Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć, bo ostatnio miałam zupełnie swojską sytuację z moją teściową. Byłam tydzień temu u niej razem z moim synem, a akurat wtedy wpadła jej dawna koleżanka. Cały dzień spędziła bawiąc się z moim młodym.
I w pewnym momencie teściowa spojrzała na niego i z takim smutkiem mówi: Szkoda, że nie mam wnuków…
Wiesz, ta jej koleżanka to też ciekawa historia. Urodziła syna dopiero grubo po trzydziestce. Czekała na tego chłopca chyba całe życie, rozpieszczała go jak tylko się dało. Mąż jej niestety zmarł, gdy chłopiec był jeszcze mały, więc wychowywała go zupełnie sama, pracując na dwa etaty.
Jak jej syn skończył trzydzieści pięć lat, zebrała się na odwagę i zapytała, czy może powinna wyczekiwać wnuków. On jej spokojnie odpowiada: Nigdy.
No i tłumaczy, że to przez wychowanie, że matka go, no jakby to powiedzieć… trochę rozpieściła i zrobiła z niego wiecznego chłopca.
Jestem przyzwyczajony do prostego życia. Żadna kobieta nie będzie chciała być dla mnie drugą matką słyszy ta pani od własnego syna.
Dodał jeszcze, że jemu to zupełnie odpowiada i nie zamierza się dla nikogo zmieniać.
Poza tobą nikogo nie potrzebuję rzucił do swojej mamy.
I wiesz, ona potem przyznała sama przede mną: Zabrakło mi odwagi, żeby go nauczyć, co to znaczy być mężczyzną…
Jak uważasz, czy to nie jest tak, że matczyna miłość czasem aż za bardzo chroni, przez co dzieci boją się żyć samodzielnie?
Daj znać, co o tym myślisz, bo ciekawa jestem Twojej opinii.



