Kasia była zła.
Bardzo zła, aż żal się człowiekowi robiło, jak zła była ta Kasia.
Wszyscy próbowali przekonać jej mamę, że z niej nic dobrego.
Zła, a do tego jeszcze taka nieszczęśliwa.
No bo jak, przecież męża nie ma, syn już dorosły, mieszka osobno.
Kasia sama, nikomu niepotrzebna.
Przychodzi w poniedziałek do pracy, a wszystkie koleżanki rozgadane, chwalą się, jak całe weekendy sprzątały i ogarniały chałupę.
Jedna była u teściowej na działce i przekopywała grządki, inna smażyła dżemy.
A Kasia milczy, no bo co ma mówić? Przecież nie ma czym się pochwalić, faceta nie ma, dziecko dorosło, to siedzi cicho, nie wychyla się.
Znowu wyszła dziś wcześniej, wszyscy wiedzą, że kilka razy w miesiącu wychodzi z pracy przed czasem.
Pokątnie kiwają głowami, już wiadomo, gdzie się wybiera: spotyka się ze swoimi kochankami, których ma jak mrówków.
Każdy w pracy jest święcie przekonany, że Kasia ma cały harem kochanków bo przecież taka zła.
Kasia zła, no bardzo.
A one, te porządne, poukładane, wszystkie ustatkowane, zajęte domem, rodziną, a Kasia zła.
Kasia mówi mama czemu ty taka jesteś?
Jaka, mamo?
No taka… rozbita. Chociaż byś sobie faceta w końcu znalazła, przecież jeszcze nie za późno, córciu! Nawet drugie dziecko można teraz urodzić, jak połowa kobiet po czterdziestce rodzi.
A po co mi facet, mamo? Drugie dziecko z kim i po co? Syna mam, z Jasia jestem szczęśliwa Po co mi jeszcze drugi? Facet mi do czego potrzebny, co ja z nim mam niby robić? Mam Olo, wystarczy.
Kasia! wzdycha mama, z rozpaczą w głosie Kasia, opamiętaj się! Olo to przecież nie twój facet!
Jak to nie mój? Jeszcze jak mój śmieje się Kasia zaprasza raz w tygodniu na randkę, kupuje kwiaty, zabiera na urlop, nie marudzi, do swojej matki na działkę nie zaciąga, nie każe prać skarpetek ani gotować obiadu, nie jęczy, nie leży na kanapie.
Raj.
Raj to wszystko zrzucił na swoją biedną żonę.
A ty byś chciała, żeby to wszystko dostało mi się w prezencie?
Nie, dziękuję bardzo, mam już swoje lata, dwa razy, powtarzam: dwa razy, byłam mężatką i szczęścia domowego już się nacieszyłam aż nadto.
Pierwszy mój mąż, ojciec Jasia nie zapomniałaś, bo to przecież twoja zasługa, że za niego wyszłam tuż po osiemnastce, bo starszy, więc mądrzejszy, poważniejszy, kocha mnie, szanuje i portfel gruby prawda, mamo?
Pięć lat, całe pięć lat siedziałam w tej złotej klatce: na studia iść nie można, z koleżankami nie wolno, z Jasiem się nie wolno zajmować, bo młoda matka to na pewno coś źle zrobi, tylko orać dla niego i jego mamy.
Ale dobrze, w złocie chodziłam.
No i raz w miesiącu wyprowadzał mnie jak zwierzaka na spacer, żeby pochwalić się, że oto żona młoda i porządna, a nie jakaś tam lalka. Sam, oczywiście, takich lalek nie unikał.
A jak uciekłam, rozwód załatwiłam dzięki babci, swojej ukochanej, bo bez niej bym nie dała rady żądał zwrotu wszystkiego, nawet majtek.
Drugi raz wyszłam za mąż z miłości, wtedy studiowałam i ty dobrze to pamiętasz.
Za dnia harowałam na uczelni, bo chciałam nadrobić stracony czas, wieczorami pracowałam, by nie być kolejnym obciążeniem dla ciebie i taty.
