15 kwietnia 2024
Mam na imię Władysław i mam pięćdziesiąt siedem lat. Od ponad trzech dekad jestem mężem Zofii, z którą wspólnie zbudowałem dom i wychowałem dwójkę naszych dzieci, Agatę i Kingę. Przez całe małżeństwo starałem się być wsparciem codziennie rano szykuję dla wszystkich śniadanie, segreguję pranie, załatwiam sprawy w urzędach i dokładam się do rachunków. Dopilnowałem też, żeby dziewczyny były dobrze ubrane i mogły chodzić do najlepszych szkół w Lublinie.
Zofia przez całe życie unikała większego wysiłku, a kiedy tylko mogła przestać pracować, zrobiła to natychmiast. Po przejściu na emeryturę większość czasu spędza w domu, trochę się kręci, czasem obejrzy serial, ale ciężkiej pracy nie dotknie. Ja dalej chodzę na popołudniowe zmiany do zakładu, a jeszcze pomagam Agacie przy wnukach i ogarniam dom.
Niejeden raz prosiłem żonę, żeby chociaż poszła gdzieś dorobić chociażby do ochrony na parkingu, żebyśmy mieli trochę więcej na rachunki. Zawsze powtarzała, że przecież jakoś sobie radzimy i że ona już swoje zrobiła. Natomiast jeśli chodzi o jedzenie, to Zosia robi się wybredna jak hrabina. Często wracam po dwunastej z pracy i widzę, że wszystko, co lepsze, już zjadła, a mnie zostawiła tylko talerz zupy i chleb bez masła.
Niedawno powiedziałem o tym koledze z pracy, Tadeuszowi, a on mi doradził: Władek, przestań gotować jedno i to samo. Sobie miej lepsze, Zofii rób z tego, co tanie. Sama się przekona. Zacząłem więc kupować dla siebie filety z indyka za 32 złote za kilogram na targu pod Zamkiem, a dla Zofii tanie żeberka wieprzowe, które muszę mocno przyprawiać, żeby nie czuć, że już czas na nie minął. Makarony dla niej biorę najtańsze, a sobie z mąki durum.
Powiedziałem kiedyś Zofii, że lekarz zalecił mi specjalną dietę, więc ona nie powinna nawet dotykać mojego żarcia. Od tego czasu chowam wszystko, co lepsze, przed jej wzrokiem kiełbasa i sery są na półce z tyłu lodówki, a kiedy nikogo nie ma w domu, zjadam czekoladki prosto z szuflady, którą zamykam na klucz. Dobrze, że mamy dwie lodówki w jednej normalne zakupy, w drugiej moja mała spiżarnia.
Wiecie, jak to jest z kobietami zobaczą tylko to, co im na oczy wejdzie. Ja sobie spokojnie gotuję zgrabne, parowane kotlety, a Zofia dostaje to, co zostało z promocji. Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Uważam, że każdy w naszym wieku sam powinien zadbać o siebie jeśli chcesz jeść jak król, to rusz się i dorób trochę. Rozwód? Po co mi to dorobek życia dzielić i dom w Lublinie sprzedawać? Szkoda zdrowia.
Dziś, patrząc wstecz, dochodzę do wniosku, że w życiu trzeba mieć trochę zdrowego egoizmu. O ile przez lata stawiałem innych na pierwszym miejscu, teraz czasem myślę też o sobie. Jest w tym trochę goryczy, ale z wiekiem uczysz się, że szacunek do siebie to podstawa bez tego nawet najlepszy bigos smakuje jak woda z kranu.



