Kuzyn mojego męża przyjechał na pogrzeb, zanocował u nas z rodziną, ani drobnego upominku nie przywiózł — czy naprawdę tak teraz wypada w Polsce?

Przyjechał kuzyn mojego męża.

Może jestem już trochę starej daty, może świat się zmienił i ludzie mają teraz inne podejście, ale naprawdę nie wierzę, żeby to się aż tak zmieniło.

Moja mama nigdy mi nie mówiła: Pamiętaj, jak idziesz do znajomych czy rodziny, to weź coś ze sobą, prezenty, choćby drobostkę… nie, nie uczyła mnie takich rzeczy. A jednak mam to jakby wyryte w sercu, zupełnie instynktownie. Skąd? Może z książek, może przez polskie filmy albo spektakle telewizyjne.

W sobotę odwiedził nas kuzyn mojego męża. Przyjechali, bo był pogrzeb wujka (na szczęście nie z naszej strony). Uprzedzili nas wcześniej, więc bez problemu zgodziliśmy się ich przenocować, żeby się nie martwili gdzie spać.

Wieczorem stawili się wszyscy: kuzyn, jego żona, ich syn z synową. Zrobiłam solidny obiad, upiekłam blachę schabu, przygotowałam surówki, ziemniaczki wszystko jak w domu u mamy. Posiedzieliśmy przy stole, wznieśliśmy toast za spotkanie (wieki się nie widzieliśmy!), a potem rozlokowałam wszystkich na kanapach i w pokojach. Rano ogarnęłam śniadanie: kanapki, jajecznica, herbata, kawa jak należy.

Potem pojechali na pogrzeb. Wrócili na chwilę, posiedzieli, pogadali i wrócili do siebie.

Teoretycznie wszystko było w porządku. Ale wiecie co? Przyjechali do nas z samymi torbami, żadnej drobnostki nawet butelki wina nie przywieźli ani czekoladek! A przypomnę, że ojciec mojego męża, świętej pamięci, był ojcem chrzestnym tego kuzyna, jego żona (czyli nasza teściowa) mieszka z nami i kuzyn świetnie o tym wie. Serio nie jesteśmy żadną ubogą rodziną z serialu, ale mógł chociaż tej starszej pani podrzucić bombonierkę. Czekała całą sobotę, wyglądała przez okno, aż się łza w oku zakręciła z emocji.

A ja? Pewnie bym przyjechała z reklamówką pełną niespodzianek! Po pierwsze obowiązkowo jakiś trunek (broń Boże jedna butelka!), słodycze dla dzieci, dla seniorów również coś słodkiego albo herbatka z górnej półki, dla gospodarza może nawet słoik ogórków domowych albo coś na pamiątkę. Zastanowiłabym się, co komu kupić, żeby było miło i od serca.

No i oczywiście zawsze biorę ze sobą swój komplet pościeli, żeby nie sprawiać problemu!

To nie jest rodzina, która klepie biedę. Przeciwnie, kuzyn bywa tu rzadko, ale nigdy nie zmienia stylu zawsze pusto, zawsze z pustymi rękami. Był u nas raz, bo miał delegację do Krakowa przyjechał w niedzielę, wyszedł w poniedziałek, też bez niczego.

Przez cały pobyt opowiadał mi tylko o swoich połowach, jakie to szczupaki łowi, ile ryb, że na Mazurach to cuda a ja, chociaż nie narzekam, myślałam, że przywiezie choć jedną rybkę, na smak!

Naprawdę, nie żal mi zapakować lodówki, gdy ktoś przyjeżdża lubię gości. Ale mam potem takie wrażenie dziwne, jakbym dała się wykorzystać. Po prostu przykro.

W sumie za każdym razem mam déjà vuMoże to już czas, bym przestała liczyć na gesty, które dla mnie są oczywistością, a innym nawet przez myśl nie przejdą. Może czas pogodzić się z tym, że niektórzy przychodzą tylko po to, by wziąć bo tak zostali wychowani, bo inaczej nie potrafią.

Następnego ranka, kiedy opadły emocje po pożegnaniu, poszłam do kuchni i nalałam sobie herbaty do kubka z drobną ryską na brzegu. Przez chwilę patrzyłam na okno, przez które mama mojego męża wypatrywała gości. Zobaczyłam, jak na parapecie świeci się mała, porcelanowa figurka anioła jeszcze z czasów mojej babci. Uśmiechnęłam się sama do siebie.

I pomyślałam tak: następnym razem, gdy pojawią się goście, nie będę się doszukiwać w ich torbach żadnych prezentów. Po prostu będę ich częstować serdecznością, bo to, co mam do zaoferowania, nie mieści się w reklamówce. Niech z mojego domu wychodzą najedzeni, uśmiechnięci, z dobrym wspomnieniem to może ważniejsze niż bombonierka. A jak kiedyś ktoś mnie obdaruje albo, o matko, przywiezie rybę z Mazur! docenię to jeszcze bardziej.

Możliwe, że po drodze sami nauczymy się, jak cenić proste rzeczy: rozmowę przy stole, wspólne śniadanie, jeden ciepły gest. I może właśnie w takich drobiazgach kryje się prawdziwy prezent ten, który zostaje w pamięci na o wiele dłużej niż czekoladki. Bo przecież do rodzinnych drzwi chodzi się nie po to, co można włożyć do torebki, ale po to, co zostaje w sercu.

Rate article
Fajna Tajna
Kuzyn mojego męża przyjechał na pogrzeb, zanocował u nas z rodziną, ani drobnego upominku nie przywiózł — czy naprawdę tak teraz wypada w Polsce?