Łapacz snów
Znowu?! Sima, Simo! Obudź się! Bo ona zaraz zbudzi maluchy! Trzymaj ją! Lena zsunęła się z łóżka i potrząsnęła siostrę za ramię. Kiedy ona się w końcu uspokoi…
Sonja rzucała się przez sen, a jej jęk, długi i żałosny, rozchodził się po pokoju, wywracając duszę na lewą stronę i sprawiając, że człowiek mimowolnie oglądał się za siebie.
Jak w kiepskim horrorze! Sima zerwała z siebie kołdrę i z zamkniętymi oczami podreptała do łóżka Sonji.
Przykryła ją swoim kocem, położyła się obok, przytuliła siostrę i cicho zaczęła nucić:
Lulajże, Jezuniu, nie kładź się na brzegu… O nie! Lena! Tu żadnej kołysanki nie pomoże! Ona cała płonie! Budź mamę!
Lena poskakała chwilę wokół łóżka Sonji, westchnęła i w końcu poszła do pokoju rodziców. Co miała zrobić? Sonja była takim samym dzieckiem jak wszystkie inne. A mama na pewno by je z Simą opierniczyła, gdyby ukryły coś przed nią.
W sypialni rodziców panowała cisza. Lena wyciągnęła rękę nad łóżeczko Serka, stojące przy łóżku rodziców, i pogładziła po ramieniu Małgorzatę.
Mamusia…
Oczy, piwne, jak Leny, otworzyły się natychmiast, jakby Małgorzata wcale nie spała, i ciepła dłoń zakryła palce córki.
Co się stało, kochanie?
Sonji źle! Mamusiu, ona pewnie ma gorączkę. Jest gorąca jak piec!
Sergiusz cichutko pochlipywał, a Małgorzata od razu zaczęła nucić, jak niedawno Sima:
Lulajże, Jezuniu, lulaj…
Jej palce ujęły rachityczny nadgarstek córki i położyły rękę Leny na boczku brata.
Pokolebaj go chwilę, żeby nie obudził się. Zaraz wracam…
Lekko, jakby wcale nie miała jeszcze wczoraj bolących pleców po upadku z drabinki podczas sprzątania, Małgorzata podniosła się i na palcach pobiegła do pokoju dziewczynek, nasłuchując ciepłego półmroku śpiącego domu.
Dom był jej dumą. Ileż ona słyszała, że budowy z Marcinem nie pociągną… Że po co im trud i wysiłek, że przecież w bloku wygodniej…
Krewni wzruszali ramionami, bez krępacji rzucając ostro i bezlitośnie:
Po co wam taka willa?! Przecież nie macie dzieci!
I serce Małgorzaty ściskało się z żalu, a głowa opadała, jakby ktoś bezwzględny i obojętny wobec cudzej krzywdy przyciskał ją twarzą do ziemi. Nie możesz być matką? Nie twoje przeznaczenie? To i patrzeć w oczy światu nie powinnaś! Głowę noś niżej!
Ile to razy Marcin, widząc ją przygnębioną po kolejnej rozmowie z matką lub ciotkami, tulił Małgorzatę do siebie, dziwiąc się, jak jej policzek idealnie pasuje do wgłębienia na jego szyi. Zespalało ich coś nieuchwytnego; czuli nie tylko swoje ciepło, ale i najskrytsze myśli. Jakby jedno nie mogło poczuć czegoś, czego drugie nie przeczuwało.
Nie słuchaj ich! Oni nic nie wiedzą!
Co tu wiedzieć, Marcinku? Przecież mają rację! Nie będzie dzieci…
To się jeszcze zobaczy! Marcin zaciskał zęby ze złości na tych, którzy śmieli zranić jego ukochaną i przysięgał sobie, że zrobi wszystko, by jej marzenie się spełniło.
Wydawało się, że wszystko jest możliwe, jeśli masz pieniądze i żyjesz blisko stolicy. Ale kliniki jedna za drugą odmawiały. Lekarze rozkładali ręce:
My nie jesteśmy cudotwórcami!
I Małgorzata znowu spuszczała oczy nawet przed własnym mężem, nie wiedząc, jak mu powiedzieć o tym, co już dawno uznała za fakt. Dopiero gdy zaczął mówić o budowie domu, zebrała się na odwagę.
