Dzień przed ślubem
Stałam przed lustrem w swoim pokoju w Krakowie i nie mogłam napatrzeć się na siebie. Powoli, z przejęciem, obracałam się to w jedną, to w drugą stronę i po prostu nie mogłam uwierzyć, że to ja w mojej wymarzonej sukni ślubnej. Gładki materiał układał się lekko po sylwetce, a rozkloszowany dół falował za każdym moim ruchem. Podnosiłam brzeg sukni, zaraz potem puszczałam go, wyobrażając sobie, jak będę szła do ołtarza w kościele Mariackim.
W drzwiach stanęła Basia starsza siostra. Oparła się o framugę i przyglądała mi się z lekką ironią i z rozbawieniem w oczach.
No piękna jesteś, piękna zaśmiała się w końcu. Ale musisz mieć jeszcze jedną sukienkę, nie? W takiej bombie nie wysiedzisz całego wesela na Wawelu. Pomyśl tylko przyjęcie, tańce, goście A ty jak księżniczka w zbroi, nie bardzo można krok zrobić!
Zatrzymałam się, patrząc w lustro. Słowa Basi trafiły w punkt o dziwo, wcześniej wcale o tym nie pomyślałam. Ta suknia rzeczywiście była stworzona na ceremonię i zdjęcia, dokładnie taka, jaką sobie wyśniłam wykwintna i dostojna. Ale na zabawę, tańce, śmiechy i śpiewy z rodziną i przyjaciółmi Może rzeczywiście lepsze byłoby coś prostszego? Na przykład krótka, wygodna biała sukienka przed kolano. W takiej mogłabym naprawdę się bawić.
Myślisz? zmarszczyłam brwi, próbując ocenić ilość tiulu. No, pewnie masz rację Pomożesz mi wybrać?
Jasne. Przecież sama w życiu się nie zdecydujesz! uśmiechnęła się Basia. Wiem, jak to jest z tobą będziesz się kręcić po sklepach do zamknięcia i wyjdziesz z pustymi rękoma. W sumie i tak jestem pod wrażeniem, że tę suknię zamówiłaś!
Wzruszyłam ramionami.
Dałam do uszycia krawcowej na zamówienie, według mojego szkicu. Bo gdybym miała szukać w sklepach, to musieliby mnie wyciągać siłą, z tylu wzorów i koronki
Odeszłam od lustra i usiadłam na łóżku, łapiąc spojrzenie siostry z nadzieją.
Dasz radę ze mną jutro pojechać? Bez ciebie się pogubię.
Basia przysiadła obok mnie, poprawiła fałdki na białej sukni i ciepło się uśmiechnęła.
Dla ciebie wszystko. Moja najukochańsza siostrzyczka przecież nie wychodzi za mąż codziennie! Szukamy tej idealnej sukienki do tańca.
****
Siedziałam potem wieczorem przy kuchennym stole, otoczona stosami śnieżnobiałych zaproszeń. Za oknem zapadał już krakowski zmrok, a lampka oświetlała rzędy kartoników i kopert. Pochylona nad stołem, wypisywałam kaligraficznym pismem nazwiska gości. Chciałam, żeby każde zaproszenie było wyjątkowe, dlatego zdecydowałam, że sama je wypiszę, dodając osobisty akcent.
Mama i Basia początkowo chciały mi pomóc, ale stanowczo się upierałam: To mój ślub. Coś muszę zrobić własnoręcznie.
Jeszcze zostało tylko trochę mruczałam do siebie pod nosem, przewracając kolejny kartonik. Nadgarstek już zaczynał mnie boleć, a palce drżały po kilku godzinach pisania. Ale odwykłam od ręcznego pisania Bolał mnie już trochę nadgarstek.
Do kuchni zajrzała Basia. Przez chwilę obserwowała mnie z fotela naprzeciwko, skrzyżowała nogi i rozmarzonym wzrokiem patrzyła na swoją młodszą siostrę, która właśnie stawała się panną młodą.
