Guzik? A ja ją nazwałem Choinka. Biegała tu dziś rano po całym osiedlu. Od razu było widać, że się zgubiła. Potem przyszła się przytulić do moich nóg. No to wziąłem ją do auta, żeby nie zamarzła, biedulka uśmiechnął się mężczyzna…
Justynka, czy naprawdę możesz mieć aż takiego pecha? Ile razy ci mówiłam, że ten Mietek do ciebie nie pasuje! ganiła mnie mama.
Stałem obok i patrzyłem na córkę z opuszczoną głową. Chociaż niedawno stuknęło mi trzydzieści siedem lat, czułem się jak uczeń, który przyniósł do domu jedynkę. Bolało mnie serce na myśl o Justynce, mojego nieudanego małżeństwa i naszej małej córeczki. Przed Wigilią zostaliśmy sami bez głowy rodziny.
Odchodzę od ciebie rzucił Mietek, kiedy wieczorem wrócił do domu. Nawet nie od razu zrozumiałem, o co chodzi.
Odchodzisz dokąd? spytałem bezwiednie, stawiając mu talerz pachnącego żurku.
Ty naprawdę jesteś nie z tego świata, Justka. Nic nie rozumiesz z poważnego życia! I jak ja z tobą tyle lat wytrzymałem? pokręcił teatralnie oczami Mietek.
Nie zdążyłem nawet o nic spytać, bo zaraz zaczął wyliczać:
Już nie dam rady! Jeszcze ta twoja wiecznie szczekająca psina. Córka ciągle chora. Żadnej romantyki, Justka. Spójrz na siebie. Do czego się doprowadziłaś? zakończył hukiem.
Spróbowałem dojrzeć się w szybie kredensu, ale oczy miałem pełne łez. Stojąc sam na środku kuchni, nie mogłem powstrzymać płaczu.
Mietek nie znosił łez. Z żalem spojrzał na żurek, wstał od stołu i poszedł się spakować…
Suczka Guzik wyczuła, że coś się dzieje. Kręciła się u moich nóg, skomlała i próbowała pocieszyć.
Przynajmniej w końcu odpocznę bez tego wiecznego wycia rzucił Mietek, pojawiając się w drzwiach z torbą na ramieniu.
Mietek, a co z Hanią? wyszeptałem, wyobrażając sobie, jak bardzo się rozczaruje nasza pięcioletnia córka, która spokojnie spała w swoim pokoju.
Wymyśl coś! Jesteś przecież matką odpowiedział i przy wtórze skomlenia Guzika opuścił mieszkanie…
Całą noc przesiedziałem na kuchennym krześle, obejmując Guzika. Lizał mnie ciepłym językiem, jakby próbował dodać otuchy. Dobrze wiedział, że stało się coś złego.
Przez kilka następnych dni nie miałem odwagi powiedzieć nic mamie. Dzwoniła co jakiś czas, pytając, co słychać. Odpowiadałem zdawkowo i odkładałem telefon.
A jak tam praca? Znalazłaś już coś? Bo widzisz, ten twój Mietek cię zostawi, a ty bez grosza będziesz zagadywała, kiedy przyszła któregoś dnia.
Wytrzymałość się skończyła i wyrzuciłem z siebie łzy, tłumacząc, że nikt nie odpowiada na moje zgłoszenia, a Mietek odszedł przed kilkoma dniami.
Starsza pani jęknęła ciężko, zaskoczona takim obrotem spraw.
Przecież od razu było widać, do czego to zmierza. Pięć lat razem, dziecko się urodziło, a on nawet nie chciał z tobą wziąć ślubu nie kryła oburzenia.
Było jej żal córki i wnuczki bardziej, niż kiedykolwiek.
I co teraz? spytała, zmartwiona.
Wzruszyłem ramionami:
Coś wymyślę. Zacznę pracę jako pomoc w przedszkolu Hani odpowiedziałem bez przekonania.
Na pensję pomocy długo nie pociągniesz… Jeszcze psa trzeba wyżywić podsumowała ze złością, bo nigdy nie była fanką zwierząt, a Guzika, którego znalazłem na ulicy, ledwo tolerowała.
Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale widząc moje łzy, ugryzła się w język.
Dobrze, dobrze, nie płacz już. Pomogę ci, jak trzeba będzie, to i Hanię popilnuję próbowała mnie pocieszyć…
Tydzień minął.
Zdołałem znaleźć pracę i codziennie chodziłem z Hanią do przedszkola. Mała była z tego powodu przeszczęśliwa.
Mamo, może weźmiemy Guzika do pracy jako pomocnika? Babcia znowu narzeka, że nie ma siły z nim spacerować. A on by ci pomagał myć talerze i pilnował nas podczas leżakowania śmiała się Hania.
Przytulałem ją z uśmiechem, jednak na każde pytanie:
Mamusiu, tata wróci niedługo? Będzie z nami na Wigilię?
