Delikatna kobieta
We wrześniu do klasy przyszła nowa dziewczynka – Elżbieta. Była tak wątła i krucha, że zdawało się, iż silniejszy podmuch wietrzyku mógłby ją złamać. Zawsze nosiła ciepły sweter, spod którego wystawały krótkie, ostre ramiona. Rzadkie, jasne włosy splecione były w cieniutkie warkoczyki ozdobione różowymi kokardami. Jej duże oczy na bladej, trójkątnej twarzy patrzyły smutno i zdziwionie.
Wysoki, wysportowany Krzysztof uznał, że wygląda jak baśniowa księżniczka, którą trzeba chronić. I tak też zaczął robić z zapałem. A dziewczyny od razu ją znienawidziły.
„Nie ma na co patrzeć, a udaje ważną… Tylko kości i skóra, a sobie wymarzyła najlepszego chłopaka” – szeptały złośliwie na przerwie.
W szkole Elżbieta nie jadła obiadów w stołówce. Od szkolnych posiłków robiło jej się niedobrze. Codziennie przynosiła ze sobą duże jabłko. Odgryzała malutkie kawałki i żuła tak wolno, że nie zdążyła zjeść całego jabłka nawet na długiej przerwie. Dziewczyny prychały, widząc w koszu niedojedzony ogryzek. Krzysztof połykał obiad w pośpiechu i biegł do Elżbiety, by ją pilnować.
Odprowadzał ją do domu i nosił jej tornister. I żaden z chłopaków nigdy nie odważył się z niego żartować. Kosztowałoby go to drogo, bo Krzysztof słynął z siły. Wkrótce wszyscy przywykli, że zawsze są razem.
Krzysztof stoczył ciężką walkę z rodzicami i po skończeniu szkoły nie wyjechał na studia do większego miasta. Było mu wszystko jedno, gdzie się uczy, byle tylko nie rozstawać się z Elżbietą. Zapisał się do technikum w rodzinnym miasteczku. Rodzice Elżbiety uwielbiali Krzysztofa i bez obaw powierzali mu córkę. Ona uczyła się dobrze, ale egzaminy ledwo zdawała – na każdym prawie robiło jej się słabo. O dalszej nauce nie było mowy.
Elżbieta była późnym dzieckiem, więc rodzice trzęśli się nad nią – żeby tylko nie zachorowała, nie zdenerwowała się. Choć, prawdę mówiąc, nie chorowała aż tak często.
Na rodzinnym zebraniu postanowili, że dla dziewczyny ważniejsze jest dobre zamążpójście niż edukacja. A tu akuratnie wszystko układało się idealnie. Krzysztof – świetny kandydat. Mama Elżbiety, która pracowała jako lekarka, załatwiła córce posadę sekretarki w przychodni. I tak Elżbieta siedziała w recepcji, pisała na maszynie i odbierała telefony.
Tylko rodzice Krzysztofa nie pałali do niej sympatią. Nie o takiej synowej marzyli. Namawiali, by się opamiętał, że jeszcze nie wie, na co się porywa. Nie będzie dla niego oparciem, może nawet nie będzie mogła urodzić…
Ale Krzysztof wcale o tym nie myślał. Po prostu lubił opiekować się delikatną dziewczyną. Sam przy niej czuł się jeszcze silniejszy. Podobało mu się, że nie była jak inne, i że patrzyła na niego tymi wielkimi, szarymi oczami. Ale rodzice tak go zamęczyli rozmowami o małżeństwie, że w końcu oświadczył się Elżbiecie.
Jej rodzice byli zachwyceni, że córka znalazła tak dobrego męża. Teraz mogli umrzeć spokojnie – ich dziecko nie zginie. Prawda, Elżbietka nie była przyzwyczajona do prowadzenia domu. Postanowili więc, że młodzi po ślubie zamieszkają u nich, dopóki nie przyzwyczają się do życia we dwoje, a oni pomogą, gdy będzie trzeba. Ich mieszkanie było większe.
Rodzice Krzysztofa też byli z tego zadowoleni – przynajmniej syn nie będzie głodny.
Młodzi żyli spokojnie i zgodnie. Nie mieli nawet o co się kłócić. Gdy Elżbieta zaszła w ciążę, rodzice nie od razu uwierzyli. Brzuch był mały nawet na ostatnich miesiącach. I namiętności między nimi jakoś nie widać było. Kładli się spać – z pokoju nie dochodził ani jęk, ani szelest.
Elżbietce nie pozwalano podnosić nic cięższego niż książka, żeby donosiła dziecko. Rodzice nawet spać im teraz razem zabronili. Kupili drugą kanapę, na którą przesiedli Krzysztofa.
Nie podobało mu się spanie z dala od żony, więc zaczął nocować u swoich rodziców. I znowu wszyscy byli z tego zadowoleni. Tylko jego rodzice wciąż mamrotali, że związał się z tą chuchrą i będzie jej służył do końca życia. Wkurzało go to, więc uciekał z domu do znajomych.
I któregoś wieczoru poznał Kingę – krępą, kształtną i wyraźnie seksowną brunetką. Zdrowych młodych ludzi ciągnęło do siebie niepohamowanie. Oboje stracili głowy. Gdy się spotykali, rzucali się w ramiona jak zwierzęta rwące się do łupu. Ich namiętność rosła z każdym dniem.
Rodzice ganili Krzysztofa, że ucieka od żony, gdy ta go najbardziej potrzebuje. Ale Elżbieta jakoś specjalnie się nie przejmowała. Słuchała swojego ciała, nowego życia w niej rosnącego, i tylko tym żyła. Dziecko niespokojnie wierciło się w brzuchu i wywoływało w niej wilczy apetyt. Uspokajało się tylko na świeżym powietrzu. Dlatego Elżbieta godzinami siedziała na balkonie i czytała książki.
Może zbytMoże dziecko zbyt różniło się temperamentem od matki, a może znudziło mu się ciasne wnętrze, ale urodziło się przed czasem – małe, lecz żywiołowe i podobne do ojca jak dwie krople wody, na co nawet rodzice Elżbiety musieli się zgodzić.



