LOS NA SZPITALNYM ŁÓŻKU
Proszę, zajmijcie się nim! Ja się boję do niego podejść, nie mówiąc już o karmieniu łyżeczką wyrzuciła na szpitalne łóżko siatkę z zakupami kobieta, której mąż był moim pacjentem.
Proszę się tak nie martwić! Pański mąż wyzdrowieje. Teraz najważniejsza jest odpowiednia opieka. Pomogę panu Wojciechowi stanąć na nogi zapewniałam jako pielęgniarka po raz kolejny, próbując uspokoić żonę pacjenta chorego na gruźlicę.
Wojciecha przywieziono do szpitala w ciężkim stanie, ale miał duże szanse na wyzdrowienie. Chciał żyć, a to już połowa sukcesu. Szkoda tylko, że jego żona Iwona nie miała wiary w medycynę ani w leczenie. Wydawało mi się, że Iwona już przed czasem skreśliła męża ze swojego życia.
Z biegiem czasu okazało się, że syn Iwony i Wojciecha, po wielu, wielu latach, także zachorował na otwartą postać gruźlicy. Iwona już wtedy wzięła go za straconego, stawiając na nim krzyżyk. Jednakże Jurek wyszedł z tej choroby cało.
Wojciech, mimo ciężkiego stanu, żartował, śmiał się dużo i robił wszystko, by jak najszybciej opuścić sanatorium. W tej małej wiosce pod Lublinem, gdzie mieszkał z rodziną, nie było specjalistycznego leczenia; Iwona odwiedzała go niezwykle rzadko. Żal mi było tego młodego mężczyzny. Zaniedbany, opuszczony dziurawe ubranie, nie miał nawet kapci w szpitalu chodził w starych butach.
Wojtek, jeśli nie masz nic przeciwko temu, przyniosę ci jakieś rzeczy. Widziałam, że nie masz nawet kapci. Weź ode mnie parę drobiazgów? próbowałam żartować.
Od ciebie, Elżbieto, nawet truciznę przyjmę, jeśli powiesz, że to lekarstwo. Ale dziękuję, nie trzeba. Pozwól mi tylko wyzdrowieć Wojciech uśmiechnął się i delikatnie ujął moją dłoń.
Delikatnie cofnęłam rękę i wyszłam z sali.
Serce biło mi mocniej, czułam niepokój. Czyżbym się zakochała? Nie chciałam nikomu rozbijać rodziny, to byłby grzech. Nic dobrego z tego nie wyjdzie, szczęścia na cudzym nieszczęściu nie zbudujesz Ale serca nie oszukasz. Skoczyłam więc na głęboką wodę
Zaczęłam odwiedzać Wojtka coraz częściej, rozmawialiśmy długo, zwłaszcza podczas nocnych dyżurów. Były to szczere, prawdziwie serdeczne rozmowy, coraz luźniejsze, aż w końcu przeszliśmy na “ty”.
Wojciech miał pięcioletniego syna.
Jurek jest cały w swoją piękną mamę. Wiesz, Elżbieto, kiedyś bardzo kochałem Iwonę. Starałem się, układałem jej życie jak tylko mogłem. Temperamentna, kusząca, w łóżku istny żywioł. Ale tak naprawdę kocha tylko siebie. Nie da się nic z tym zrobić. Jej egoizm wypala, gorzej niż kwas. No i teraz to obcy człowiek, ty, się mną opiekujesz westchnął ciężko Wojciech.
Ale przecież Iwonie daleko tutaj dojeżdżać. Nie jest łatwo tak często odwiedzać próbowałam bronić jego żony.
Daj spokój, Elżbieto! Jak to mówią: żona kocha męża, ale miejsce dla niego w więzieniu przygotuje. Często słyszałem, jak do kochanków jeździła dalej niż do szpitala Wojciech był coraz bardziej zirytowany.
Dobrej nocy, Wojtku. Nie rób nic pochopnie. Jeszcze się wszystko ułoży powiedziałam równocześnie gasząc światło w sali.
Bez wątpienia Wojtek cierpiał. Leżał bezradnie w szpitalu, a jego żona w tym czasie bawiła się z innymi. Nie było to wprawdzie śmiertelne, ale jak się mawia: dla mrówki rosa to już powódź.
Tydzień później usłyszałam wrzawę w sali Wojtka. Wpadłam natychmiast.
Żebym cię tu więcej nie widział, ladaco! Wynoś się! Wojtek wrzeszczał na skołowaną Iwonę, aż echo niosło się po oddziale.
Iwona wyleciała z sali jak z procy.