Marcin… To nie ze mną… Kocham cię, wiesz o tym… Ale powinieneś mieć rodzinę. Jeśli nie mogę dać ci dziecka, to… Złożę pozew o rozwód.
W swoich marzeniach! Marcin ze złości odstawił kubek gorącej herbaty i zatańczył po kuchni, trzymając za ucho oparzone palce. Małgośka! Zostaw to! Jestem prosty chłop, mogę i zwyczajnie po polsku powiedzieć, co o tym myślę! Mamusi twojej może się nie spodoba, że zięć bez ogłady, tylko kląć potrafi! A niech i tak! Kto ci powiedział, że cię puszczę?! Przebacz, ale głupiaś jak but! Inaczej bym powiedział, ale ty w tym mistrzyni
Ja?! Małgorzata aż podniosła wzrok ze zdziwienia i zapomniała, że chciała płakać.
A kto?! Powiedzieć coś takiego?! Ty jesteś mi potrzebna! A dzieci… Dobrze będzie, jak będą. Jak nie, to znaczy, że taka nasza dola. Nie wszystkim dane…
Małgorzata tym razem się tym nie uspokoiła. Co tam, że teraz mówi, że nie chce dzieci, silny, młody, a potem będzie żałował… Tylko że Marcin trwał przy swoim. Za długo czekał na tę, która stała się jego szczęściem.
Małgorzata po raz pierwszy wyszła za mąż w wieku dziewiętnastu lat. Nie chodziło jej wtedy o bycie czyjąś żoną, lecz o to, żeby opuścić dom i uwolnić się od kontroli i zarzutów matki.
Z matką miała stosunki trudne. Lidia Stanisławówna, jej matka, raz kochała córkę bez pamięci i wszem wobec opowiadała, jaka to wspaniała dziewczyna z niej rośnie, by za chwilę zdawało się, że coś jej duszę szarpie za ukryte nici i zapominała, że jeszcze wczoraj mówiła, iż Małgorzata jest jej szczęściem.
Jak ja mogłam zostać matką takiego nieporozumienia?! Małgorzata! Czasem patrzę na ciebie genialna jesteś! A czasem… Co ty masz w tej głowie, dziecko?!
Gdyby Małgorzata znała odpowiedź, odpowiedziałaby. Tymczasem spuszczała głowę pod matczynym wzrokiem i milczała, zastanawiając się, jak kochać tę, co na nią krzyczy…
Pytasz ją, czy kocha matkę odpowie bez wahania: Tak!. No bo jak nie kochać swoich rodziców? Tyle że z wiekiem zrozumiała, że ani dyplom, ani dobra praca, ani rzesze przyjaciół nie czynią człowieka ciepłym, serdecznym. Jej matka umiała robić wrażenie, przyciągała ludzi. Była mądra, oczytana, umiała ocenić ludzi od razu z każdym znalazła wspólny język, tylko nie z własną córką.
Mamo, czemu mnie nie kochasz? w końcu padło to pytanie na tydzień przed ślubem Małgorzaty, kiedy Lidia Stanisławówna skrzywiła się na widok sukni ślubnej córki i zapytała, gdzie zdobyła ten szmat.
Małgorzata, która miesiąc szukała sukni, pewna, że prostota nie wywoła zarzutów, zaniemówiła, lecz w końcu wypaliła:
Mamo! Powiedz mi! Jestem twoim jedynym dzieckiem. Z tatą raczej dobrze żyliście. Nigdy nie słyszałam kłótni. Czemu jesteś dla mnie taka surowa? Co ze mną nie tak?!
Nie gadaj głupot!
Przestań… Co bym nie zrobiła wszystko źle…
To zrób wreszcie dobrze! I wszystko się ułoży! Małgorzato! Przestań mi szarpać nerwy! Zdecydowałaś się wychodzisz za mąż! Nie żądaj, bym klaskała w dłonie! Od tego są matki, żeby czasem upomnieć, a nie całe życie tylko po głowie głaskać! Będziesz miała dzieci zrozumiesz, jak ciężko czasem kochać dziecko! I tak wiele ci dałam!
Nie o tym rozmawiamy!
O czym więc?! Ojciec tylko swoimi sprawami się zajmował, a ja cię wychowywałam, bo uważał, że dziewczyna to sprawa matki. Byłby syn…
Wtedy Małgorzata zrozumiała, skąd ten chłód w rodzinie. Pogadawszy z ciotkami, upewniła się, że rodzice marzyli o synu, a jej narodziny nie były dla nich radością.