Może jednak pomogę? spytała cicho, pochylając się. Zobacz ile ci jeszcze zostało No i gdzie jest ten twój Bartek? Przecież połowa gości to przecież jego znajomi.
Odsunęłam dłoń z długopisem na bok, ulżyło mi wreszcie przerwa!
Cały czas siedzi w pracy wyjaśniłam, gładząc stosik zaproszeń. Stara się wszystko ogarnąć przed urlopem. Wiesz jak jest wszystko zamknąć na tip-top, żeby potem nie martwić się o nic.
Zamilkłam na chwilę, uśmiechając się do wspomnienia.
Po ślubie mamy jechać na małą podróż. W jakieś ciche, spokojne miejsce. Chcę zacząć nowe życie z czystą kartą, daleko od zgiełku.
No ale te parę zaproszeń chyba mógłby podpisać zauważyła Basia, pilnując żeby głos zabrzmiał lekko.
Basia nigdy nie była przekonana do Bartka. Już na początku sprawiał na niej wrażenie kogoś nieszczerego. Choć widziała, jak rozświetlam się w jego obecności i jak bardzo go kocham.
Może tylko się zamartwiam powtarzała sobie w głowie Basia. Może nie każdy potrafi okazywać uczucia tak mocno jak ja Może on po prostu taki zamknięty.
Ale w środku nadal coś ją gryzło. Każdorazowe spotkanie z Bartkiem przypominało jej uczucie, jakby nie do końca był obecny jakby dryfował i godził się na wszystko z mojej inicjatywy.
Paradoks polegał na tym, że to właśnie Bartek pierwszy zaproponował ślub. Znałam go dopiero trzy miesiące śmiesznie krótko na tak ważną decyzję. A jednak to on pewnego wieczoru rzucił: Chcę, żebyśmy wzięli ślub i z entuzjazmem zabrał się za przygotowania.
Chcę, żeby ta chwila na zawsze zapadła ci w pamięci mówił, pokazując mi inspiracje wystroju sali. Brzmiał wtedy ciepło, a uśmiech wydawał się szczery. Zobacz, jakie piękne pastele, świeże kwiaty Będzie cudownie.
To on znalazł restaurację, obstawał przy sporej liczbie gości, argumentując, że nie możemy nikogo obrazić.
Moja rodzina przyjedzie aż z Gdańska, nie możemy robić czegoś skromnego. To nasz ważny dzień.
Z optymizmem patrzyłam w przyszłość. Nie dostrzegałam tych drobnych niezgodności jego milczenia, zdystansowania, gdy rozmowa schodziła na przyszłość.
Basia to widziała i nie wiedziała, co o tym myśleć. Z jednej strony, Bartek angażował się i wszystko organizował. Z drugiej często wydawało się, że gra rolę idealnego narzeczonego, nie rozumiejąc w pełni po co.
Może to tylko stres przed ślubem próbowała tłumaczyć Basia. Ale czemu to nie daje mi spokoju?
Patrzyła na mnie, jak wybieram próbki dekoracji na salę i westchnęła. Najważniejsze, żebym była szczęśliwa.
****
Czułam ulgę, bo przygotowania szły bardzo sprawnie. Bartek faktycznie pokrył większość najważniejszych kosztów wynajął piękną restaurację w centrum Krakowa, zamówił fotografa, zaplanował podróż poślubną gdzieś pod włoską granicę. Ja musiałam właściwie tylko ogarnąć suknię, znaleźć fryzjerkę i wizażystkę i kilka drobnych spraw. Bartek zdejmował ze mnie masę obowiązków i naprawdę to doceniałam.
Pewnego wieczoru, gdy z Basią piłyśmy herbatę w kuchni, w końcu nie wytrzymała.
Olu, nie za szybko? zapytała ostrożnie, kręcąc łyżeczką w szklance. Zaledwie się znacie Jak pod jednym dachem się sprawdzicie, kto wie? Po prostu zamieszkajcie razem, a ślub rzućcie za pół roku.
