Kotleciki teściowej

Kotlety teściowej

Marek i Dorota są małżeństwem od trzech i pół roku. W tym czasie Dorota była u rodziców Marka zaledwie cztery razy na większe święta, krótka wizyta, potem powrót do miasta, do swojego mieszkania.

Tym razem jednak Marek wyjątkowo nalega: mama dzwoni już trzeci raz w tym tygodniu, żali się, że tęskni, że tata przy naprawie dachu w szopie naciągnął sobie plecy, że grządki kompletnie zarosły, a sił już brakuje… Marek, trzeba to przyznać, jest bardzo oddanym synem telefonuje do matki każdej niedzieli punktualnie, słucha, kiwając głową, co by nie mówiła, nawet jeśli kompletnie się z nią nie zgadza. I dziś też, podczas kolacji, żując makaron z frankfurterkami, spogląda na żonę błagalnym spojrzeniem.

Dorotko zaczyna, odstawiając talerz i splatając dłonie na stole mama znowu dziś dzwoniła. Mówi, że już nie pamiętamy jak wygląda. Może pojedziemy do nich na weekend? Na trzy dni, nie więcej. Proszę Cię.

Marek, w sobotę mam już fryzjera próbuje oponować Dorota, choć sama wie, że jej wymówka jest cienka.

Przełóż, przecież wiesz, że mama się obrazi. Obiecała kotlety, ciasta napiec, tęskni za nami.

A twój tata jak się czuje? Plecy lepsze? pyta dla przyzwoitości Dorota, bo z teściem żyje raczej w neutralnych stosunkach.

Daj spokój, zawsze coś mu dolega Marek macha ręką. Postanowiłem, że jedziemy. W piątek po południu wyjeżdżamy, wracamy w niedzielę wieczorem. Dam znać mamie, niech się cieszy.

Dorota wzdycha, ale nie dyskutuje. Przez te trzy i pół roku nauczyła się, że walczyć z mężem, kiedy już zdecydował, jest równie efektywne, co proszenie kota, żeby nie właźł na parapet.

W piątek pakują torby, pojemnik ze słodyczami na prezent, Marek dokupił mamie gruby, milutki koc, a tacie butelkę żubrówki. Do wsi idzie się dwie godziny samochodem, jak dobrze pójdzie. Dorota całą drogę patrzy jak za szybą przesuwają się sosny i dęby, przydrożne bary o dziwacznych nazwach, słucha Marka, który fałszuje pod radio i powtarza sobie w myślach, że przecież te trzy dni to nie koniec świata, że teściowa jest w gruncie rzeczy dobrą kobietą.

Dojeżdżają już po zmroku. Dom na samym końcu wiejskiej uliczki, przyćmiony światłem jednej lampy na słupie. Marek wjeżdża na podwórko, wyłącza silnik, na ganku rozbłyska światło, nagle drzwi się otwierają z hukiem i pojawia się Elżbieta Majewska niska, zaokrąglona, w kwiatowym fartuchu, z uśmiechem tak szerokim, aż strach, że pękną jej policzki.

Mareczku! woła na całe podwórko, rzucając się do syna, który ledwo zdąży wyjść z samochodu. Już myślałam, że nie przyjedziecie! Napiekłam, nagotowałam, nie uwierzysz! Dorotka, wchodźcie szybciutko, zimno!

Dorota wysiada z auta, poprawia kurtkę, uśmiecha się uprzejmie i pozwala się wyściskać. Od Elżbiety pachnie smażoną cebulką i czymś słodkawo-lepkim, aż Dorocie łaskocze nos.

W środku jest gorąco, pachnie gotującym się obiadem, z kuchni dochodzi syk smażonego tłuszczu. W dużym pokoju na stole już czeka półmisek z kabanosami, chleb, ogórki kiszone w glinianej misce, kompot i pół bochenka żytniego chleba. Bolesław Majewski, ojciec Marka, siedzi przy telewizorze i ogląda wiadomości. Wstaje, podchodzi, widać, że czekał, że się denerwował, bo korki, bo ciemno, bo różnie mogło być.

No, przyjechaliście mówi, ściska syna za dłoń i Dorocie kiwnął głową: Witaj, córko. Rozbierajcie się, zaraz kolacja.

Nacieszycie się moimi kotlecikami! rzuca od progu Elżbieta, ocierając ręce o fartuch i przestawiając talerze na stole. Z ziemniaczkami, z cebulką, z sosem. Mareczku, przecież twoje ulubione kotlety!

Uwielbiam, mamo, wiadomo Marek już ściąga kurtkę, zagląda do garnków, wywołując u matki kolejny wybuch dumy.