Zawsze odpowiadałem wymijająco. Powiedziałem jej coś o pilnej delegacji. Wielokrotnie próbowałem umówić się z Mietkiem na spotkanie, ale on zawsze był zajęty:
Justka, nie przeszkadzaj mi w układaniu sobie życia. Powiedz Hani, że jestem superagentem i wyjechałem na ważną misję. Prędko mnie nie będzie, więc nie czekajcie skwitował i spytał, czy przypadkiem nie widziałem jego krawata.
No gdzie on się podział? Nie mam w czym na Sylwestra pójść dąsał się przez telefon.
Przez długi czas siedziałem zamyślony. Nie wiedziałem, jak spędzimy te święta tylko we dwójkę. Albo jak to w ogóle wszystko wyjaśnić Hani.
Wszystko wywróciło się do góry nogami, kiedy pewnego dnia, gdy babcia prowadziła Hanię do przychodni, Mietek nagle wybiegł zza rogu.
Tata! Tatuś! Wróciłeś? rzuciła się do niego dziewczynka.
Zatrzymał się, potem się uśmiechnął, po czym cicho oznajmił córce, że tak wyszło, iż on i mama nie będą już razem. I jakby nigdy nic, odszedł, obiecując, że jeszcze może wpadnie.
Hania stanęła z poważną miną, potem wyszeptała:
Nie musisz już do nas przychodzić.
Wieczorem miała znów gorączkę, a po dwóch dniach wezwany do domu lekarz stwierdził, że to przez stres.
Obwiniałem się:
Trzeba było Hani powiedzieć prawdę Jest mądra, wszystko by zrozumiała tłumaczyłem się mamie. Kiwała tylko głową…
Niedługo potem wydarzył się kolejny dramat. Mama, spiesząc się z lekiem dla Hani, poszła z Guzikiem na spacer bez smyczy. Jak tylko krzyknęła na psa, Guzik odwrócił się na pięcie i pognał w przeciwną stronę.
A, niech ci będzie! Zamarzniesz, to wrócisz! burknęła mama i energicznie wróciła do klatki schodowej.
Niestety, Hania, gdy się dowiedziała o zaginięciu Guzika, przestała jeść i pić. Na wszelkie obietnice, że znajdziemy jej ukochanego czworonoga, odpowiadała uparcie:
Najpierw znajdźmy Guzika, potem pogadamy o jedzeniu odwróciła się do ściany.
To twoje wychowanie, Justka! Przepuściłeś dziecko przez palce. A ostrzegałam… zaczęła mama.
Zamiast pouczać zajęłabyś się psem, mamo! wybuchłem, po raz pierwszy od dawna się denerwując.
Przecież wszystko robię dla was! obruszyła się starsza pani i wyszła urażona…
Znowu zostałem sam. Długo chodziłem wieczorem po osiedlu, mając nadzieję, że Guzik wróci. Ale nic z tego. Zziębnięty wróciłem do mieszkania i zasnąłem niespokojnym snem.
Hania zerwała się rano:
Mamusiu, miałam sen o choince! Ubieraliśmy ją razem i znaleźliśmy Guzika! wykrzyknęła podekscytowana.
Smutno się uśmiechnąłem, wskazując na małą sztuczną choinkę stojącą na stole. Nadchodziły święta, a przygotowania robiliśmy na tyle, na ile mogliśmy.
Hania była jednak niepocieszona. Płakała, że prawdziwa choinka musi być duża i pachnąca.
Wtedy Guzik też się znajdzie. Tak jak w moim śnie! łkała.
Z westchnieniem stwierdziłem, że zakup żywej choinki w tym roku nie wchodzi w grę. Nawet na to, co zostało, pieniędzy ledwie starczyło na jedzenie. Zadzwoniłem do mamy, ale stanowczo odmówiła odwiedzin:
Widzisz, pies jest dla ciebie ważniejszy niż matka! zirytowała się w słuchawce.
Pogodziłem się z tym, że święta spędzimy we dwójkę. Hania czuła się źle i nie chciała nawet wstać z łóżka. Gdy skończyłem wieczorem przygotowania, mała rozpłakała się znowu:
Nadal nie mamy choinki, mamo. Guzik też już nie wróci, jak i tata…
Głaskałem Hanię po głowie, walcząc z własnymi łzami. Poprosiłem sąsiadkę, panią Zofię, by zerknęła na córkę, i wybiegłem na mróz…
Suchy, zimowy wiatr szczypał w policzki, a śnieg wirował wokół w tanecznym uniesieniu. Ludzie spieszyli się, rozpromienieni ale ja widziałem tylko własną rozpacz. Biegałem po okolicy, szepcząc do siebie wciąż i wciąż:
Gdzie się podziałeś, maleńki…?
W końcu dotarłem pod niewielki jarmark z choinkami. Stary pan w futrzanej czapce stał obok ostatnich drzewek.