Jezu, średniowiecze jakieś chodziła po jesiennym parku i próbowała zrozumieć. Chłopiec to, dziewczyna nie to. Głupstwo… Jak już będę miała dzieci, nigdy nie rozdzielę ich na tych i nie tych. Oby tylko nie powielić… Boże, czemu tak bywa? Czemu rodzice czasem są tacy dziwni wobec własnych dzieci? Jak tego uniknąć? Przecież to nie musi być reguła… Nie chcę tak! Słyszysz? Pewnie słyszysz… Pomóż mi… Naucz mnie…
Wesele było huczne i durne. W sznurowanym do przesady gorsecie Małgorzata ledwo oddychała w tej sukni, a matka zachwycała się i co chwila tuliła do córki.
Jak cudownie, prawda? Ale piękna z was para! Szczęśliwa jesteś?
Małgorzata nie umiała wtedy odpowiedzieć. Kiwała tylko głową, nerwowo szukając spojrzeniem przyjaciółki, żeby zluzowała gorset, ale bała się zapytać mamę, nie chcąc znów usłyszeć, że źle wybrała. Do płaczu brakowało niewiele.
Małżeństwo trwało półtora roku. Po poronieniu mąż spakował manatki i wrócił do rodziców, nie czekając na wypis Małgorzaty ze szpitala.
Mieszkanie, które rodzice kupili jej przed ślubem, opustoszało. Lidia Stanisławówna zabierając córkę ze szpitala, trajkotała radośnie, skręcając ostro autem:
Wynajmiemy je, córciu! A ty wrócisz do nas! Dość już! Nawybrzydzałaś się! Czas się opamiętać! Skończaj studia, potem z ojcem wybierzemy dobrego kandydata na męża. Nie powinnaś ufać swojemu wyborowi. Pomyliłaś się! To kosztuje!
Małgorzata milczała. Z ojcem, w jego gabinecie, porozmawiała wieczorem:
Tato, jeśli mnie choć trochę kochasz, pozwól mi mieszkać oddzielnie. Nie dam rady teraz u was.
Dlaczego?
Boli…
Co dziwne, ojciec doznał zrozumienia. Przyznał córce alimenty i zabronił Lidii mieszać się w ich relacje.
Tak postanowiłem.
Lidia tylko raz zaprotestowała, kiedy pół roku później Małgorzata znalazła pracę na część etatu i zrezygnowała z finansowej pomocy:
Zostaw jej wypłatę. Co tam zarobi, co! Będzie miała własne grosiki. Nie chce brać odkładaj do szafki. W razie czego się przyda.
Małgorzata skończyła studia, awansowała, ale w życiu osobistym nie wiodło się jej. Urody jej nie brakowało, ale brakowało iskry, którą ludzie tak bardzo lubili. Przypominała dogasający węgielek…
I była na to mocna przyczyna.
Powikłania po przedwczesnym porodzie sprawiły, że usłyszała od lekarzy: najpewniej już nigdy nie będzie matką.
Wieść ta złamała ją wewnętrznie. Z rozpędu pracowała, uczestniczyła w wyjazdach z rodzicami, ale z wolna traciła chęć życia zauważyli to wszyscy.
Co się dzieje z dziewczyną, Lidziu? przejęła się siostra matki, Zofia Stanisławówna.
Co z nią może być?
Ty popatrz na nią uważnie! Jak pomnik… W oczach martwo… Trzeba coś zrobić!
Małgorzata nie zwróciła uwagi na nagle częstsze rodzinne imprezy i zjazdy na działce, gdzie pojawiały się nowe twarze młodych mężczyzn, zapraszanych przez czujne ciocie i rodziców.
Na jednej z takich imprez poznała Marcina.
Nie był on zaproszonym gościem nie pasował do kandydata dla Małgorzaty po statusie i majątku.
Marcin był zwykłym kierowcą, który przywiózł z rodziną jedną z ciotek na działkę, i aż się zdziwił, gdy piękna, jak Królewna Śnieżka, dziewczyna w białym kożuszku szarpnęła drzwiami, odśnieżyła kratkę i kazała:
Do miasta!
