Kasia obudziła się dopiero nad ranem. Kiedy otworzyła oczy, pokój zalewało światło słoneczne, a przy łóżku stał Tadeusz i się uśmiechał.
– Całą noc na ciebie czekałam. Gdzie byłeś?
– Mała moja, widzisz, ze mną wszystko w porządku. Ubierz się, pójdziemy coś zjeść na mieście – powiedział Tadeusz.
Na zewnątrz było ciepło, jak to latem.
– Lody chcesz? – Nie czekając na odpowiedź, Tadeusz podszedł do kiosku i kupił Kasi ulubione lody waniliowe w waflowym rożku.
– Jesteś w dobrym humorze. Wygrałeś w karty? – zapytała Kasia, zlizując wierzch lodów.
– Nie zgadłaś. Wpadłem na pewien pomysł. Do jego realizacji będę potrzebował twojej pomocy.
– Ale nigdy mnie nie brałeś ze sobą. Co mam robić?
– Nic. Po prostu musisz być obok. Ale jeśli nie chcesz, dam sobie radę sam.
– Nie, idę z tobą – pospiesznie zgodziła się Kasia.
– Wiedziałem, że się zgodzisz. Możesz wybierać białą sukienkę – powiedział Tadeusz z pobłażliwym uśmiechem.
– Naprawdę? Robisz mi oświadczyny? – ucieszyła się dziewczyna, zapominając nawet o lodach w ręce.
Żadnej kobiecie Tadeusz nie pozwalał nawet wspomnieć o małżeństwie. Ale Kasia była inna. Stała się jego talizmanem, przynosiła szczęście. Rok temu uratował ją przed trzema chuliganami.
Kasia mieszkała z matką w małym miasteczku. Po odejściu ojca matka zaczęła pić. Stało się jeszcze gorzej, gdy przyprowadziła do domu mężczyznę i oznajmiła, że będzie z nimi mieszkać. Współlokator patrzył na Kasię z coraz bardziej widocznym zainteresowaniem, aż pewnego dnia próbował wciągnąć ją do łóżka. Dziewczyna uciekła, wsiadła do pociągu i znalazła się w dużym mieście.
Bez pieniędzy, bez rodziny w obcym miejscu. Co robić? Gdzie iść? Jej zagubiona mina przyciągnęła uwagę grupy chłopaków, którzy wiecznie wałęsali się po dworcu w poszukiwaniu okazji. Mogło się to dla Kasi skończyć bardzo źle, ale na jej krzyk przybiegł Tadeusz i odepchnął napastników. Od tamtej pory byli razem.
Kasia zakochała się w Tadeuszu. Wysoki, wysportowany, dobrze ubrany, przystojny i uśmiechnięty – samym wyglądem budził zaufanie. Z nim czuła się bezpieczna, choć Tadeusz nie ukrywał, że zajmuje się nie do końca uczciwymi sprawami. Ale jej w to nie mieszał.
Usiedli na ławce nad Wisłą. Lody szybko topniały na słońcu, waflowy rożek rozmiękł, słodka woda spływała po dłoni i kapnęła na sukienkę.
– Kurde! – Kasia zerwała się z ławki, odsuwając rękę z lodami, by się nie pobrudzić jeszcze bardziej.
– Po prostu je wyrzuć – leniwie mrużąc oczy w słońcu, jak najedzony kot, powiedział Tadeusz.
Kasia cisnęła rozmoknięty rożek do kosza, zlizała lody z ręki. “Jaka ona jeszcze dzieciak” – pomyślał Tadeusz z czułością.
– Sprawa jest łatwa, ale trzeba wszystko dobrze przemyśleć. Nie możemy się pomylić. Ludzie szybciej uwierzą parze narzeczonych niż mnie samemu.
– Narzeczonych? – powtórzyła Kasia, siadając z powrotem.
– No, ty jesteś narzeczoną. – Tadeusz objął Kasię za ramiona, a ona przytuliła się do niego.
– Wczoraj przypadkiem dowiedziałem się o pewnej starszej pani. Nikogo nie ma. Mąż dawno nie żyje, a kilka lat temu jedyny syn zginął na misji. Ciągle o tym zapomina i wieczorami czeka na niego z pracy. Na palcu nosi pierścień, nigdy go nie zdejmuje. Myślę, że takich skarbów ma więcej. Mąż nie był zwykłym człowiekiem.
– Chcesz ukraść jej biżuterię? – domyśliła się Kasia.
– Nie, nie chcę robić hałasu. Sama nam ją odda. Pojawimy się u niej jako wnuk z narzeczoną. Łapiesz? Twoim zadaniem jest sprawić, by zapragnęła podarować ci swoje błyskotki na ślub.
Tadeusz miał swoje zasady. Kasi zrobiło się szkoda staruszki. Jedno to oszukiwać bogatych urzędników i ich żony, a co innego – samotną, ufną kobietę.
– Kup skromną sukienkę, która na pewno się jej spodoba – nie zauważając jej zamyślenia, powiedział Tadeusz.
– A jeśli się zorientuje? Nie pozna w tobie wnuka? Chyba nie jesteś podobny do jej syna.
– Gorzej z pamięcią ma, a i dawno go nie widziała.
Dwa dni później Tadeusz z Kasią stali przed metalowymi drzwiami na trzecim piętrze starej kamienicy. Tadeusz ostatni raz spojrzał na Kasię krytycznie i był zadowolony z jej skromnego wyglądu. Sam, jak zawsze, był wysportowany, elegancko ubrany i czarujący.
– Mniej mów, dobrze?
Kasia skinęła głową.
Tadeusz nacisnął dzwonek. Za drzwiami rozległy się powolne kroki, zaskoczył zamek. Kasia spodziewała się staruszki, ale przed nią stała niska, starsza kobieta w staromodnej sukience z białym koronkowym kołnierzykiem. Siwe, puszyste włosy spięte były z tyłu spinką z czarną kokardą.
– Kogo państwo szukają? – spytała kobieta, mrużąc oczy.
– Panią, jeśli to pani Zofia Stanisławowa Kowalska. Może to zabrzmi dziwnie, ale ja jestem pani wnukiem – powiedział poważnie Tadeusz.
– Nie rozumiem… – Kobieta zamrugała zdezorientowana. – Mój syn nigdy nie był żonaty. Coś państwo mylą.
– Możemy wejść? – Tadeusz uśmiechnął się jednym ze swoich czarujących uśmiechów. Jego uśmiech działał na ludzi bezbłędnie.
– Tak, oczywiście. – Zofia Stanisławowa ustąpiła, wpuszczając gości.
– Witam. Właśnie tak panią sobie wyobrażałem. – Tadeusz wszedł do środka, zatrzymał się przed powiększonym zdjęciem młodego mężczyzny w mundurze na ścianie. – U mamy jest inne zdjęcie, jeszcze z czasów, gdy był kadetem.
– Nadal nie rozumiem… – cicho powiedziała.
– Jestem z Lublina. Pani syn tam studiował, prawda? Mama poznała go kilka miesięcy przed dyplomem. Kiedy wyjechał, okazało się, że jest w ciąży. Nie pisał, nie dzwonił, nie wiedziała, jak mu powiedzieć. Mama nigdy nie mówiła mi o ojcu, myślała, że ją porzucił. A niedawno wszystko wyznała. Znalazłem panią, dowiedziałem się, żeKasia spojrzała w oczy Zofii Stanisławowej i nagle zrozumiała, że prawdziwą rodzinę można znaleźć nawet w najmniej spodziewanym momencie życia, a Tadeusz został tylko bolesną lekcją, której już nigdy nie zapomni.



