Kuzyn męża znowu przyjechał z pustymi rękami – gościna, oczekiwania i rozczarowanie w polskim domu

Przyjechał kuzyn mojego męża.

Może wydam się staromodna, może współczesnym ludziom jest już wszystko jedno, ale ja w to nie wierzę.

Moja mama nigdy nie musiała mi mówić, żebym w gości do rodziny brała jakieś podarunki. Sama tego ode mnie nie wymagała. A jednak to we mnie zostało mam to w sercu, jakby ktoś mi to wpoił od dziecka. Może podpatrzyłam to w książkach, może w polskich filmach czy spektaklach nie wiem. Wiem za to, że dla mnie takie rzeczy są oczywiste, naturalne, oparte na szacunku.

W sobotnie popołudnie, po telefonie z potwierdzeniem, odwiedził nas kuzyn mojego męża z rodziną. Przyjechali z Warszawy, powodem był pogrzeb wuja nie z naszej linii rodziny, ale i tak, pogrzeb to pogrzeb. Przyjęliśmy ich z otwartością, mówiąc, żeby się nie martwili damy im nocleg, przecież rodzina najważniejsza.

Wieczorem pojawili się w trójkę kuzyn, jego syn i synowa. Ugotowałam obiad, narobiłam schabowych, do tego młode ziemniaki z koperkiem, cała misa surówki z marchewki i jabłka. Poszły też ogórki kiszone, bo jak bez tego? Usiedliśmy do stołu, wznieśliśmy toast za spotkanie po latach. Potem położyłam ich do snu, a rano zrobiłam solidne śniadanie: kanapki z szynką i serem, gorąca herbata, kawa z mlekiem.

Wyszli na pogrzeb i wrócili późnym popołudniem. Przysiedli jeszcze chwilę, pogadaliśmy o rodzinnych sprawach, po czym ruszyli w drogę powrotną.

Wydawało się, że wszystko jest dobrze. Ale Zawitali do nas z pustymi rękami. Ani butelki dobrego wina, ani czekoladek, nic. Dla mojej teściowej która jest już starszą osobą i bała się, że ich nie dożyje to był smutny widok. Ona czekała cały dzień, spoglądała przez okno i mocniej ścisnęła w palcach swoją chusteczkę. Przełknęła łzę, bo wzruszyła się na widok gości, po których chyba spodziewała się znacznie więcej.

A ja? Gdybym to ja jechała w gości, to po prostu nie mogłabym zachować się inaczej. Spakowałabym coś lokalnego może butelkę dobrej śliwowicy czy miodu pitnego. Młodszym i starszym słodkości ptasie mleczko, krówki, może jakieś drobne upominki z Warszawy. Przecież pomyślałabym, co kogo ucieszy, bo może teściowej przydałyby się nowe wełniane skarpetki na zimowe wieczory. Zawsze zabrałabym też poszewki na pościel, żeby nie sprawiać kłopotu gospodarzom.

Ci kuzyni przecież nie są biedni, pieniędzy im nie brakuje pracują w biurze, samochód nowy, na wakacje jeżdżą nad Bałtyk. I to już nie jest pierwszy raz. Zawsze wstępują do nas z pustymi rękami, nawet jak kuzyn przyjechał sam na delegację i nocował jedną noc po drodze z Poznania do Lublina też nic nie przywiózł.

Opowiada tylko, jak łowią ryby na Mazurach, ile szczupaków, jakie sumy, i że jezioro piękne, dzika cisza. A ja bym się ucieszyła, gdyby choć dzwoneczek z tego miejsca mi przywiózł. Albo chociaż świeżego wędzonego leszcza, nawet najmniejszego.

Nie żal mi jedzenia czy wysiłku. Goście w domu to radość. Ale boli mnie gdzieś w środku, bo czuję się zwyczajnie wykorzystana. Ile razy jeszcze będę musiała tłumaczyć dzieciom, dlaczego trzeba być gościnnym, skoro przykład idzie z góry taki, jaki jest?

I tak to u nas trwa za każdym razem to samoZebrałam talerze, starając się udawać, że nic się nie stało, choć serce kłuło mnie jak igła. Potem, kiedy dom już opustoszał i w kuchni znów zadźwięczały zwyczajne odgłosy, zatrzymałam się przed kredensem, gdzie stały filiżanki z łowickimi wzorami, które kiedyś dawno temu przywiozła ciotka z podróży.

Pomyślałam wtedy, że może gościnność to nie tylko podarunki i ciepłe słowo na powitanie, ale też cichość w przyjmowaniu tego, co niewypowiedziane: tej pustki w rękach gości, których się kocha mimo wszystko. Może moja dziecięca wiara w stare zwyczaje już nie pasuje do dzisiejszego świata, ale nie będę się jej wyrzekać to ona właśnie odróżnia dom od miejsca, gdzie tylko się bywa.

Wieczorem przyniosłam teściowej herbatę z cytryną, otuliłam ją kocem i położyłam dłoń na jej wychudłym ramieniu. Uśmiechnęła się smutno i tylko wyszeptała: Pamiętaj, dziecko, dom to nie prezenty. To serce, ciepło i pamięć o sobie nawzajem.

A ja przyrzekłam sobie w duchu, że niezależnie od tego, kto zawita na mój próg z prezentem czy bez zawsze przywitam go jak najpiękniej, bo może właśnie ten brak, to rozczarowanie, najwięcej mówi o tym, jak bardzo jesteśmy potrzebni innym. Czasem lekkie ukłucie serca to cena za bycie domem. I warto ją płacić, dopóki ktoś tutaj wraca.

Rate article
Fajna Tajna
Kuzyn męża znowu przyjechał z pustymi rękami – gościna, oczekiwania i rozczarowanie w polskim domu