała: „I dobrze mu, psu.” Wchodząc ponownie do sauny, Jan zaczął się zastanawiać, co się z nim stało. Może coś wpadło na ławę? Nabrał w garnuszek gorącej wody, solidnie spłukał ławę i wszedł na nią ponownie. Wydawało się, że nic nie parzyło. Podlał wodą kamienie, Jan wziął z cebrzyka wieniec i zaczął się klepać po plecach i udach, ale wtedy znowu zaczął szczypać go w nosie i oczach, ciało znów zapłonęło ogniem, a tyłek swędział, jakby usiadł w mrowisko.

Sturlał się z ławy na podłogę, doczołgał się do drzwi i niemal je wybijając, wyleciał z sauny na znajomy zaspę. Do domu Jan wrócił milcząc, gdy już zapadł zmierzch, nie zjadł kolacji, poszedł od razu spać, ale nie mógł zasnąć.

Całe ciało płonęło.

Przewracał się na skrzypiącej pryczy, jak pstrąg na patelni i prawie wył z bólu, z trudem tłumiąc jęki. Gdy było już nie do zniesienia, otworzył okno, spuscił bieliznę i wystawił piekący tyłek na mróz. Było lżej, ale Janowi się zdawało, że od jego zadka można by odpalić papierosa. Dzięki Bogu, była noc, jeśli ktoś by zobaczył tę scenę: Jan — odludek i dumny, siedzący na parapecie z gołymi pośladkami, jak sowa na gałęzi, trudno powiedzieć, co by o nim pomyśleli.

W swój sposób ocenił to wierny pies Bas, którego buda stała pod tym oknem. Bas stanął na tylnych łapach i liznął Janowi zadek. Z niespodziewanej czułości Janowi w piersi się zimno zrobiło i omdlewając, opadł na podłogę. Od hałasu wstała Marfa, z jednej izby wyszła Polina, z świecą w ręku.

Od tego dnia Jan przestał się czepiać Poliny, nie powiedziawszy jej ani słowa. Wkrótce Polina dostała list od Piotra i wyjechała do niego, gdzie służył.

Choć babka Daria we wspomnieniach nazywała synową Poliną, myślę, że opowiadała o sobie. Do niej to podobne, choć jest po osiemdziesiątce, to w jej oczach wciąż iskrzą się psotne ogniki.

Rate article
Fajna Tajna
Mała osada, raczej samotna zagroda.