Co ją ugryzło właśnie tamtego dnia? Może zmęczyły ją te rodzinne biesiady, podczas których dzieci wystawia się na środek i każe recytować dla kochanej mamy? Przechodziły przez to wszystkie dzieci w rodzinie Małgorzaty. Patrzyła na zbolałe dziecięce buzie i czuła tylko jedno: zabrać to dziecko i uciec, gdzie nie liczy się, jak dobrze akcentujesz, tylko co masz w duszy…
Marcin nie zadawał pytań. Odwiózł ją, gdzie kazała, roześmiał się, gdy po portfel szperała po kieszeniach płaszcza.
Ojej…
Co się stało? Nie masz pieniędzy?
Tak… Torebka została na działce… Klucze mam, wrzuciłam do kieszeni, a portfel tam…
To nieważne. Uśmiechnij się, i będziemy kwita.
Małgorzata skrzywiła się, pokręciła głową:
Proszę, niech chwilę poczeka, zaraz zejdę z pieniędzmi.
Marcin nie poczekał. Małgorzata, wzięła pieniądze z szafki, zbiegła na dziedziniec, a jego już nie było. Została pod bramą, pomyślała o spotkaniu, które dał jej los i wróciła do mieszkania.
Jej ucieczka nie uszła uwadze matki. Była awantura o brak szacunku do rodziny i tradycji. Ojciec tylko zasugerował, by na przyszłość uprzedzać kogoś przed wyjściem, żeby nie robić paniki.
Marcin zjawił się następnego ranka. Małgorzata spieszyła się do pracy i jakoś nie zdziwiła się, widząc znajome białe auto pod blokiem.
Wsiadaj!
Był pewny siebie, pogodny i nieco zabawny, bo Małgorzata przewyższała go wzrostem niemal o głowę.
Zaraz, zmienię buty!
Wbiegła z powrotem do klatki, czując, że i tak się spóźni; po chwili wróciła już bez obcasów. Marcin otworzył jej drzwi od strony pasażera:
Wsiadaj z przodu, tak się lepiej rozmawia.
Tak zaczęła się ich znajomość.
Małgorzata była bardzo ostrożna i czujna wobec własnych emocji. Przecież ona, córka profesora i biznesmena, prosta dziewczyna i kierowca? Co rodzina powie? Ale była w nim jakaś ciepła jasność ledwo przeczuwalna, ale wyczuwalna, i poczuła, że warto zaryzykować.
Matka, oczywiście, swoje powiedziała! Tak, że cała rodzina zadrżała.
Przeklnę cię! Słyszysz?! Zrzeknę się ciebie! Małgorzata, opanuj się! On nie jest dla ciebie!
Lidia Stanisławówna długo jeszcze szalała, ale Małgorzata już wiedziała, czego chce i nie zamierzała wracać do cudzych opinii.
O swoich problemach powiedziała Marcinowi jeszcze przed ślubem.
Co powiesz? bawiąc się maskotką, nie śmiała spojrzeć w jego oczy. Możliwe, że nigdy nie będziemy mieli dzieci… Rozumiesz?
Co tu rozumieć? Ludzie dla dzieci zakładają rodziny, a ja cię po prostu kocham, Małgorzato. I nie ważne, czy urodzisz dziesiątkę dzieci czy będziemy żyć we dwoje.
Tak mówisz teraz…
I potem powiem to samo. Ojciec nauczył mnie być odpowiedzialnym. Słowo się liczy. Rozumiesz?
Wzięli ślub w Warszawie, wesele urządzili na wsi u rodziców Marcina. Rodzice Małgorzaty odmawiają przyjazdu. Matka nie chciała mieć nic wspólnego z nową rodziną, ojciec pojawił się pod koniec, złożył suche gratulacje i znikł. Ona wiedziała, jaka go kara czeka mama wtedy nie przebaczała nawet na chwilę.
Z rodzicami Marcina porozumiała się ku własnemu zaskoczeniu łatwo.
Chudzina… kręciła głową przyszła teściowa, Teresa. Marcin, karmić ją trzeba! Jak gotować nie umie, to cię nauczę. A ty przestań się smucić! Głowa do góry, Małgorzato! Życie krótkie szkoda czasu na smutki! Idź ze mną, posiedzisz, pomożesz przy konfiturach. Chłopom ufać nie można, zjedzą i nie będzie co smażyć!
Mamo! Marcin się śmiał.
Nie mamo! Wiem, gdzie połowa truskawek poszła w zeszłym roku! W tym jeszcze gorzej! Dość! Chodź!