Co się stało? spytałam zdziwiona.
Wojtek odwrócił się bez słowa do ściany, a pod kołdrą cały się trząsł. Musiałam podać mu zastrzyk uspokajający.
Minął miesiąc. Iwona ani razu się nie pojawiła.
Wojtek, może zadzwonić do twojej żony? zapytałam ukradkiem.
Dziękuję, Elżbieto, nie trzeba. Rozwodzimy się odpowiedział spokojnie.
Przez chorobę? Przecież zdrowiejesz nie mogłam wyjść z podziwu.
Pamiętasz, jak wtedy wyrzuciłem Iwonę? Przyjechała, by powiedzieć mi, że ma nowego. Chciała, by on się wprowadził do naszego domu, bo wszystko już niepewne, a przy gospodarstwie trzeba męskiej ręki. Dach przeciekał Wojciech zamilkł.
To straszne! zdołałam tylko wyszeptać.
Krótko potem przyjechała Iwona z obcym mężczyzną. Wojciech go nie widział, ale ja z okna miałam doskonały widok: siedział na ławce, nerwowo palił papierosa, czekając na Iwonę.
Wyszła po godzinie. Podbiegła, pocałowała go w policzek, rzuciła jakiś żart i oboje szybkim krokiem oddalili się z podwórka.
Wojtek, masz wypis poinformowałam go później.
Elżbieto, chciałbym cię o coś zapytać a może lepiej nie zaczął niepewnie.
Wojtek, zgadzam się. To miałeś na myśli, prawda? ośmieliłam się w końcu i postanowiłam zaryzykować.
Wojciech otworzył się:
Elżbieto, nie mam domu. Mogę się do ciebie wprowadzić? Z Iwoną już wszystko jasne. Wychodzi za mąż.
Wojtek, mam dziecko. Jeżeli je zaakceptujesz, stworzymy razem dobrą rodzinę wyznałam.
Dziecko nie jest przeszkodą. Już je kocham spojrzał mi w oczy tak ciepło, że poczułam, jakbym topniała, jak śnieg pod rękawiczką.
Od tego czasu minęło wiele lat i zim.
Z Wojtkiem mamy dwoje wspólnych dzieci. Udało nam się zbudować ciepły, rodzinny dom. Jurek, syn Wojtka, często nas odwiedza ze swoją rodziną. Moja córka z pierwszego związku mieszka za granicą. Chociaż, prawdę mówiąc, nigdy nie byłam mężatką. Ot, po prostu jak to się mówi pomyliłam się w młodości.
Uwierzyłam chłopakowi, który obiecał mi miłość bez końca. Snuliśmy plany, ale nasza melodia nie wybrzmiała. Nie wyszło. Ale niczego nie żałuję.
Co do Iwony, to wyszła jeszcze kilka razy za mąż, urodziła syna przypadkowemu mężczyźnie. Ten chłopak całe życie zmagał się z chorobą psychiczną. Iwona nie wykazywała do niego żadnego uczucia, była zimna i obojętna. Dorastał sam, nie przeszkadzając matce w jej sprawach. Gdy Iwona umarła, chłopca oddano do domu opieki.
Dziś z Wojtkiem jesteśmy już staruszkami, ale kochamy się może nawet mocniej niż za młodu. Kroczymy przez życie razem, ceniąc każdy dzień, spojrzenie i wspólny oddechCzasem patrzymy na siebie, śmiejąc się z codziennych drobnostek, z plam na obrusie, z orzechów ukradkiem podjadanych przez wnuki. Cisza w naszym domu nie jest już pustką, lecz spokojem zasłużonym, mądrym, wypełnionym miłością.
Wiem, że los Wojtka i mój splótł się w porę, kiedy wszystko wydawało się przegrane. To wtedy pojawiła się druga szansa dla niego, dla mnie i dla naszych dzieci. Często powtarzam sobie, że najważniejsze to nie zwątpić. Bo czasami anioły mają ręce pielęgniarki, a uzdrawia nie tylko lekarstwo, ale też obecność drugiego człowieka.
Wieczorami, gdy świat milknie, Wojtek bierze mnie za rękę i mówi:
Widzisz, Elżbieto? Życie zaczyna się tam, gdzie kończy się strach.
I wtedy czuję, że warto było czekać. Po burzy, po bólu, po rozczarowaniach zawsze przychodzi upragniony spokój. A my? My jeszcze nie kończymy tej melodii. Przeciwnie: gramy ją razem, coraz piękniej, z wdzięcznością za każdy dzień, który nam darowano.