Kasia! Jak możesz? Czy ja kiedykolwiek wypomniałam ci kawałek chleba albo miskę zupy? Czy swojej własnej córce i wnukowi żałowałam?
Ty nie, mamo Ale poza tobą był jeszcze ktoś Ten, który bał się, że się uwieszę na twojej szyi razem z dzieckiem.
O kim ty mówisz?
O tacie. No i Łukaszu, kochanym braciszku wiecznie na kanapie, ty na dwóch etatach, a do domu musisz biec, jeszcze na zakupy, bo głodni są. Ty ogarniasz, gotujesz, sprzątasz
Także widzisz, z wielkiej miłości poszłam za drugim mężem, bo bez miłości już żyłam. I co się zmieniło?
Nic! Doszło mi tylko obowiązków, była Kasia teraz jest Kasia WSZYSTKIM winna.
Mąż na kanapie, Kasia w pracy, potem biegiem do przedszkola, przy okazji zakupy, wszystko ogarniam bo przecież dziecko to moje, nie wolno faceta obciążać.
Po co mi samochód? Wiadomo mężowi bardziej potrzebny, przecież nie będzie tramwajem do roboty jeździć?! Tak wszystkie baby mają, zmęczona? A kto obiad zrobi?
Zrobiłam, podałam, uprałam, wyprasowałam, a jeszcze przytulić męża muszę, bo jak nie dostanie porcji czułości, to poleci w bok, wiadomo, drogi skarb
Brakuje pieniędzy? To twojemu dziecku brakuje, jakby to był jego własny syn, to może by się ruszył, tak?
Nie na tego trafiłaś
Nie dasz pieniędzy na naprawę samochodu? No i co z tego, że mój? Rodzina przecież jesteśmy.
Porównaj ile ty zarabiasz, nie robiąc nic, a ile ja To tobie się poszczęściło!
Odchodzisz?
No to leć, zobaczysz, z dzieckiem, komu będziesz potrzebna, ha ha ha.
No widzisz, mamo miałam i faceta z kasą, i tego bez kasy. Żadnej różnicy.
Wszyscy zadowoleni tylko nie ja, mamo, tylko mi było źle.
Kasia, każdy tak żyje, córeczko.
No niech żyją, ja nie chcę, nie będę.
A jak spędziłaś sobotę?
No wiesz, Łukasz z Marysią podrzucili Olka i Zuzię, spacerowałam z nimi, piekłam naleśniki, trochę ogarnęłam, odkurzyłam, podłogi umyłam, pranie zrobiłam, wieczorem położyłam dzieciaki spać, nakarmiłam tatę, posiedziałam z żelazkiem, no i poszłam spać już o północy.
A rano dzieciaki pobudziły mnie wcześnie, chcieli jeszcze naleśników, no to babcia smażyła, potem Łukasz z Marysią wrócili, zrobiłam kurczaka, sałatki, pizzę upiekłam, nakarmiliśmy się, spakowałam ich do domu, trochę ogarnęłam i padłam na kanapę w jedenastej.
W nocy tata mnie obudził, żebym przeniosła się na łóżko
Mamo, nie pamiętam, żebyś tak chętnie z Jasiem zostawała? Żebyś się rwała do opieki nad wnukiem i biegała odpoczywać?
Kasiu, ty zawsze taka byłaś samodzielna, a te nawet mówić nie chcę
Chcesz wiedzieć, mamo, jak spędziłam ostatni weekend? W piątek zadzwonił Jasiu, czy na dwa dni mogę zabrać Misię kota Marleny, jego dziewczyny. Tak, mamo, jakbyś nie była ciągle zajęta Łukaszem i jego rodziną, może byś wiedziała, czym się zajmuje Twój starszy wnuk.
No więc w piątek wieczorem syn z dziewczyną podrzucili kota, przywieźli pizzę i pojechali w góry.
A ja, opchana pizzą, zaległam z serialami, bo nie muszę zrywać się z łóżka w sobotę o świcie.
Rano nakarmiłam Misię, zaparzyłam sobie kawę, ogarnęłam kurz, wrzuciłam pranie, zadzwoniłam do ciebie chciałam zaprosić cię do muzeum, pogadać, wypić kawę.
