*Dziennik, 12 października*
Leżałem dziś wieczorem na kanapie, gdy Marysia wpadła do domu jak burza. „Tato, spotkałam w szkole dziewczynę, która wygląda jak moja wersja w sepii!” – krzyknęła, zrzucając plecak. Weronika uniosła wzrok znad garnków, a ja – z gazety. „No przecież każdy ma swojego sobowtóra” – mruknąłem, choć w żołądku zacisnął mi się węzeł. „Ona nazywa się Justyna Płomień! Jak z horroru, co?” – dodała Marysia. Weronika położyła widek, a ja udławiłem się herbatą.
Dwa dekady wcześniej w akademiku na Warszawskiej było tak: Jaśka leżała z zamkniętymi oczami, a naprzeciw Kinga wędrowała palcem po podręczniku do anatomii, mamrocząc terminy. Telefon Jaśki zagwizdał disco polo. Kinga zatrzasnęła książkę. „Odpowiesz, czy mam ci rzucić butem?”. Jaśka odwróciła się plecami, ale po chwili już stała w drzwiach, wpychając do torby adidasy i dres.
„Gdzie lecisz? Jutro kolokwium!” – Kinga złapała ją za rękaw.
„Mama w szpitalu, zawał. Sąsiadka dzwoni” – Jaśka przeciągnęła suwak i włożyła czapkę.
„Załatwisz zaliczenie później, przecież…” – Kinga próbowała ratować sytuację, ale Jaśka już zbiegała po schodach.
Wróciłem z bukietem goździków pod pachą, licząc na wspólny spacer z Jaśką. Zastałem Kingę w podkoszulku, z mokrymi włosami. „Wyjechała. Jej stary pech” – wzruszyła ramionami. Kiedy podałem jej kwiaty („dla ciebie, skoro tamtej nie ma”), zrobiła się różowa jak wstążka na łodydze.
Na koncercze Kombi łapaliśmy się za ręce, gdy tłum podskakiwał. Wracając, znaleźliśmy drzwi akademika na łańcuchu. „Wariatka Zosia znów dyżuruje” – jęknęła Kinga. Wspólnymi siłami wdrapaliśmy się przez okno łazienki na parterze, śmiejąc się jak warci.
W ciemnym pokoju jej szept był ciepły jak gorąca czekolada: „Zostań. Podobasz mi się… strasznie”.
Jaśka wróciła po świętach, gdy Kinga już nie odebrała legitymacji. „Wzięła urlop zdrowotny” – powiedział dziekanat. Nowa współlokatorka zajęła jej łóżko. Życie toczyło się dalej.
Aż do dziś, gdy ta dziewczyna – Justyna – stała przede mną w holu akademika, z zielonymi oczami Kingi. „Mama umarła przy porodzie” – rzuciła, kiedy zaprosiłem ją do auta. „Babcia kazała jej donosić. Żałowała potem”.
Wieczorem Weronika płakała w ciemnym salonie. „Czemu teraz mi to mówisz?”.
„Bo Justyna spotkała Marysię. To nie jest przypadek, Wer”.
„Gdybyśmy wtedy pojechali do niej… Może by przeżyła”.
Justyna zaczęła przychodzić w niedziele na rosół. Kiedy jej babcia odeszła, pomogliśmy sprzedać domek w Radomiu. Kupiła kawalerkę obok naszego bloku.
Dziś przyniosłem Weronice goździki. „Bez okazji?” – spytała, ale uśmiech zdradzał, że pamięta. Tamten bukiet Kinga zabrała do domu w pudełku po butach. Wyschły, ale nie pozwoliła ich wyrzucić.
*Dziś wiem: Przeszłość to jak blizna. Nie boli, dopóki ktoś nie dotknie. Ale życie? Ono zawsze wygrywa.*



