Losy nie rozdają darów na próżno

**10 listopada, wtorek**

Wracałem z delegacji w Łodzi, jechałem autostradą A2, rozmyślając o swoim życiu. Niebo było zachmurzone, zaczął padać drobny deszcz, przednia szyba natychmiast pokryła się kroplami. Samochody z naprzeciwka mijały mnie jeden za drugim.

Byłem na służbie pracuję jako komornik w Pabianicach. Miałem zostać trzy dni, ale skończyło się na jednym. Nie chciałem nocować w hotelu, wolałem wracać do domu. Tym bardziej że żona Ewa miała urodziny. Kupiłem jej nowe ubrania, trochę kosmetyków oczywiście, sprzedawczyni musiała mi doradzić, bo sam niewiele się na tym znam.

Jechałem całą noc, zmęczenie dawało się we znaki, a do tego ten deszcz.

Skrócę drogę przemknęło mi przez myśl. Pojadę przez sąsiednią wieś, będzie bliżej. Autostrada to zbędny objazd. Co prawda droga gruntowa, ale już prawie świta.

Tak też zrobiłem. Z Ewą byliśmy razem od dziesięciu lat, nasz syn Kuba też miał już dziesięć lat. Żona zaszła w ciążę od razu, choć Kuba urodził się przed czasem, ale wyrośliśmy na porządnego chłopaka bystry, jakich mało.

Czułem zmęczenie, ale do domu zostało jeszcze z piętnaście kilometrów. Świtało, choć deszcz tylko przybierał na sile. Nagle poczułem głuchy uderzenie w maskę i gwałtownie zahamowałem. Przeszło mi przez głowę:

Dobrze, że nie jechałem szybko… Chyba kogoś potrąciłem. Las obok, może jakieś zwierzę… natychmiast wyskoczyłem z samochodu.

Na drodze leżała kobieta, parasolka leżała obok. Ogarnęła mnie panika. Potrąciłem człowieka. Może żyje? Pochyliłem się, podniosłem ją i zaniósłem do auta, sadzając na tylnym siedzeniu.

Żyje, na szczęście jechałem wolno pomyślałem, po czym zwróciłem się do niej: Jak się pani czuje? Zawiozę panią do szpitala, wieś już niedaleko wskazałem na widoczne w oddali domy.

Kobieta złapała się za nogę.

Nie trzeba szpitala, czuję się dobrze, tylko trochę potłukłam nogę.

Kim pani jest? zapytała, podnosząc głowę.

Spojrzałem jej w oczy i zamarłem. Ona też była w szoku… podwójnym szoku.

Patrzyliśmy na siebie, aż w końcu oboje otrząsnęliśmy się z osłupienia.

Lusiu? wykrzyknąłem.

Wojtek? zdziwiła się równocześnie.

No, los płata figle powiedziałem. Więc tu jesteś, a ja cię szukałem. A ty mieszkasz tylko piętnaście kilometrów ode mnie.

Samo życie odparła Lusia, już niemal zapominając o potłuczonej nodze.

No cóż, oto ja, we własnej osobie. Wierz mi lub nie dodałem już weselej.

Ale jednak przejedźmy do lekarza, pokaż drogę.

Dobrze zgodziła się, choć noga bolała ją już tylko lekko.

Ośrodek zdrowia był tuż obok. Pielęgniarka obejrzała nogę, kazała stanąć mocniej. Ból był już ledwo wyczuwalny.

Stłuczenie, pani Lusiu stwierdziła. Mogę zwolnić panią z pracy.

Nie, nie, Anno, mam lekcje w szkole. Zresztą już prawie dobrze się czuję. Wojtek mnie podwiezie, prawda? Skinąłem głową.

Lusia uczyła w lokalnej szkole języka polskiego i literatury. Mieszkała w tej wsi, dziś wyszła wcześniej, żeby przygotować się do sprawdzianów.

Może jednak przyjdzie pani za parę dni? zapytała pielęgniarka.

Jeśli noga będzie bolała, to na pewno odpowiedziała z uśmiechem.

Szła do samochodu lekko utykając, a ja szedł za nią, ciesząc się, że wszystko się dobrze skończyło.

Muszę się przebrać, nie mogę iść na lekcje w takim stanie. Zresztą mam jeszcze trochę czasu powiedziała.

Jasne, pokaż, gdzie mieszkasz.

Dom Lusi też był niedaleko. Wyszła z samochodu, a po chwili wróciła w innym ubraniu, w jasnym płaszczu. Deszcz wciąż mżył. Nie zdążyliśmy porządnie porozmawiać.

Lusiu, spotkajmy się wieczorem. Tu, w twojej wsi.

Po co? Masz żonę…

Dziesięć lat się nie widzieliśmy, porozmawiamy. Chyba że nie możesz… Zastanowiłem się, czy może ma męża, który by jej nie pozwolił.

W ogóle się nie zmieniłaś, tylko jesteś bardziej poważna, jeszcze ładniejsza, masz pewny wzrok.

A żona pozwala ci robić komplementy innym kobietom? spytała, patrząc na moją obrączkę. Ona nie miała pierścionka od razu to zauważyłem.

Lusiu, to z serca, nic złego. A ty wciąż taka sama, zadziorna…

Dobrze, na wjeździe do wsi jest altanka, spotkajmy się tam zgodziła się.

Roześmialiśmy się. Oboju wydało się, że ta dawna uraza, przez którą się rozstaliśmy, była głupia i już dawno wyparowała. Mieliśmy wiele pytań, ale nie wiedzieliśmy, od czego zacząć. I czasu było mało. A tu nagle wróciliśmy sobie do życia.

Dziesięć lat temu oboje kończyliśmy studia. Lusia pedagogikę, ja prawo. Nasza miłość była piękna, trwała już drugi rok. Planowaliśmy wspólną przyszłość, ale nie mogliśmy się zdecydować, gdzie zamieszkamy.

Lusiu, jadę do domu, do Pabianic. Obiecali mi stanowisko starszego komornika. A ty, jako moja przyszła żona, pojedziesz ze mną powiedziałem stanowczo.

Ale ona marzyła o pozostaniu w Łodzi.

Nie, nie chcę do małego miasta. Tyle lat minęło, a ty wciąż nie możesz się oderwać od swoich stron odpowiedziała z urazą.

Słowo po słowie, pokłóciliśmy się na dobre. Obraziliśmy się, myśląc, że to tylko na chwilę, że jutro się pogodzimy. Ale nie. Nikt nie chciał pierwszy wyciągnąć ręki, każdy czuł się w swoim prawie. I tak minął czas, a my oddalaliśmy się od siebie. Gniew przerodził się w urazę, aż w końcu nasz związek się rozpadł.

Rozstaliśmy się głupio, nie ustępując sobie nawzajem, przekreślając plany losu.

Gdy wróciłem do domu rano, cicho wszedłem do środka. W powietrzu unosił się zapach jedzenia, ale w domu panował lekki bałagan. Zajrzałem do sypialni i zamarłem. Na naszym łóżku obok Ewy leżał Sławek z sąsiedniej wioski. Znali

Rate article
Fajna Tajna
Losy nie rozdają darów na próżno