Odebrał tata powiedział, że matka znowu tyra, z wnukami się babra, a ja jak hrabina do muzeum.
Chciałam się obrazić, ale po chwili stwierdziłam, po co? I tak jest zawsze nieomylny.
Poszłam do muzeum była wystawa twojego ulubionego malarza, pamiętam, jak bardzo kiedyś go lubiłaś.
Potem usiadłam w kawiarni, pochodziłam po sklepach, przypomniałam sobie o Misi, wróciłam, kot spał.
Nie chciało mi się już nigdzie, położyłam się na kanapie, włączyłam serial i tyle.
W niedzielę spałam z kotem do jedenastej. Chciałam z tobą popływać tramwajem po Wiśle, ale odebrała Marysia, z pełnymi ustami powiedziała, że coś tam ogarniasz, pewnie naczynia zmywasz albo sprzątasz po obiedzie.
Wieczorem zadzwonił Olo i zaprosił do restauracji poszłam, a czemu mam odmawiać?
Jestem wolną kobietą, nie wypytuję, co tam u jego żony, nie rozmawiamy o problemach, ja jego nie obciążam swoimi troskami, on moimi.
Wieczór był cudowny, poszłam spać wyspana, rano do pracy.
Mamo, próbowałam spotykać się z wolnymi facetami.
To dopiero cyrk.
Przylepiają się chłopcy szukający mamusi, albo poranieni rozwodnicy, z całą bandą dzieci.
Czemu tak się na mnie patrzysz, mamo?
Świat się zmienił, naprawdę.
Jeden mi mówił, że obowiązkowo muszę kochać jego dzieci, bo kobieta z natury kocha dzieci. On swoje pieniądze będzie wydawał na alimenty i byłą żonę, bo ona, jaka by nie była, to matka jego dzieci. A na nas będzie szła moja wypłata, bo resztę swoich zarobków wyda na ryby, bo jest zapalonym wędkarzem. A jedyne, co mam z tego mieć, to smaczna ryba na stole.
A jak spytałam, czy pomoże mojemu synowi, był oburzony przecież Jasiu ma ojca, to nie jego sprawa.
No pewnie, że sprawiedliwie i dlatego został odesłany. Jasiu ma nie tylko ojca, ale i matkę mnie.
Jasne, teraz to jestem ta zła, wyrachowana, chytra baba myślałam, że zwalę własne dziecko na faceta i będę żyć jak królowa…
Dlatego właśnie mam Ola.
Tak, jestem dla was zła, ale nie mam wcale wyrzutów sumienia, że tak żyję.
Boli mnie jedynie to, jak ty żyjesz, mamo, i dlatego staram się chociaż raz na jakiś czas wyciągnąć cię z domu jak dzisiaj, kiedy nakłamałam tobie i tacie, że potrzebuję pomocy.
Mamo, u mnie wszystko dobrze, a teraz idziemy razem, możesz zrobić coś tylko dla siebie, i spędzimy ten czas razem, jak matka i córka.
Oszalałaś, Kasia, a co z tatą?
Co ma być z tatą? Jest chory?
Nie, ale obiad!
Nie wierzę, żebyś nie miała już na jutro obiadu przygotowanego
No tak, ale trzeba podgrzać No i Łukasz
Mamo! Obrażę się, serio Wiem, że w waszych oczach jestem ta zła, ale pozwól mi być dziś dobrą. Chodź, odpocznijmy bardzo cię o to proszę
W poniedziałek w pracy kobiety opowiadają, jak się zmęczyły odpoczywaniem.
A Kasia uśmiecha się figlarnie, wszyscy wiedzą, że Kasia to ta zła, idzie sobie lekkim krokiem, z uśmiechem na ustach, ciesząc się tylko jej znaną myślą.
Każdemu przecież jasne, jakie to złe myśli kłębią się w głowie Kasi.