Na tej prostej, swojskiej kuchni Małgorzata po raz pierwszy poczuła, że tu jest jej miejsce.
Dom Marcina, jego rodzice byli jak on: ciepli, otwarci. Gdy dowiedzieli się, że ich synowa nie może mieć własnych dzieci, Teresa podeszła, objęła ją i ukryła jej płacz w swojej szerokiej piersi.
Oj, córuś… Szkoda, że cię tak los doświadczył… Ale wiesz co? Dziękuję.
Za co?
Za szczerość! Inna by przemilczała, a ty się zaufałaś. To się liczy! A z dziećmi… To nie nasza rzecz, Boska sprawa! On wie, co komu dać! I radość do twojego domu przyjdzie!
Nawet nie mamy domu jeszcze
To się wybuduje! Wybrałaś sobie dobrego męża! Bo od kobiety w rodzinie wiele zależy. Faceci tylko myślą, że jest odwrotnie. Ale to my sterujemy głową w dobrą stronę.
Do słów teściowej Małgorzata powoli nabierała przekonania. Słowa matki już coraz częściej puszczała mimo uszu.
Dom rósł oczom. Marcin, który skończył wreszcie szkołę i założył własną firmę transportową, w weekendy z ojcem i rodziną stawiali ściany, a na co dzień przesiadywał w biurze. Teść widząc, jak radzi sobie zięć, zaoferował pomoc i kontakty, z czego Małgorzata się bardzo cieszyła.
Sama w tym czasie rozpoczęła karierę prawniczą, pracowała nad swoim planem kariera się rozwijała, ale brakowało tego, co najważniejsze.
Przeszli odpowiednie szkolenia i zaczęli szukać własnego dziecka do adopcji.
Nie trwało to długo. Dostali jeden telefon z opieki, a tu matka Marcina dzwoni, urywa się w połowie słów:
Mamo Tereso, nie rozumiem! Wolniej!
Małgorzata, mieszając ciasto na niedzielne placki, ustawiła tryb głośnomówiący.
Małgorzato! Słuchaj, są dzieci! Nowakowa spłonęła! Pamiętasz? Nasi sąsiedzi… Matka napisała zrzeczenie, opieka zabrała im dzieci. A jakie dobre! Znam je od maleńkości! Starsze dziewczyny złota! Nie wiem, jak, wychowały się porządnie. Potrafią się zająć sobą i młodszym braciszkiem! Wiem, chcieliście jedno, a tu od razu trójka… Duża odpowiedzialność! Ale to nie obcy! Pod moim okiem rosły, babcią mnie nazywają od urodzenia… Przemyślcie, Małgorzato! Szkoda, by się zmarnowały w domu dziecka. Im już wystarczyło niedoli, jak matka się hołubiła… Nie mogę… Serce mi pęka…
Mamo, uspokój się! Marcin wszedł do kuchni, a Małgorzata, otrzepawszy ręce, już zakładała buty. Weź valerinę i czekaj! Już jedziemy!
Tak się stało, że Małgorzata została matką od razu trójki dzieci.
Siedmioletnia Sima i sześcioletnia Lena szybko się oswoiły. Przyglądnęły się Małgorzacie:
Nie bój się! Widać, że jesteś dobra.
Dwuletni Sławek, nie kombinując, mamkał już po kilku tygodniach i chodził za Małgorzatą jak cień. Ciocią, mamą, babcią… Ważna była ta nici.
Boże! Co za głupota! Małgorzato, czym ty się kierowałaś! Troje dzieci, i ta dziedziczność! Jak ci pozwolili?!
Mamo, jestem prawnikiem…
Wychowałaś się na moją zgubę! Małgorzato!
Co?! pierwszy raz w życiu Małgorzata podniosła głos na matkę. Zawsze żyłam według twoich poleceń! Teraz sama decyduję!
Ty mnie nie słuchasz od dawna! Najpierw ten Marcin, teraz… Twój wybór…
Rozmowę skończyła Małgorzata, odkładając telefon.
Może właśnie wtedy zrozumiała, że dojrzała…
Lata mijały.
Dzieci rosły, ciesząc Małgorzatę. Pracowała już wyłącznie zdalnie, współpracując z kilkoma agencjami nieruchomości, ograniczając się do minimum cała w nowej roli.