Nie obraziłam się. Wiedziałam, że martwi się o mnie szczerze. Uśmiechnęłam się i w oczach zaświeciły mi się iskierki.
Nie martw się, Basiu, będzie cudownie powiedziałam, patrząc gdzieś daleko, jakbym już czuła przyszłe szczęście. Uwielbiam gotować, mam mnóstwo pomysłów, więc Bartek nie umrze z głodu. Sprzątać też lubię, nic mnie to nie kosztuje. Bartek z racji pracy nie będzie się mi wtrącał do kuchni jakoś dam sobie radę, a w razie czego, wynajmę kogoś do pomocy.
Wzięłam łyk herbaty i mówiłam dalej, tym razem pewniej:
Kocham go! Nigdy żaden facet nie wzbudził we mnie tyle emocji. Wiem, że nie przegapię tej szansy.
Basia patrzyła na mnie długo. Trudno mi ją było przekonać, chociaż robiłam to z ogromną radością.
Jesteś pewna, Olu? zapytała cicho Basia.
Zupełnie odparłam zdecydowanie. Choć tak krótko się znamy, czuję, że to jest ten jedyny. Rozumiemy się, dobrze się ze sobą czujemy, chcemy wspólnej rodziny.
Basia westchnęła i uśmiechnęła się słabo. Wiedziała, że najważniejsze to być po mojej stronie.
Dobrze, skoro tak myślisz położyła dłoń na mojej ręce. Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa.
Ścisnęłam wdzięcznie jej rękę.
Dziękuję, Basieńko, wiem, że się o mnie troszczysz. Ale naprawdę jestem szczęśliwa. I wierzę, że to dopiero początek czegoś pięknego.
Nie mogła odmówić Bartkowi urody starań. Każda randka była jak z komedii romantycznej. Raz bukiet polnych kwiatów bez okazji, raz urocza kartka z ciepłymi słowami, innym razem ulubiona czekolada lub książka z dzieciństwa.
Największe wrażenie na moich koleżankach robiło poranne dostarczanie kawy do pracy. Bartek znał mój ulubiony smak z prażonym migdałem i bitą śmietaną. Równo o 8:30 kurier stawiał na biurku gorące latte z napisem: Dla najpiękniejszej. Skromnie się uśmiechałam, ale byłam szczęśliwa.
Bartek przyjeżdżał po mnie rano do firmy i odbierał wieczorem. Gdy podjeżdżał, wysiadał, otwierał drzwi i podawał mi rękę. Moje koleżanki podziwiały go zza firanki.
No Ola, taki facet to skarb! mówiły. Gdzie go dorwałaś?
Śmiałam się tylko i lekko się czerwieniłam. Czasami nie wierzyłam, że to ja mam takie szczęście.
Basia także przyglądała się temu wszystkiemu i nie mogła się pozbyć złego przeczucia. Choć Bartek rzeczywiście bardzo się starał, nie potrafiła zaufać tej całej idylli.
W końcu, popijając razem herbatę, odważyła się:
Wiesz, Ola, on bardzo dba o ciebie Ale coś mi nie gra. Nie wiem, o co chodzi po prostu czuję, że coś jest nie tak.
Zdziwiona spojrzałam jej w oczy.
Ale co masz na myśli? Bartek jest taki czuły i troskliwy
Basia długo szukała słów.
Nie twierdzę, że jest zły Po prostu wszystko jest aż za idealne. Prezenty, kwiaty, kawa A jak się zachowuje, gdy coś się komplikuje? Przemyśl, proszę.
Zamyśliłam się i delikatnie się uśmiechnęłam.
Zawsze musiałaś być taka poważna Nie szukajmy problemu ja naprawdę jestem szczęśliwa.
Basia westchnęła.
No dobrze, pożyjemy, zobaczymy.