Lina była zła. Bardzo zła – aż szkoda tej Liny, taka była z niej zła kobieta. Wszyscy próbowali uświadomić to jej matce – że Lina jest zła. Zła i do tego nieszczęśliwa. Oczywiście, nie ma już męża, syn dorosły, mieszka osobno. Lina została sama, nikomu niepotrzebna. W poniedziałek przyszła do pracy – wszyscy przechwalają się, jak sprzątały, prały cały weekend. Ktoś przepracował się na działce, ktoś robił przetwory. A Lina milczy. A co ma mówić? Nie ma faceta, dziecko dorosłe, więc siedzi cichutko. Dziś wcześniej wyszła z pracy – wszyscy wiedzą, że parę razy w miesiącu wychodzi przed czasem. Potakują z dezaprobatą – bo wszyscy wiedzą, po co idzie: na spotkania ze swoimi licznymi kochankami. W pracy wszyscy są przekonani, że Lina ma mnóstwo kochanków, bo przecież taka z niej zła kobieta. Lina jest zła, bardzo. Oni są porządni – wszystkie mężatki, zajęte obowiązkami – a Lina jest zła. – Lina – mówiła mama – czemu ty jesteś taka? – Jaka, mamo? – No taka nieudana, mogłabyś już sobie jakiegoś faceta znaleźć, no na Boga, córko. Jeszcze nie jest za późno, drugie dziecko teraz też można urodzić, wszystkie rodzą po czterdziestce. – Mamo, a po co mi jakiś facet? Po co mi drugie dziecko z byle kim? Mamo – dziwi się szczerze Lina – po co? Mam syna, Leksia mi wystarczy… A faceta… jak to ujęłaś, po co mi? Co z nim zrobię? Mam Olega. – Lina! – woła mama z rozpaczą – Lina, opamiętaj się! Oleg nie jest twoim facetem! – Jak nie mój? Jak najbardziej mój – śmieje się Lina – raz w tygodniu zaprasza mnie na randkę, daje prezenty, w urlopie pomaga, głowy nie zawraca, do swojej mamy na działkę i do mycia okien mnie nie wysyła, nie każe prać skarpet i gaci, obiadu nie żąda, problemów nie dorzuca, na kanapie nie zalega. Błogosławieństwo. – Jasne, błogosławieństwo, wszystko to dostaje się jego biednej żonie. – I chciałabyś, żeby to wszystko mnie się przytrafiało? Nie, dziękuję, mam lekko ponad czterdzieści lat, byłam dwa razy – przypominam: dwa razy – mężatką i od takiego szczęścia uciekałam na złamanie karku. Mój pierwszy mąż, ojciec Leksia, pamiętasz jak kazałaś mi brać ślub zaraz po osiemnastce, bo starszy, mądrzejszy, poważniejszy, kocha mnie, szanuje, no i zamożny, prawda, mamo? Pięć lat, całe pięć lat siedziałam jak w więzieniu: uczyć się nie wolno, koleżanek nie wolno, nawet synkiem się zająć nie wolno: młoda, coś popsuję, tylko harować na niego i jego matkę. Ale za to byłam cała w złocie, no tak. No i raz w miesiącu wyprowadzał mnie jak maskotkę – pokazać ludziom, jaka to żona młoda i idealna, nie to co wasze te laleczki. Sam, rzecz jasna, dla takich laleczek miał czas… A jak uciekłam i wniosłam pozew o rozwód, dzięki mojej ukochanej babci, wszystko chciał mi zabrać, nawet majtki… Drugi raz wyszłam za mąż z miłości, wtedy się uczyłam i pracowałam, pamiętasz, mamo? W dzień nauka, jak opętana nadrabiałam utracone lata, wieczorem do pracy – żeby nie być ciężarem dla was… – Lina! Jak możesz! Czy ja ci kiedyś wypomniałam kromkę chleba, talerz zupy, tobie czy wnukowi?! – Ty nie, mamo… Ale są jeszcze inni… Jest też ten, co się bał, że będę żerować na twojej karku; z dzieckiem zamieszkam. – O kim ty mówisz? – O tacie – a