**DZIENNIK: JUREK-JEDNOLUB**
Dzisiaj znów spędziłem cały dzień w garażu przy swoim motocyklu. Otaczała mnie gromadka chłopaków, którzy jak wróbelki przysiadali na piętach, wpatrzeni w każdy mój ruch. Patrzyli, jak czyściłem silnik, dokręcałem śrubki albo polerowałem chromowane części do połysku.
— O rany, jak on będzie szalał! — powtarzali zachwyceni. — Jurku, zabierzesz nas na przejażdżkę?
— Nie mogę, jeszcze za mali jesteście. Motocykl to nie rower, trzeba uważać…
Chłopcy wzdychali, a ja w końcu ulegałem:
— No dobrze, ale tylko kilka kółek po podwórku, więcej nie wolno.
„Wróbelki” cieszyli się jak szaleni, a potem uciekali z piłką na boisko. Ja wracałem do domu, myłem się, a mama jak zwykle marudziła:
— Kiedy w końcu znajdziesz sobie dziewczynę? U Kowalskich już drugi syn się ożenił, a obaj młodsi od ciebie! O czym ty w ogóle myślisz? Nie jesteś już dzieciakiem, żeby całe dnie grzebać w garażu…
„Grzebaniem” nazywała też starego malucha po dziadku, który oddał mi go, gdy wróciłem z wojska. Doprowadziłem go do stanu idealnego — naprawiłem, przemalowałem, lśnił jak nowy.
— Mój maluch to teraz jak nowonarodzony — tłumaczyłem mamie. — Dziadek byłby dumny. Mógłbym go sprzedać, ale teraz już mi szkoda…
— Wszystko pięknie, ale sześć lat minęło od wojska, a ty wciąż sam. Boję się, że zostaniesz ze swoim żelastwem, a przecież szczęście to rodzina, synku… — wzdychała Helena.
— Gdzie ja ją znajdę? Na dyskoteki nie chodzę, bo nie lubię tańczyć, w kinie ciemno, nikogo nie widać… — śmiałem się.
— Słusznie, i o czym z tobą porządna dziewczyna miałaby gadać? — machnęła ręką mama. — To moja wina, przyznaję. Książek nie czytałeś, teatru u nas nie ma, do muzeum byś się nie zapędził. W twojej głowie tylko samochody, motocykle i cała ta technika.
— Przecież w tym pracuję, w serwisie, mamo — odpowiadałem. — Moje ręce są potrzebne.
— I wiecznie brudne, mój złoty. Wszystkie ręczniki już poplamione, specjalnie kupuję ciemne. I jaka dziewczyna będzie z tobą o silnikach rozmawiać? — uśmiechnęła się.
— Jaka? Taka, która pokocha… — spojrzałem na swoje dłonie.
— Najpierw idź do muzeum, może trochę kultury cię oświeci.
— Sam? Nie ma mowy! — zaprotestowałem.
— Dlaczego sam? Twój siostrzeniec, Bartek, ma wakacje. Zabierz go, a siostra będzie wniebowzięta. Przejdźcie się, zjedzcie lody, będzie kulturalna wycieczka.
— Rozpoznanie terenu w sprawie szukania dziewczyny? — zaśmiałem się.
Minęło kilka dni, a mama oznajmiła przy kolacji:
— Jutro sobota. Bartek do nas przyjdzie.
— No i? — nie zrozumiałem.
— Obiecałam mu, że pójdziecie do muzeum — przypomniała. — Czeka, aż go zabierzesz.
— Ach, no tak… — westchnąłem. — Dobrze, pójdziemy, skoro obiecałaś.
Pogoda była idealna. Najpierw zajrzeliśmy z Bartkiem do kawiarni na lody, a potem — obowiązkowo — do muzeum. Kupiliśmy bilety, a kasjerka powiedziała:
— Śpieszcie się, grupa już poszła, dołączcie w pierwszej sali!
Bartek przecisnął się do przodu, ja zostałem z tyłu, nieswojo mi było w tłumie. Ale widziałem ją — przewodniczkę, drobną jak porcelanowa figurka, w białej sukience, z delikatnym naszyjnikiem i niebieskimi oczami. Patrzyłem na jej dłonie, smukłe jak u ptaka, i nie mogłem oderwać wzroku.
Gdy wycieczka się skończyła, wyszliśmy na upalną ulicę.
— W muzeum tak przyjemnie chłodno — zauważył Bartek. — Tylko bałem się pytać…
— Nic nie szkodzi, wrócimy tu jeszcze — uśmiechnąłem się, sprawdzając godziny otwarcia. — Może nawet jutro!
— Jutro? — zdziwił się.
— No tak, po co czekać? — klepnąłem go w ramię.
Mama była zaskoczona, gdy znów szykowaliśmy się do muzeum. Następnego dnia od progu spytałem kasjerkę:
— Jak nazywa się ta przewodniczka z wczoraj?
— Mamy kilka…
Opisałem ją.
— A, to Kinga! Dziś jej nie ma, prowadzi wycieczkę po mieście. Wpadnijcie innym razem.
Stałem zasmucony, a Bartek ciągnął mnie za rękaw:
— To nie idziemy?
— Dzisiaj nie — mruknąłem.
Żeby nie zmarnować dnia, znów poszliśmy na lody. Cały czas myślałem o jej oczach, ale przynajmniej wiedziałem już, jak ma na imię.
— W następny weekend znów tu wrócimy? — spytal przebiegły Bartek.
— Tak, musimy zadać te pytania — przytaknąłem. — Przygotuj je lepiej, żebyśmy nie wyszli na głupków.
Kiwnął głową, a potem zabrałem go na karuzele.
Ledwo doczekałem się soboty. Weszliśmy do muzeum zaraz po otwarciu. Było pusto, tylko nasze kroki rozlegały się po parkiecie. Wyszła Kinga, w eleganckim szarym kostiumie, ale z tym samym naszyjnikiem.
Przywitała się, a Bartek już szykował pytania, gdy nagle ona spojrzała na mnie:
— Jurek?
— Tak… Skąd mnie znasz? — zaczerwieniłem się.
— Chodziliśmy do tej samej szkoły. Ty zawsze majstrowałeś przy radiowęźle. Ja dołączyłam w liceum, ale pamiętam cię, bo prowadziłam audycje… Nie pamiętasz mnie?
— Przepraszam, nie. Twarz mi umyka, ale wczoraj wydałaś mi się… znajoma.
Rozmawialiśmy długo. Kinga skończyła studia i od dwóch lat pracowała w muzeum. Ja obiecałem jej pomoc przy naprawie samochodu, gdyby była potrzeba. Wymieniliśmy numery telefonów i rozstaliśmy się już jako przyjaciele.
— Przygotowałem pytania, a ty pytałeś tylko o nią — westchnął Bartek na ulicy.
— Nic nie szkodzi, mały. Będziemy tu często przychodzić — uśmiechnąłem się. — Trzeba podnosić poziom kultury!
— Mnie starczy — machnął ręką. — Teraz twoja kolej.
— No dobrze. Ale dzisiaj podwożę cię do domu samochodem, jak chcesz.
— Chcę! — ucieszył się.
Wieść o tym, że JurWieść o tym, że Jurek prawie każdego wieczoru jeździ swoim maluchem na randki z Kingą, ucieszyła całą rodzinę, a dziadek tylko się uśmiechał, mówiąc, że jego stary samochód w końcu służy dobremu celowi.



