Do trzydziestego piątego roku życia Krystyna uważała się za naprawdę szczęśliwą kobietę. Ukochany mąż Andrzej, syn Marek i córka Jolanta, skromna, ale silna rodzina. Wszystko się zmieniło, gdy Andrzeja zwolniono z fabryki. Nie mogąc znaleźć pracy w mieście, postanowił wyjechać do Niemiec w poszukiwaniu zarobku.
— Krystyna, chłopaki mówią, że płacą dobrze — powiedział pewnego dnia.
— A co z nami? Ty tam, my tu. To już nie rodzina — odpowiedziała zrozpaczona.
— To tylko przez chwilę. Wytrzymamy. Jak stanę na nogi, wszystko się ułoży.
Ale nic nie ułożyło się tak, jak marzyła. Andrzej wracał coraz rzadziej, często był ponury i zdystansowany. Aż pewnego dnia, gdy Krystyna szykowała się na jego przyjazd, znalazła w skrzynce list. Od niego.
Uśmiechnęła się — myślała, że to pełne tęsknoty wyznanie. List przyszedł w dniu jego powrotu. Schowała go do torby, a w domu otworzyła. I jej świat się zawalił.
„Krystyna, wybacz. Nie potrafiłem powiedzieć ci tego w twarz. Pokochałem inną. Nasze małżeństwo było błędem. Chcę rozwodu. Dzieciom będę pomagać. Żegnaj.”
Czytała raz za razem, nie wierząc własnym oczom. Łzy zasłaniały wzrok. W tej chwili do pokoju wszedł dziesięcioletni Marek.
— Mamo, piekarnik się pali. Co się dzieje?
Podskoczyła, wyłączyła kuchenkę, rozwiewając dym. Uśmiechała się do syna, ale w piersi palił ją ból.
Miesiąc później się rozwiedli. Andrzej odszedł na zawsze. Pieniądze przysyłał, ale do ich domu już nie wrócił. Po dziesięciu latach Krystyna dowiedziała się, że zginął w wypadku. Została sama z dwójką dzieci i ciężarem odpowiedzialności.
Minęły lata. Krystyna nie wyszła ponownie za mąż — nie chciała wprowadzać nowego mężczyzny do domu. Jej całe życie to dzieci. Marek dorósł, ożenił się z Katarzyną. Zamieszkali w jego dawnym pokoju, a Krystyna z Jolantą — w drugim. Urodził się wnuk Jakub. Ale ani Katarzyna, ani Jolanta nie kwapiły się, by się wyprowadzić. Dom stał się ciasny i pełen napięć.
Pewnego dnia Jolanta oznajmiła:
— Mamo, jestem w ciąży. Z Darką trochę u ciebie pomieszkamy.
— Gdzie? — zdziwiła się Krystyna. — W jednym pokoju — Marek z żoną i synem, w drugim — my z tobą. Dokąd jeszcze kogoś wprowadzisz?
— Na kuchni jest kanapa. Nie masz nic przeciwko, prawda?
I Krystyna przeniosła się do kuchni. Pierwsza noc tam była dla niej koszmarem. A potem było tylko gorzej. Krzyki, kłótnie, konflikty między rodzinami. Kto zjadł kiełbasę, kto hałasował w nocy, kto komu zabrał notes — wszystko było pretekstem do awantur.
Aż Krystyna zauważyła zaokrąglony brzuch Katarzyny.
— Jesteś w ciąży?
— Tak. Będziemy mieli drugie dziecko.
— A co z mieszkaniem?
— Już nas wyrzucacie?! — wybuchnęła Katarzyna.
— Nikt was nie wyrzuca. Ale was już czworo w jednym pokoju!
— Niech twoja córka się wyprowadzi, przecież ma męża! — odparowała Katarzyna.
— Ty też masz! — nie wytrzymała Krystyna.
Rano przyszedł Marek:
— Mamo, obraziłaś Kasię. Wypędzasz nas?
Jolanta, jak na komendę, weszła:
— A ty powiedz swojemu mężowi, żeby wam mieszkanie znalazł!
— Wiecie co?! — wybuchnęła Krystyna. — Dość! Wyprowadzajcie się! I ty, Marku, z żoną i dziećmi. I ty, Jolka, z Darką. Nie wytrzymuję już! Dom zamieniliście w bazar, nikt o nikogo nie dba. Koniec. Na drzwi!
Powiedziała to twardo, głośno, bez wahania. Nawet sama była zaskoczona swoją stanowczością. Ale nie żałowała. Ani przez chwilę.
Trzy dni później się wyprowadzili. Padło wiele słów: „Nigdy więcej nie zobaczysz wnuków”, „Nie utrzymujemy z tobą kontaktu”. Krystyna milczała.
A wieczorem usiadła w kuchni — sama. Bez krzyków, bez kłótni. Po prostu w ciszy.
Rozejrzała się i pierwszy raz od lat poczuła się prawdziwą gospodynią domu. Zrobiła remont. Odnowiła meble. W następnym roku — pierwszy raz w życiu — pojechała na zagraniczne wakacje.
I niech ktoś powie, że myśli tylko o sobie — nie. Ona oddała życie dzieciom. A teraz, w końcu, żyje dla siebie. I tak właśnie powinno być.