Dorota się rozbiera, wiesza płaszcz w przedpokoju, idzie za nimi do kuchni. Kuchnia Elżbiety jest niewielka, ale swojska: każda powierzchnia zastawiona słoikami z przetworami, puszkami z przyprawami, ścierkami, woreczkami z kaszą, miseczkami wszelkiej maści.

Siadaj, Dorotko, siadaj Elżbieta podsuwa jej krzesło, wycierając je brzegiem fartucha. Odpoczywaj, zaraz wszystko będzie!

Kręci się, łapie talerz, odstawia, otwiera piekarnik, buchnięcie zapachu pieczonego mięsa sprawia, że Dorota przełyka ślinę. Jest głodna, w drodze pili tylko kawę z termosu, na porządną kolację nie było czasu.

I wtedy to zobaczyła.

Elżbieta stoi przy stole, na którym leży miska z surowym mięsnym farszem. Góra szaro-różowej masy, z której już uformowała koło piętnastu okrągłych kotletów równo ułożonych na desce, posypanych bułką tartą. Teściowa bierze kolejny kawałek mięsa, zgrabnie roluje, zgniata i… tą samą ręką, która przed chwilą ugniatała surowe mięso, wkłada ją pod lewą pachę.

Nie podrapała się przez chwilę, tak od niechcenia ona wsadziła całą dłoń, porządnie, aż z widocznym ulgą się podrapała, pogrzebała chwilę, wyjęła rękę i od razu, bez żadnego mycia czy chociaż starcia o fartuch, formuje kolejnego kotleta.

Dorotę przechodzą dreszcze.

Patrzy na tę dłoń zwykłą kobiecą, z krótkimi paznokciami, z obrączką wciśniętą w lekko opuchnięty palec, z siateczką zmarszczek i nie może oderwać wzroku. Ta sama ręka pod pachą, potem mięsny farsz. Z tego będą kotlety. Teściowa zawsze daje im z Markiem zamrożone kotlety do domu, oni je pieką, jedzą, chwalą. Dorota nawet kiedyś powiedziała przez telefon, że to magiczne kotlety. I naprawdę były przepyszne…

Mamo! woła Marek z pokoju Masz herbatę? Zmarzliśmy po drodze!

Już, już! odkrzykuje Elżbieta, dalej lepiąc kotlety. Zaraz kończę, zaraz jemy!

Znów ugniata mięso i Dorota widzi jak przy równiutkich rządkach kotletów zostają szare plamki tam, gdzie dłoń dotykała deski. Może jej się zdaje? Mruga, patrzy od nowa: deska, mięso, kotlety, ręce teściowej lepiające, formujące…

Pani Elżbieto szepcze Dorota może pomogę? Zalerpię ostatnie, pani herbate nastawi.

Oj, co ty, goście mają odpoczywać! protestuje teściowa, aż Dorota drży na widok wymachujących lepiących rąk. Siedź, siedź, wszystko prawie gotowe.

Na potwierdzenie bierze ostatni kawałek mięsa, lepi, odkłada do rzędu, zadowolona patrzy na dłonie, spłukuje je pod kranem na trzy sekundy, bez mydła otrząsa nad zlewem i wyciera o fartuch.

Dorota na to patrzy i czuje obrzydzenie.

Stara się zebrać. No i co? Podrapała się pod pachą, z czym problem? Jej własna babcia, świętej pamięci, ugniatając ciasto też czasem poprawiała włosy, nikomu nic się nie stało, wszyscy żywi, nikt się nie zatruł… Może tylko Dorota jest taka przewrażliwiona…

Ale obrazek wisi jej przed oczami: ręka, pacha, ręka, mięso.

Kolację jedzą w dużym pokoju przy stole z ceratą w kwiaty. Elżbieta stawia patelnię z gorącymi kotletami rumiane, apetyczne, chrupiące; człowiek powinien ślinić się na sam zapach, a Dorocie napływa ślina z zupełnie innego powodu. Obok miska z puree ziemniaczanym polanym masłem, talerz świeżych pomidorów i ogórków, chleb, kiszonki, kompot.

Nakładajcie, kochani! woła teściowa, podsuwając Dorocie kotlety. Najlepsze dla was zostawiłam. Starałam się specjalnie.

Patrzy na kotlety. Wyglądają świetnie. Pachną smażoną cebulką i mięskiem. Marek już ładuje dwie na talerz, górę puree, ogórka i rozanielony ładuje pierwszy kęs do ust.

Mmmm, mamo, rewelacja. Jak zawsze!

