Kupuję dla siebie wyśmienite mięso z indyka i przygotowuję parowane kotlety, a dla męża – wieprzowina po terminie ważności i najtańszy makaron. Tak wygląda moje małżeństwo po trzydziestu latach, gdy on nie zarabia i nie przejmuje się niczym.

Kupowałam zawsze sobie najlepsze mięso z indyka takie porządne, świeże, parowane kotlety dla siebie a jemu zostawiałam tylko tanie wieprzowinę, często bliską końca przydatności.

Mam obecnie już pięćdziesiąt siedem lat. Od ponad trzech dekad jestem żoną za mąż wyszłam jeszcze w ubiegłym wieku i przez te wszystkie lata byłam gospodynią domową z prawdziwego zdarzenia. Zawsze prałam mężowi koszule, gotowałam obiady i dbałam o spokój w naszym domu. Mamy dwoje dorosłych dzieci, Jagodę i Bożenę, które samodzielnie wychowałam i wykształciłam. Nieraz, szczególnie w latach dziewięćdziesiątych, czułam się jak chomik w kołowrotku dom, dzieci, praca i tak w kółko. Pracowałam na kilku etatach jednocześnie, łapałam każdą dorywczą robotę, by nasze córki wyglądały dobrze i nie odstawały od rówieśników.

Przez całe małżeństwo mój mąż Andrzej nigdy nie należał do pracowitych. Zawsze coś mu przeszkadzało to zdrowie, to zmęczenie. Kiedy przyszła jego emerytura, zupełnie przestał pracować i zaszył się w domu. Ja zaś nadal codziennie dojeżdżam tramwajem do pracy, pomagam dziewczynom przy wnukach, załatwiam codzienne sprawunki, sprzątam, gotuję, piorę.

Niejednokrotnie prosiłam Andrzeja, żeby chociaż spróbował dorobić jako ochroniarz w lokalnym markecie na osiedlu lub przysłowiowym stróżu nocnym. Zawsze odpowiadał, że daje sobie radę bez dodatkowej pracy i że nie musi się wysilać na stare lata. Jeśli chodzi o jedzenie, to dobrze wie, co jest najlepsze! Często nie starcza mi czasu na gotowanie, więc czasem wracając po pracy, zastaję pustą lodówkę, bo Andrzej wyjada mi wszystko, co dobre, a dla mnie zostawia ledwie talerz zupy.

Pewnego razu wypłakałam się koleżance Wandzie. Poradziła, żebym gotowała osobno: dla niego tylko z najtańszych składników, dla siebie z tego, co świeże i porządne. Wróciłam do domu i powiedziałam Andrzejowi, że lekarz zalecił mi specjalną dietę, więc nie powinien ruszać moich potraw.

Od tamtej pory zaczęłam chować swoje jedzenie i kiedy Andrzej idzie do piwnicy po narzędzia, wyciągam z szafki słodycze lub dobre kabanosy. Lepsze sery i kiełbasę trzymam na górnych półkach w drugiej lodówce, gdzie mąż nigdy nie zagląda. Szczęście, że mamy dwie lodówki w jednej są codzienne zakupy dla wszystkich, w drugiej zaprawy, moje smakołyki i coś ekstra, schowane przed jego wzrokiem.

Każda Polka wie, że mężczyźni to mają oczy, a nie widzą tak też jest u nas. Sobie przynoszę świeże mięso z indyka, robię na parze kotlety, a do jego wieprzowiny, zbliżającej się do terminu ważności, dosypuję trochę przypraw, żeby nie narzekał. Dla niego najtańszy makaron za kilka złotych, dla siebie przebieram wysokogatunkową durum.

Uważam, że nie robię nic złego. Jeśli Andrzej chce lepiej jadać, niech pójdzie do pracy i sam sobie na to zarobi. W naszym wieku rozwód byłby czystym absurdem przecież za dużo już razem przeszliśmy. Po co sprzedawać nasz dom i dzielić oszczędności na pół? Lepiej nauczyć się żyć tak, by każdemu było po trochę na swojemu. Tyle wspólnych lat, tyle wspomnień a resztę życia chcę przeżyć, choć trochę myśląc też o sobie.

Rate article
Fajna Tajna
Kupuję dla siebie wyśmienite mięso z indyka i przygotowuję parowane kotlety, a dla męża – wieprzowina po terminie ważności i najtańszy makaron. Tak wygląda moje małżeństwo po trzydziestu latach, gdy on nie zarabia i nie przejmuje się niczym.