O tym, że jest w ciąży, dowiedziała się późno. Zrzuciła złe samopoczucie na stres i zmęczenie, odsuwała wizytę u lekarza, aż Marcin, złapawszy ją rano w łazience, zarządził:
Jedziemy do lekarza!
Teściowa, która nocowała u nich, tylko pogładziła Małgorzatę po policzku, przerwała smażenie placków:
Posłuchaj męża, dziewczyno! Zielonaś jak niedojrzały pomidor! Jedź! Ja już wiem, co ci jest…
Co takiego?
E, nie powiem! Zobaczy się! A po powrocie obiad.
Wiadomość lekarza zaskoczyła Małgorzatę tak, że zaniemówiła:
Niemożliwe! Kłamie pan!
Pani wybiera słowa!
Ale to… Małgorzata nie mogła uwierzyć w swoje szczęście.
Proszę powiedzieć mężowi! uśmiechnął się lekarz i pokazał obraz USG. Widać? To pana kłamstwo. Małe, ale już jest.
Proszę go wezwać…
Małgorzata płakała, wpatrując się w to, o czym śniła przez lata.
Sergiusz urodził się zimą, przynosząc do domu tyle radości i kłopotów, że Małgorzata nie wiedziała, śmiać się czy płakać.
Sima i Lena przyjęły brata spokojnie jeszcze jedno dziecko, jeszcze więcej obowiązków. Pomóc matce to ich zadanie.
Za to Sławek wystąpił przeciwko najmłodszemu. Grymasił, tulił się do Małgorzaty, próbował przyciągnąć uwagę.
Sławku, mój mały, no co ci? Małgorzata, karmiąc młodszego syna, drugą ręką tuliła Sławka. Jestem z tobą!
Dużo czasu zajęło jej wytłumaczenie, że miłość się nie kończy, gdy pojawia się kolejne dziecko. Gdy tylko Sławek się uspokoił, los podsunął kolejne wydarzenie: w rodzinie Małgorzaty i Marcina pojawiła się Sonja.
Dzięki niej w końcu Małgorzata pogodziła się z rodzicami, lecz sama historia była trudna…
Sonja była córką kuzynki Małgorzaty, Agaty, która po zamążpójściu wyjechała za mężem na Śląsk. Z siostrą kontakt był rzadki że ma dziecko, Małgorzata wiedziała tylko ze słyszenia. Dlatego nocny telefon mamy przeraził wszystkich.
Mamo, spokojniej! Co się stało?
Och, Małgorzato! Agata! Twoja siostra… On… Boże, miałam przeczucie, że coś w nim jest złego, a nikt mnie nie słuchał! I co?! Nie żyje! Zrozum, nie żyje! A dziecko… Kto zechce córkę faceta, który zabił żonę?!
Mamo, spokojnie! Gdzie jest Sonja?
Skąd mam wiedzieć?! Ty słyszysz, co mówię?!
Tak, mamo! Przepraszam, muszę zadzwonić!
Ciocia Zofia nie wpadła w panikę.
Dowiem się i zadzwonię. Czekaj!
Małgorzata, utuliwszy rozbudzone dzieci na swoim łóżku, pożegnała męża, który pojechał po Teresę, i usiadła ze ściśniętym telefonem w fotelu.
Długo czekać nie musiała po pół godzinie już wiedziała, do którego ośrodka trafiła Sonja, a po paru godzinach siedziała z mężem w samochodzie w drodze na lotnisko.
Ale Sonję odebrała dopiero po długich przeprawach. Dziewczynka, po tym, co przeżyła, była tak przerażona, że bała się cienia.
Niejeden raz Małgorzata, przywoływana przez dzieci, przychodziła do pokoju, siadała na brzegu łóżka Sonji, budziła ją i uspokajała:
Sonjusiu, jesteś w domu! Jestem z tobą! Siostry obok! Nikt cię nie skrzywdzi!
Ale niewiele to pomagało. Sonja nie mogła przyzwyczaić się do nowego życia.
Mamusiu, czy mama przyjdzie niedługo? ściskając dłoń Małgorzaty, chowała twarz na jej ramieniu. Wstydziła się, że znów dręczy krzykiem domowników.
Sonjusiu, już rozmawiałyśmy. Mieszkać będziesz na razie u nas. A mama…
Stosując się do rad psychologów, Małgorzata omijała ostre tematy, lecz w końcu Sonja sama zrozumiała, że mama już nie wróci.
