2 stycznia
Obudziłem się jeszcze przed wschodem słońca. Przeciągnąłem się i spojrzałem przez okno na podwórko. Mama już krzątała się na dworze, w dobrze znanym puchowym płaszczu, zawiązanym pod szyją szalikiem. Stała z łopatą i odśnieżała ścieżkę od furtki aż do ganku. Otworzyłem okno i narzekałem pół-żartem:
Mamo, czemu tak wcześnie? Przemarzniesz na kość!
Odwróciła się, pomachała mi łopatą, jakby nią pozdrawiała:
Robię to dla was, leniuchy. Bez matki pewnie byście brodzili w śniegu do wiosny!
Zamknąłem okno i powędrowałem do kuchni. Pół godziny później wróciła, policzki czerwone od zimna, a w oczach błysk, taki jak zawsze po dobrze wykonanej pracy.
Gotowe! Teraz jest porządek stwierdziła zadowolona i zasiadła do kubka gorącej kawy. Ładnie wyszło, prawda?
Bardzo ładnie, mamo. Dziękujemy.
Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to były ostatnie chwile, kiedy to jej głos brzmiał tak żywo.
Dzień wcześniej był Nowy Rok u nas zawsze świętowany po domowemu, w rodzinnym gronie. Już od rana 31 grudnia mama uwijała się w kuchni, a ja jeszcze w piżamie zlazłem na dół, kierowany zapachem kotletów. Uśmiechnęła się do mnie spod ulubionego fartucha, tego w brzoskwinie, który kiedyś jej podarowałem, jeszcze w podstawówce.
Synku, wstawaj! Pomóż mi skończyć sałatki, bo ojciec znowu wszystko wyje zanim na stół podamy!
Narzekałem, że nawet kawy nie zdążyłem wypić, ale wiedziałem, że nie ma sensu się sprzeciwiać. Dostałem miskę z upieczonymi warzywami.
Kroisz drobniutko, jak ja lubię! A nie takie wielkie kawały jak ostatnio!
Siedzieliśmy razem, rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. Opowiadała, jak u niej w dzieciństwie Nowy Rok obchodzili bez tych wszystkich zagranicznych sałatek, za to z śledziem pod pierzynką i mandarynkami, które dziadek czasem przynosił z zakładu pracy.
Ojciec jak zwykle przytaszczył ogromną choinkę, patrzył na nas dumny, a Mama przewracała oczami, pytając, gdzie ją wstawimy. Z siostrą Marceliną wieszaliśmy lampki, a Mama wyciągała stare bombki. Wzięła aniołka ze szkła i szeptem powiedziała:
Tego kupiłam ci na pierwszy Nowy Rok, pamiętasz?
Pokiwałem głową. W rzeczywistości nie pamiętałem, ale nie chciałem jej zawieść. Ona tak bardzo się cieszyła, że pamiętam.
Brat Kacper wpadł, jak zawsze z przytupem, z reklamówkami, prezentami i butelką szampana.
Mama, kupiłem w końcu dobrego szampana, nie to kwaśne paskudztwo jak rok temu!
Mama zaśmiała się, uścisnęła go, a ja wiedziałem, że jest naprawdę szczęśliwa.
O północy cała rodzina wyszła na podwórko. Ojciec z Kacprem odpalali petardy, Marcelina piszczała z radości, a mama objęła mnie ramieniem i szeptała:
Widzisz, synku? Ile to szczęścia… Dobrze nam się żyje.
Objąłem ją mocno.
Najlepsza rodzina, mamo.
Piliśmy razem szampana na mrozie, śmiejąc się z wybuchów za stodołą. Mama, trochę rozbawiona, tańczyła w filcowych kapciach do Pada śnieg, a tata podnosił ją w ramionach. Śmialiśmy się wszyscy, aż po policzkach płynęły łzy.
Pierwszego stycznia całe dnie przelatywały na lenistwie. Mama znów czarowała w kuchni tym razem pierogi i galaretę.
Mamo, wystarczy już! Zaraz pękniemy! marudziłem z kanapy.
Dajcie spokój! Przecież przez tydzień się świętuje machała ręką i dalej lepiła pierogi.
A 2 stycznia, jak każdego dnia, wstała pierwsza. Zrobiła ścieżkę w śniegu, zostawiając za sobą równiutkie ślady. Te same, które wtedy bez powodu sfotografowałem. Dziś tamto zdjęcie to jedyny dowód tamtych dni
3 stycznia obudził mnie cichy, niepewny głos:
Dzieci, coś mnie kuje w piersi. Nie mocno, ale nieprzyjemnie.
Od razu zaprzemartwiłem się.
Mamo, lepiej zadzwonię po pogotowie?
Ależ synu, gdzie tam! Przeciążona jestem, tyle tego gotowania! Przewieje mi Położę się, przejdzie.
Leżała na kanapie, a my z Marceliną siedzieliśmy obok. Ojciec pobiegł do apteki. Chciała nas rozśmieszyć, żartowała, że wszystkich nas przeżyje, ale nagle zbladła, chwyciła się za pierś.
Ojej Za źle mi Bardzo źle…
Wezwaliśmy karetkę. Trzymałem ją za rękę, powtarzając szeptem:
Mamusiu, wytrzymaj, już jadą, zaraz będzie dobrze
Spojrzała na mnie, ledwo słyszalnie powiedziała:
Synku tak was kocham Nie chcę się żegnać.
Lekarze przyjechali bardzo szybko, ale nic nie mogli zrobić. Rozległy zawał. Cała strata raptem kilka minut.
Siedziałem na korytarzu i ryczałem, nie mogąc uwierzyć, że ona jeszcze wczoraj tańczyła z nami pod gwiazdami, a dziś jej już nie ma.
Wyszedłem na podwórko ledwo idąc i zobaczyłem na śniegu jej ślady. Te same, które zostawiła rano drobne, proste, ciągnące się od bramki do drzwi. Patrzyłem na nie długo, pytając w myślach Boga: jak to możliwe, że jeszcze wczoraj człowiek chodził tu po ziemi, zostawiał ślady a dziś już go nie ma? Ślady są, a człowieka brak.
Wydawało mi się albo i nie, że mama wyszła wtedy ostatni raz żeby zostawić nam tę czystą ścieżkę. Byśmy mogli przejść nią bez niej.
Nie pozwoliłem jej zadeptać. Prosiłem wszystkich, by przez kilka dni omijali te ślady. Niech będą, póki śnieg sam ich nie zakryje.
To ostatnia rzecz, którą dla nas zrobiła. Jej troska, nawet po śmierci, była namacalna.
Po tygodniu spadło dużo śniegu.
Przechowuję to zdjęcie jej ostatnich śladów. Każdego roku, trzeciego stycznia, patrzę na nie i patrzę na pustą ścieżkę przed domem. I wtedy boli najbardziej, bo wiem gdzieś pod tym śniegiem, mama zostawiła swoje ostatnie ślady.
Idę po nich dalej I wiem, że zawsze będę szedł za nią, póki sam nie odejdę dalej.
Dziś wiem, że żadna troska, żadna miłość, żadna, nawet taka codzienna nigdy nie jest naprawdę zwyczajna. Dopiero kiedy kogoś zabraknie, widać, jak wiele znaczy każdy zostawiony dla nas ślad.