Dzięki Bogu. Elżbieta się rozpromienia, zasiada naprzeciwko, sięga po swój kotlet, odłamuje kawałek chleba. Martwiłam się czy nie przesoliłam albo za mało cebuli…

Idealnie, Ty zawsze dobrze gotujesz Marek już kończy pierwszego kotleta. Bolesław je cicho, tylko kiwnie głową od czasu do czasu. Nigdy nie był gadułą, najdłuższą jego wypowiedzią przy Dorocie było kiedyś wyjaśnienie jak wymieniał olej w traktorze.

Dorotko, czemu nie jesz? niepokoi się Elżbieta, widząc prawie nietknięty talerzyk Doroty. Nie smakuje ci? Za słone?

Nie, nie, wszystko dobre Dorota spieszy z odpowiedzią, bo wie, że zaraz będzie foch, jeśli nie spróbuje chociaż trochę. Po drodze się źle poczułam, żołądek… wie Pani, zaraz wezmę, chwilka.

Nabiera trochę widelcem, odcina najmniejszy kawałek kotleta taki z najbardziej chrupiącą skórką zbliża do ust. Zapach cudowny, ale wystarczy, że wyobraża sobie tę dłoń, która przed chwilą pod pachą… Kęs staje jej w gardle, przełyka z trudem, aż łzy napływają do oczu.

Pyszny wymusza, odsuwa talerz. Może tylko ziemniaczków i ogórek, dobrze? Kotlet pyszny, ale niewiele zjem po drodze.

Oj dziecina, odpocznij, kotletów wam dam na wynos. Tyle narobiłam, dla was głodni przyjechaliście cmoka Elżbieta.

Marek rzuca szybkie spojrzenie żonie, je dalej, widać nie przejmuje się zupełnie kwestiami higieny czy procesem powstawania kotletów.

Dorota wbija widelec w ziemniaki, podjada ogórka i powtarza sobie, że miliony Polek jedzą kotlety od mam i babć, i nikt nie umarł. Ale obraz ręki pod pachą wraca, jak stopklatka.

Po kolacji Elżbieta sprząta ze stołu, Marek z Bolesławem idą do garażu obejrzeć generator. Dorota zostaje sama z teściową, która zaparza herbatę w olbrzymim imbryku, co już dawno zgubił dzióbek.

Dorotko, nie gniewaj się, że tak nalegałam na wizytę mówi Elżbieta rozlewając wrzątek do kubków. Bardzo się cieszę, że przyjechaliście. Wiem w mieście praca, kariera, wszystko. Ale matka zawsze martwi się czy u was dobrze.

Wszystko dobrze, Pani Elżbieto odpowiada Dorota, biorąc kubek. Praca, dom, codzienność jak wszędzie…

To dobrze teściowa przysiada naprzeciwko, podpiera policzek dłonią i patrzy na Dorotę takim szczególnym wzrokiem. A moje kotleciki lubicie, wiem. Marek zawsze prosi, żebym dała mu odmrożone, bo w mieście to wszystko z chemią, a moje wszystko swoje. Mięso swojskie, na rynku u znajomego, farsz sama mielę, nie ufam sklepowemu.

Dorota popija herbatę, parząc się w usta. W myślach wraca do tego, czym były myte kubki, czym były myte ręce. Odstawia herbatę na stół, bojąc się wypić choć łyk więcej.

Pani Elżbieto, mogę do pokoju? Boli mnie głowa po drodze, pójdę się położyć…

Idź, kochanie, świeża pościel w szafie, Marek pokaże. Jakby co, wołaj!

Dorota zamyka się w małym gościnnym pokoju, siada na łóżku, czuje się na granicy torsji.

Leci do łazienki na końcu korytarza, zdąża na czas, potem długo siedzi, starając się uspokoić oddech.

Gdy Marek wraca z garażu, zastaje ją siedzącą na łóżku, wyraźnie roztrzęsioną.

Co ci jest? Źle się czujesz?

Marek patrzy na niego szeroko otwartymi oczami opowiem ci coś i proszę, nie krzycz i nie nabijaj się.

Słucham reaguje poważniej Marek.

Dorota mówi: ręka, pacha, mięso, kotlety, mdłości. Wszystko dokładnie, szeptem, żeby nikt nie usłyszał.

Marek patrzy niezrozumiale może nie dowierza, może się kłopotliwie irytuje, trudno powiedzieć.

Wiesz mama nie zrobiła tego specjalnie. Zdarzyło się jej podrapać. Myślisz, że nasze babki w kuchni myły ręce co minutę? Daj spokój, Doroto. Domowe jedzenie.