Ale jej intuicja nie dawała za wygraną. I niestety, miała rację. To, co miało nadejść, zburzyło nasz świat kompletnie
****
Pewnego popołudnia wzięłam ze sobą teczkę z notatkami i pojechałam do Bartka omówić szczegóły ślubu: usadzenie gości, muzykę, wystrój sali. Miało być miło, planowałam wspólny wieczór z pizzą i śmiechem.
Jednak od progu wyczułam chłód. Bartek czekał na mnie w korytarzu nie objął mnie, nie uśmiechnął się jak zawsze, tylko milczał, patrząc gdzieś w bok. Jego twarz była napięta, a w oczach czaiło się coś zimnego i obcego.
Że ślubu nie będzie?! wyszeptałam, czując że nogi mam jak z waty. Ledwo mogłam mówić, jakby mi zabrakło powietrza. Stało się coś? Coś zrobiłam? Bartku, powiedz
Podniósł wzrok, a w jego oczach dostrzegłam zupełną obojętność, nawet pogardę.
Co zrobiłaś Nic ważnego powiedział bezbarwnie. Urodziłaś się kobietą. A wy, baby… tylko pieniądze się dla was liczą. Znajdzie się lepszy facet z wyższą pensją i już, pa pa! Nienawidzę was wszystkich
Stanęłam jak wryta, nie wierząc w to, co słyszę. Próbowałam doszukać się sensu w tych słowach Czy przez te trzy miesiące dałam mu jakikolwiek powód do takich insynuacji? Przecież każda moja decyzja była dla niego, zrezygnowałam z własnych planów, przekładałam urlop, by wszystko przygotować jak najlepiej.
Bartku, nie rozumiem rzuciłam cicho, ściskając teczkę tak mocno, aż zbielały mi palce. O czym ty mówisz? Wiesz, jak cię kocham.
Wzruszył ramionami, spojrzał w okno.
Wiem? Nic nie wiesz. Każda jesteście taka sama. Myślisz, że nie dostrzegam, jak się oglądasz za innymi? Jak się uśmiechasz, gdy się gdzieś pojawiają?
Poczułam ścisk w gardle. Chciałam mu zaprzeczyć, wyjaśnić, ale nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. To nie był ten Bartek, którego pokochałam. To nie był już ten czuły mężczyzna, który przynosił mi kawę i patrzył z czułością. Stał przede mną ktoś obcy chłodny, zamknięty w sobie i pełen goryczy.
Ale ja nigdy próbowałam jeszcze raz.
Daj spokój. Wszystko jasne. Myliłem się co do ciebie. Jesteś taka jak wszystkie.
Byłam sparaliżowana. Milion pytań kłębiło mi się w głowie. Jak w ciągu kilku minut może się zawalić cały świat? Przecież jeszcze wczoraj wyznawał mi miłość Dziś patrzył na mnie z nienawiścią.
Stałam przed Bartkiem, powstrzymując drżenie warg i miękkość nóg. Chciało mi się krzyczeć, błagać, żeby uwierzył i wysłuchał, ale głos ledwie się wydobywał.
Kocham cię szepnęłam, ze łzami ściskając dłonie. Nie potrzebuję nikogo więcej. Proszę, uwierz.
Bartek spojrzał na mnie z bólem. Ale nie słyszał mnie słyszał tylko własne stare rany.
Jednej już kiedyś zaufałem i co z tego Wydałem fortunę, czas, serce A ona w dniu ślubu, przed rodziną i gośćmi, powiedziała, że zmieniła zdanie.
Opowiadał, jak planował wszystko, wyobrażał sobie przyszłość. Jeszcze przed ołtarzem była śmiejąca się, miła, aż oznajmiła: Przepraszam. Znalazłam kogoś innego.
Wiedziałaś, jak to boli? kontynuował patrząc na mnie nieobecnym wzrokiem. Zostawiam cię. Idź sobie. Mam dosyć.