o kim? No i brat, Nikita, nigdy w życiu się nie urządził, bo po co? Mama wszystko załatwi. Ty harujesz na dwa etaty, wpadasz do domu, trzeba pobiec do sklepu – przecież twoje pisklaki głodne, jeden na kanapie, drugi przed komputerem… Gotujesz, sprzątasz, pierzesz… A ja z wielkiej miłości szybko drugi raz wyszłam za mąż – dość już żyłam bez uczucia. Co się zmieniło? Ano nic. Doszło obowiązków, byłam Lina – Angelika, stałam się Lina – wszystkim powinna. Kochany na kanapie leży, Lina w pracy, potem do przedszkola, przecież to mój syn, nie obciążaj mężczyzny, to nie jego dzieciak, nawet gdyby był – to nie męska rzecz, facet i tak się męczy. Przyleciałam, po drodze do sklepu, wszystko na sobie – dziecko, zakupy, samochodu nie mam, a po co? Wiadomo, facetowi bardziej potrzebny, nie będzie do pracy tramwajem dojeżdżał? Wszystkie kobiety tak żyją, co znaczy że jesteś zmęczona? A kolację kto zrobi? Ugotowałam, nakryłam, nakarmiłam, wyprałam, wyprasowałam, a teraz idź męża dogodzić – bo jak nie dostanie czułości, to pójdzie do innej, skarb przecież… Kasy brak? No to twojemu dziecku brakuje, a gdybyś ty swojego, własnego urodziła, dziedzica, to co innego, może ruszyłby się – a tak, szukaj frajera gdzie indziej, żeby twoje „przylepki” utrzymywał. No przepraszam, nie trafiłaś… Czemu nie chciałaś dać pieniędzy na naprawę samochodu? A co, że to mój? Jesteśmy przecież rodziną. Porównujesz jeszcze, ile ty zarabiasz nic nie robiąc, a ile ja. Tobie to się poszczęściło… Jak to – odchodzisz? Oj, powadź się, komu ty będziesz potrzebna z dzieckiem, ha ha ha. Tak to, mamo, sobie pożyłam – miałam i bogatszego, i biedniejszego męża. Różnicy żadnej. Wszyscy zadowoleni, tylko ja jakoś nie bardzo, mamo, tylko ja byłam nieszczęśliwa. – Lina, wszyscy tak żyją, córciu. – To niech żyją, mamo! Ja nie chcę, nie będę. – A jak spędziłaś sobotę? – No, Nikita z Małgosią podrzucili Olę i Janka do nas, z dziadkiem się bawiliśmy, naleśniki smażyłam, za dużo nie robiłam – kurz wytarłam, podłogę umyłam, pranie, dzieci spać, tatę nakarmiłam, poprasowałam i po północy padłam na kanapę. A rano dzieci zaraz na śniadanie, prosiły naleśników, babcia, smaż, potem Nikita z Małgosią przyszli, kurczaka upiekłam, sałatkę zrobiłam, pizzę upiekłam, kolacja, pożegnałam ich, posprzątałam, a o jedenastej nieprzytomna padłam na kanapę i zasnęłam, w nocy tata mnie obudził, żebym się do łóżka przekręciła… – Mamo, jakoś nie pamiętam, żebyś rwała się siedzieć z Leksikiem? Jakoś nie przypominam sobie, żebym ja tobie dziecko podrzucała, żebyś ty odpoczęła? – Lina, ty jakaś samodzielna byłaś, a te dzieci, och… – A chcesz, mamo, opowiem ci, jak ja spędziłam ostatni weekend? W piątek wieczorem zadzwonił Leksio, spytał, czy wezmę Tymiśka na weekend – chcą z Mariną, jego dziewczyną, pojechać w góry. Pewnie, że wzięłam, czemu nie? Tymiś to kot Leksiowej dziewczyny, wiesz, mamo, gdybyś nie była tak zajęta Nikitą i jego rodziną, może wiedziałabyś więcej o starszym wnuku. No więc wieczorem syn z dziewczyną podrzucili kota, przywieźli pizzę i sobie pojechali. A ja na noc objadłam się pyszną pizzą i oglądałam seriale – przecież nie muszę w sobotę o świcie wstawać. Rano