Mam już pięćdziesiąt siedem lat. Od ponad trzydziestu lat jestem legalnie żoną mojego męża, a przez ten cały czas to ja robiłam jego pranie, gotowałam mu obiady i dbałam o ciepło rodzinnego domu. Mój mąż i ja mamy dwójkę dzieci, które sama wychowałam i edukowałam w polskich szkołach i przedszkolach. Odkąd pamiętam, biegałam jak wiewiórka w kołowrotku. Pracowałam zawsze na kilku etatach naraz i łapałam każdą dodatkową pracę, tylko po to, żeby nasze dzieci miały wszystko i wyglądały tak dobrze jak inne dzieciaki z Warszawy czy Krakowa.
Przez całe wspólne życie mój mąż nigdy się specjalnie nie przemęczał, a gdy osiągnął wiek emerytalny, usiadł z tyłkiem w domu i już całkiem przestał pracować. Ja dalej chodzę do pracy, pomagam dorosłym dzieciom z wnukami i w domu robię wszystko.
Tyle razy prosiłam go, żeby poszedł gdzieś do pracy, nawet jako ochroniarz a on zawsze mówił, że przecież nam wystarczy, nie potrzebujemy jego pracy dorywczej, i że nie jest głupi, żeby pracować na jedzenie! Ledwie mam czas ugotować coś dla nas. Wracam do domu, a on zjadł już wszystkie smakołyki, zostawiając mi tylko zupę.
Przyjaciółka podpowiedziała mi kiedyś, żebym zaczęła gotować oddzielnie: dla niego z tanich produktów, dla siebie z tych lepszych. Wróciłam więc do domu, powiedziałam mężowi, że lekarz zalecił mi specjalną dietę, więc nie powinien ruszać mojego jedzenia.
Od tamtej pory chowam pyszności do szafki, i kiedy mąż idzie do garażu, robię sobie herbatę i jem czekoladki. Kiełbasę i dobry ser chowam głęboko w lodówce poza jego wzrokiem, zjadam, kiedy nie patrzy. Ratuje mnie to, że mamy dwie lodówki: w jednej są podstawowe zakupy, w drugiej trzymam słoiki z ogórkami właśnie tam kryję swoje zapasy.
No wiesz jacy są mężczyźni nic nie zauważą. Sobie kupuję porządne mięso z indyka i robię parowe kotleciki, a dla niego biorę wieprzowinę z kończącą się datą ważności, dodaję przyprawy, on nawet nie zauważy. Makaron dla niego kupuję najtańszy, za parę złotych, dla siebie wybieram z pszenicy durum.
Wcale nie czuję się winna, nie myślę, że robię coś złego, bo jeśli chce jeść porządnie, to niech idzie do pracy i nie siedzi cały dzień na kanapie. Myślę, że mając już tyle lat, rozwód jest bez sensu prawie całe życie minęło, mamy wspólny dom, i co, będę sprzedawać i dzielić wszystko po połowie? To nie dla mnie.