Te słowa uderzyły jak policzek. Zachwiałam się. Chciałam coś wykrzyczeć, tłumaczyć ale sił zabrakło. Odwróciłam się cicho i wyszłam.
Drzwi lekko trzasnęły, zostawiając Bartka samego w pustym mieszkaniu. Osunął się na kanapę, schował twarz w dłoniach.
Chyba naprawdę potrzebuję terapeuty przeszedł przez niego gorzki śmiech.
Ola naprawdę mu się podobała, bardzo. Była dobra, czuła, potrafiła słuchać, doceniała jego żarty. Gotowała zupę, którą lubił najbardziej. Ale im bardziej wymykało mu się grunt pod nogami, tym częściej widział w niej tamtą Magdę. Tamtą Magdę ze słodkim spojrzeniem, uśmiechem i cichym głosem.
Za każdym razem, gdy Ola patrzyła na niego z miłością, gdy mówiła o przyszłości, wspólnych dzieciach, czuł falę paniki. Widział jak Magda, uśmiechając się, mówi: Przepraszam, mam kogoś innego. On może dać mi stabilność, a ty nie.
Zacisnął powieki obraz był zbyt wyraźny.
Wyciągnął telefon. Przez chwilę patrzył na książkę adresową i w końcu wykręcił właściwy numer.
Dzień dobry mruknął, szukając słów. Chciałbym umówić się na wizytę. Potrzebuję pomocy Boję się, że znów zostanę sam. Nie chcę tak dłużej żyć, muszę to jakoś przepracować.
Spokojny głos w słuchawce był nadzieją.
Dobrze, że się pan odezwał. Zapraszam na spotkanie, kiedy panu odpowiada.
Choćby jutro odpowiedział Bartek cicho.
****
Rok później stałam w pięknie udekorowanej sali, promienie słońca wpadały do środka. Dookoła byli wszyscy, których kocham. Miałam na sobie tę samą suknię, której nie zdążyłam jeszcze nikomu zaprezentować lekką, z delikatną koronką.
Zagrała muzyka łagodna, wzruszająca. Bartek chwycił mnie za rękę i ruszyliśmy na środek parkietu. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się nieśmiało. Przyciągnął mnie do siebie, a ja pozwoliłam mu poprowadzić.
No i jak, mężu? szepnęłam, patrząc mu głęboko w oczy.
Dziwnie odpowiedział szczerze, z lekkim rozbawieniem. Niby wszystko to samo, a czuję się zupełnie inaczej.
Bo teraz to naprawdę, uśmiechnęłam się bez strachów, bez co jeśli.
Przypomniałam sobie tamten dzień naszą najtrudniejszą rozmowę po rozstaniu. Byłam wtedy rozbita, ale drugiego dnia wróciłam. Powiedziałam mu prosto: Nie wyjdę stąd, dopóki nie porozmawiamy bez uciekania.
Bartek długo milczał.
Nie chcę znów cierpieć wyznał cicho.
Nie chcę, żebyś bał się przyszłości odpowiedziałam. Chcę, byśmy razem znów uwierzyli. Pomogę ci.
Od tamtej pory stopniowo, ramię w ramię, szliśmy do terapeuty. Bartek powoli otwierał się przede mną. Ja nauczyłam się być cierpliwa, nie oceniać. Uczyłam się rozumieć jego lęki, on uczył się mi ufać.
I dziś, tu na środku parkietu, w blasku lamp i słońca w oczach Bartka nie było już lodowatej rezerwy. Było ciepło, pewność i wdzięczność.
Wiesz, dobrze, że wtedy nie zrezygnowałaś szepnął, ściskając moją dłoń mocniej.
Ja też się cieszę odpowiedziałam, przysuwając się bliżej. Teraz już wiem, że razem możemy wszystko pokonać.
Muzyka cichła, a my dalej tańczyliśmy spokojnie, bez pośpiechu. Byliśmy już razem, naprawdę, i nic nie mogło nam tego odebrać.