wstałam, nakarmiłam Tymka, zrobiłam sobie kawę, przetarłam kurz, wrzuciłam pranie, zadzwoniłam do ciebie – chciałam zaprosić cię do muzeum albo posiedzieć, pogadać. Odebrał tata, ty byłaś zajęta, miałaś mokre ręce, coś zmywałaś. Nazwał mnie darmozjadką, powiedział, że mama haruje jak wół, z wnukami się bawi, a ja jak dama do muzeów chodzę. Chciałam się obrazić, ale sobie odpuściłam, po co? On i tak zawsze ma rację. Poszłam do muzeum, była wystawa twojego ulubionego malarza, pamiętam jak go uwielbiałaś. Potem wstąpiłam do kawiarni, pochodziłam po sklepach, przypomniałam sobie o Tymku – wróciłam, kot spał spokojnie. Już nie chciało mi się nigdzie iść, padłam na kanapę, włączyłam serial. W niedzielę spaliśmy z Tymkiem do jedenastej, chciałam cię zaprosić na rejs po Wiśle, ale odebrała Małgosia z pełną buzią, powiedziała, że jesteś zajęta, pewno znów zmywałaś albo sprzątałaś. Wieczorem Oleg zaprosił mnie do restauracji, wiesz, poszłam – czemu miałabym nie iść? Jestem wolną kobietą, nie wypytuję go o żonę, o relacje – nie rozmawiamy o tym, on mnie swoimi troskami nie obarcza, ja jego swoimi. Przyjemnie spędziłam wieczór, położyłam się spać wypoczęta, rano poszłam do pracy z uśmiechem. Próbowałam związać się z wolnymi facetami, mamo. To koszmar. Przylepiają się dzieciaki szukające matki, albo nieszczęśnicy z gromadą dzieci i walizką żon po rozwodach. Czemu tak patrzysz, mamo? Świat się zmienił, rozumiesz. Jeden powiedział mi, że muszę pokochać jego dzieci, muszę – bo jestem kobietą i to u nas podobno w naturze. On poza alimentami będzie utrzymywać dzieci i byłą żonę, bo cokolwiek by nie było, to matka jego dzieci. A żyć będziemy z mojej wypłaty, bo resztę swojej wydaje na hobby – jest wędkarzem. W zamian będzie mnie karmił pyszną rybą. Na pytanie, czy będzie pomagał mojemu dziecku, wielce się obraził: „Leksio ma ojca, niech ojciec pomaga”. Sprawiedliwie? Pewnie, że sprawiedliwie, więc – posłany do diabła. Bo Leksio ma matkę, mnie. Oczywiście, jestem zła, małostkowa, wyrachowana, sprytna jędza. Chciałam uczepić swojego dzieciaka biednemu facetowi i żyć jak królowa… Więc, mamo, teraz mam Olega. Tak, jestem zła w waszych oczach, ale wcale mi nie wstyd za to, jak żyję. Boli mnie i smuci, że tobie tak jest ciężko, dlatego próbuję czasem cię gdzieś wyciągnąć z domu, tak jak dziś – okłamałam was z tatą, że potrzebuję pomocy. Mamo, ze mną wszystko w porządku, a teraz chodź, zajmiemy się sobą, spędzisz ten czas ze mną – dla siebie, i dla mnie, twojej córki. – Zwariowałaś, Lina, a co z tatą? – A co, chory jest? – Nie, ale… obiad… – Nie wierzę, że nie masz obiadu na gotowo. – Ale trzeba podgrzać i, w ogóle, Nikita… – Mamo! Mogę się obrazić… wiem, że jestem zła, pozwól mi być dziś tą dobrą, chodź odpoczniemy… bardzo cię proszę… W poniedziałek w pracy babki narzekają, jak bardzo się zmęczyły odpoczywaniem. A Lina uśmiecha się przewrotnie – wszyscy wiedzą, że Lina jest zła, idzie tanecznym krokiem i uśmiecha się do własnych myśli. Wiadomo, co jej chodzi po głowie – same złe rzeczy. Zła, bardzo zła Lina – czyli historia kobiety, która nie chciała żyć jak „te porządne” i postanowiła być szczęśliwa po swojemu