Już jej nie ma?
Pytanie zabrzmiało wprost i Małgorzata już się nie siliła odpowiedziała szczerze patrząc w jej oczy.
Tak, córeczko. Już nie ma…
Ku zdziwieniu Małgorzaty Sonja przyjęła to spokojnie. Zapłakała cicho, ściskając jej dłonie i pierwszy raz przyjęła objęcia starszych sióstr.
Tydzień, dwa… Ale nocami krzyk Sonji dalej rozdzierał ciszę, mimo wizyt u psychologa i starań rodziny.
Sima i Lena robiły wszystko, by Sonja poczuła się dobrze.
Babciu, czemu Sonja ciągle się boi? My tak nie miałyśmy…
Kochane moje! Bo wy jesteście silne! Jaką ceną przyszła ta siła nie trzeba wspominać. Ważne, że ją macie. Jeszcze jej nie znacie do końca, ale ona w was jest. A Sonja… Jest delikatna. Przy mamie rosła… Nikt jej nie uczył, jak się bronić…
Co mamy robić, babciu? Jej sen jest taki straszny! Sławek też się boi. Przybiega do nas i zasypia dopiero ze mną albo z Leną. Jak pomóc Sonji?
Miłość! Każdy lęk uleczy tylko miłość. Gdzie ona jest, tam strach nie ma wstępu. Sonja zrozumie, że jest kochana, wtedy dom będzie jej schronieniem. To potrwa, to trudne, ale dacie radę wiem to.
Jej sny straszą nas…
To nie sny, to zadra w sercu. Zróbcie coś dobrego dla niej, pokażcie, że nie jest obca. Może pomoże…
Dziewczyny się zamyśliły.
Zabawki, spinki, nawet nowa bluzka, którą Lena chciała oddać Sonji, nie działały. Sonja powiesiła ją w szafie Leny, kiwnęła głową:
Dziękuję, ale nie trzeba. Oksana wszystko mi kupiła. A ty lubisz tę bluzkę.
Misia z kolorową łatą, którego Sima jej podarowała, Sonja posadziła na biurku i zaraz o nim zapomniała.
Pomógł Sławek. Babcia Teresa podarowała mu książkę o Indianach i zdziwiła się, gdy wnuk nagle poprosił, by odwieźć go do domu.
Sławku, czemu? Przecież miała być nocowanka?
Muszę! poważnie zmarszczył brwi.
Z takim argumentem nie polemizowała. Małgorzata uniosła brwi z zaskoczenia, widząc ich tak późno wieczorem w drzwiach, ale nie spytała.
Sławek po zdjęciu kurteczki poleciał do dziewczyn. Pokazał im obrazek w książce.
To jest łapacz snów! Musimy taki zrobić dla Sonji! Jej złe sny zaplączą się w tę sieć i już nie będzie płakać ani krzyczeć!
Sima zawołała radośnie:
Daj zobaczyć! Jak się robi?
Małgorzata wybrała się po nici i koraliki, dwa gęsi Teresy oddały swe najlepsze pióra, i praca ruszyła.
Sławek, siedząc z siostrami na dywanie, wybierał najładniejsze koraliki, szeptał:
Niech ta niebieska, bo Sonja lubi ten kolor. Czerwona bo ja lubię. Żółta jak Sima, biała jak Lena…
Sonji miało to zostać niespodzianką może nie działa póki nie gotowe?
A Sonja dalej płakała przez sen…
Tej nocy obudziła się z krzykiem, wyjąca, gdy Małgorzata weszła do pokoju i pierwszy raz od początku wyciągnęła do niej ręce:
Nie oddaj mnie!
Małgorzata podbiegła do niej i wykrzyknęła, dotknąwszy jej:
Córeczko, cała się palisz! Cicho, już, nikomu cię nie dam!
Nawet jemu?
Komu, skarbie?
Tacie…
Wtedy Małgorzata zrozumiała, że Sonja nie tylko wie, co się wydarzyło, ale musiała być świadkiem.
Kląc pod nosem na tych, co jej o tym nie powiedzieli, gdy zabierała dziecko, przytuliła Sonję i rzuciła dziewczynom:
Telefon! Szybko! Trzeba wezwać lekarza! Obudźcie tatę! Potrzebuję go!
Już jestem.
Marcin wszedł do pokoju, pocałował Sonję w czoło i cofnął się zdumiony.