Choinka dla pani? Zostało mi ledwie parę sztuk. Zrobię rabat, bo już do domu się spieszę zagadnął wesoło.
Pomyślałem: Pewnie w domu już czeka na niego rodzina…
W tej chwili podbiegło do niego młode małżeństwo, kupiło jedno z ostatnich drzewek.
I jak? Pani bierze? To już ostatnia, nawet dowieźć pomogę… zagadał.
Zrozpaczony spojrzałem mu w oczy. Nie miałem przy sobie pieniędzy, a oszczędności w domu nie starczyłyby nawet na niewielką choinkę.
Zauważyłem wówczas, że na pace jego busa leżą obcięte gałązki.
A czy można wziąć trochę tych gałązek, jeśli i tak ich pan nie potrzebuje? zapytałem nieśmiało.
Spojrzał na mnie, potem na stertę gałęzi.
Proszę brać. Nawet pani pomogę powiedział i wręczył mi naręcze iglaków.
Podziękowałem, nie wiedząc, czemu tłumaczę:
Wie pan, córka chora, leży, marzy o choince, pies nam zginął wszystko się posypało…
Wysłuchał mnie uważnie. Powiedział potem cicho, że też niedawno został zostawiony przez żonę. Dodał, że święta będą w tym roku inne.
Nagle podszedł jakiś mężczyzna.
Panie, za ile pan tę ostatnią choinkę oddasz? zapytał.
Już sprzedana. Proszę pójść do kolegi wskazał mu gestem.
Zerknąłem na niego zaskoczony.
Chodźmy, pomogę pani dowieźć choinkę powiedział z lekkim uśmiechem.
Ale ja nie mam pieniędzy powtórzyłem z zakłopotaniem.
Wszystko wiem uśmiechnął się ciepło.
Za chwilę wydarzyło się coś niespodziewanego coś, co zdarza się chyba tylko w świąteczne wieczory.
Otworzył drzwi auta. Na siedzeniu spał Guzik, owinięty swetrem, cały i zdrowy.
Skąd pan ma Guzika? wykrztusiłem.
Guzik? A ja ją nazwałem Choinka. Biegała tu dziś rano, od razu było widać, że się zgubiła. Przyszła do mnie i się przytuliła, więc wsadziłem ją do samochodu, żeby nie zmarzła uśmiechnął się i teraz już wiedziałem, że ma na imię Paweł.
Paweł uwielbiał zwierzęta i dogadywał się z dziećmi.
Nagle zrobiło się ciepło i domowo. Święta, których tak się obawiałem, okazały się najweselsze, jakie pamiętam. Czy to magia Wigilii, czy przeznaczenie tego nie wiem.
Jedno wiem na pewno: dziś mamy nową rodzinę, jesteśmy szczęśliwi. A Guzika czasem nazywamy… Choinką.
[Nauka dla mnie była prosta, ale trudna do zrozumienia w codzienności: nawet w najciemniejszy zimowy wieczór można spotkać kogoś, kto odmieni nasze życie trzeba tylko wierzyć i otworzyć serce.]Wróciliśmy razem przez śnieg ja, Hania, Guzik-Choinka i Paweł niosący naręcze zielonych gałęzi. Ciepło promieniało z naszego małego mieszkania, kiedy Hania rzuciła się psu na szyję, cała rozpromieniona, pierwsza raz od dawna autentycznie szczęśliwa. Paweł przysiadł nieśmiało przy stole, a ja nie czułem już wstydu ani żalu tylko wdzięczność.
Wspólnie udekorowaliśmy prowizoryczną choinkę. Z dziecięcych rączek leciały papierowe gwiazdki, Guzik merdał ogonem, a śmiech Hani roznosił się po pokoju. W powietrzu pachniało piernikami i żywicą. Przez chwilę wszystko było dokładnie takie, jakie powinno być: proste, kruche i piękne.
Poczułem, że świąteczne cuda wcale nie znają się na kalendarzach ani na planach zdarzają się nagle, gdy człowiek najbardziej ich potrzebuje.
Babcia tego wieczoru zadzwoniła, a po chwili była już pod drzwiami z miseczką barszczu, ukradkiem ocierając łzy wzruszenia. Paweł został już do końca kolacji jakby był z nami od zawsze.
Gdy Hania wieczorem szeptała do ucha Guzikowi świąteczne życzenia, spojrzałam na tę moją nową rodzinę i wreszcie zrozumiałam, że miłość i bliskość nie zawsze przychodzą w przewidywalny sposób, ale kiedy już się pojawiają, to na prawdę są naszym największym prezentem.
A potem kto wie, może zadziałała jakaś magia Wigilii wszyscy razem śmialiśmy się i nuciliśmy kolędy, a za oknem na bezgwiezdnym niebie zamigało światełko. Było cicho, spokojnie. I po prostu dobrze.