Niezła gorączka…
I co teraz?! Marcin co robić?! Lekarz jeszcze nie przyjechał…
Spróbujemy sposobem mamy!
Jak?!
Marcin zerwał prześcieradło z łóżka Leny i pognał do łazienki.
Lena, podaj lek na gorączkę i dużo wody! Sonja musi pić!
Następne pół godziny zlało się w jedno wspomnienie. Małgorzata walczyła o dziecko, już bez zastanowienia, czy jest gotowa na piątkę dzieci. Teraz już wiedziała, że takie przyjęła, tylko bała się do tego przyznać.
Lekarze, gdy przyjechali, ani słowem nie skomentowali widoku kobiety w przemokłej piżamie, co tuliła śpiącą dziewczynkę, śmiejąc się i płacząc równocześnie.
Upadła… Spadła…
Kto, kochaniutka? Dziewczynka? Gdzie? Miała zawroty czy wymiotowała?
Nie dziecko! Gorączka…
Ach, nie dziecko! No i dobrze! Rano wezwać pediatrę. Dla nas już tu nic.
Poranek zastał Małgorzatę w pokoju dzieci. Otworzyła oczy i zdziwiła się widokiem dziwnego przedmiotu wiszącego nad łóżkiem.
Co to? spytała szeptem Lenę, głaszcząc włosy śpiącej Sonji.
Łapacz snów, mamo! Sima i ja skończyłyśmy, gdy spałaś. To Sławek wymyślił. W książce wyczytał, że chroni przed złymi snami. Ale myślę, że niepotrzebny.
Dlaczego?
Bo Sonja już ma łapacza snów.
Tak?
Tak! Ty… Gdy spałyście, trzymała cię za rękę i nie krzyczała. Czyli ty przegnałaś wszystkie jej złe sny, prawda?
Może… A wiesz co?
Co?
Ona ma ich więcej.
Ile?
Policzyć: ty, Sima, Sławek, tata, ja… Babcia, jak nocuje… Dziadek… Dużo… Małgorzata spojrzała na zegar i zawołała zaskoczona: Która godzina?!
Już prawie obiad, mamo! Tata mówił, żeby cię nie budzić.
A Serek? Przecież jest głodny!
Jest najedzony! Tata go nakarmił. Babcia już przyjechała! Obie! Babcia Teresa mówi, że zostanie, żeby ci pomóc. Dziadek będzie na weekend. Babcia Lidia też zostaje. Trochę się pokłóciły, ale już piją herbatę. Babcia Teresa przywiozła prawdziwego kurczaczka! Sławek siedzi przy pudełku i pilnuje. Może czas kota, mamo? Albo psa? Duży dom, a zwierząt nie ma. Babcia ma ich mnóstwo!
Sławek zajrzy nieśmiało przez drzwi i szepnie, żeby nie zbudzić Sonji, że obiad gotowy. Potem usiądzie przy łóżku, przytuli się do mamy i rozpromieni.
Babcia Teresa wejdzie do pokoju, z młodszym wnukiem na rękach, pokiwa głową Małgorzacie i zawoła dzieci do obiadu.
Zaraz przyniosę. Jak ona?
Małgorzata, opierając się na poduszce, przytuli Sonję i z uśmiechem powie:
Już nie jest gorąca…
No to dobrze! Najważniejsze, że dziecko w domu… Psychologowie mogą mówić, co chcą dziecku trzeba serca i ciepła, wtedy się wszystko goi. Takie burze już się nam udawało przetrwać! O, a to co?
Zainteresuje się łapaczem snów i Małgorzata się roześmieje.
Łapacz snów! Dziewczynki zrobiły, by uspokoić Sonję.
No to co, miłość jest, dom też, a reszta czas… On leczy.
Małgorzata popatrzy za teściową, dmuchnie czule w czoło Sonji, odpędzając cień smutku z jej snu.
Precz smutki! Moja dziewczynka! Nasza…
Z kuchni dobiegł gwar dziecięcych głosów, odpowiedziała im Teresa śmiechem, zaraz wtórowała jej Lidia, a z ulicy trąbka Marcina wracającego na obiad. Małgorzata uśmiechnęła się, kołysząc Sonję.
Wszystko jest na swoim miejscu… Wszyscy w domu, wszyscy swoi…
Choć może kogoś jeszcze zabraknie. Kto wie… Czas pokaże.