Marek, ona nie umyła rąk głos Doroty drży, choć bardzo się stara ręką spod pachy znów lepiła mięso. W ogóle nie używa mydła, widziałam tylko woda, potem o fartuch. I ja przypominam sobie wszystkie jej paczki z kotletami, nie dam rady tego przełknąć…

To co mam zrobić? głos Marka twardnieje Powiedzieć mamie, że nie myje rąk? Przecież by się śmiertelnie obraziła! Stara się dla nas, rozumiesz? Dla nas!

Nie chcę mówić, nie chcę jeść już tych kotletów Dorota obejmuje głowę dłońmi. Nie zjem już nigdy żadnego.

Marek wstaje, przechadza się po pokoju, przeczesuje nerwowo włosy.

Wyolbrzymiasz przystaje Każdy ma podobne nawyki. Życie, Dom, zwykła kuchnia.

Ale ja myję ręce odpowiada cicho zawsze przed gotowaniem i po dotknięciu czegoś brudnego. Dla mnie to naturalne.

A dla niej nie. Tak zawsze gotowała. Ja na tych kotletach wyrosłem i żyję. Sam mówiłaś, że są świetne.

Nie wiedziałam szepcze Dorota Teraz wiem. Tego nie da się już odzobaczyć.

Olej to. Marek macha ręką Przesadzasz. Dobrze wiesz, jak jest w restauracji włosy, palce, różnie. Jesz i nie wiesz…

Proszę, nie mów mi o knajpach. I tak mam dość.

Dobra Marek wzdycha, siada, przytula ją Nie będziesz jeść, jak nie chcesz. Mamie powiem, że zachorowałaś: żołądek, coś tam. Tylko nic nie mów, bo ona nie zrozumie, obrazi się na wieki.

Nie powiem, Dorota tuli się do niego tylko chcę już wrócić do domu.

Wracamy jutro, powiem, że masz gorączkę zgadza się Marek wytłumaczę rodzicom i pojedziemy. Ok?

Dobrze Dorota ledwo dosłyszalnie, bo dobrze się nie czuje.

Kładzie się na łóżku, Marek gasi światło. Leżą w ciszy, słuchają nocnych dźwięków: telewizora za ścianą, kaszlu Bolesława, brzęku naczyń Elżbiety w kuchni.

Dorota patrzy w sufit i rozmyśla trzy i pół roku jedli z Markiem te zamrożone kotlety, chwalili, prosiła teściową o przepis, zachwycała się smakiem. I teraz nie jest w stanie przestać myśleć, że może właśnie ten sekretny składnik czyni kotlety tak wyjątkowymi.

Rano jest rozbita. Marek już siedzi z rodzicami przy herbacie, słychać śmiech i rozmowy z kuchni. Dorota leży jeszcze chwilę, potem idzie się umyć zimną wodą i dołącza do reszty.

Dorotko rozkłada ręce Elżbieta Marek mówił, że ci w nocy gorzej się zrobiło? Gorączka? Zaparzyć ci herbatę z malinami? Sama robiłam, z zeszłego roku.

Dziękuję, Pani Elżbieto Dorota siada, nie patrząc na talerz z kotletami przykrytymi gazą. Już trochę lepiej, może coś zjadłam po drodze.

Och, te bary przy trasie! potrząsa głową teściowa, stawiając herbatę i słoik malin. Mówię Bolesławowi, lepiej zjeść w domu niż w jakiejś budzie. A wy i tak zawsze bary wybieracie! I potem tak jest…

Mamo Marek się wtrąca W ogóle nigdzie nie jedliśmy, tylko kawa z termosu.

To może coś innego nie ustępuje Elżbieta. Organizm delikatna rzecz. Dorotko, pij maliny, szybko postawią cię na nogi.

Dorota bierze kubek, popija, czuje jak ciepło rozchodzi się po ciele, ale mimowolnie myśl czy ręce były umyte, czy kubek czysty? Musi przestać myśleć, albo oszaleje.

Pani Elżbieto odstawia kubek Bardzo dziękuję, ale chyba lepiej nam już wracać. Marek powiedział, że dziś pojedziemy.

Jak to dziś? smuci się teściowa. Dopiero co przyjechaliście! Chciałam upiec placki, nagotować zupy… Marek uwielbia moje kapuśniaki.

Innym razem, mamo Marek wstaje, całuje ją w policzek. Dorocie naprawdę źle, lepiej w domu. Przyjadę za dwa-trzy tygodnie pogadać z tatą o dachu, to się najem!

Elżbieta wzdycha, patrzy raz na Dorotę, raz na Marka, i w tym spojrzeniu Dorota odnajduje jakąś dziwną świadomość jakby teściowa wszystko zrozumiała: i o kotletach, i o tej nieszczęsnej podpaszce, i dlaczego synowa od razu zachorowała po kolacji.

Jak chcecie głos Elżbiety twardnieje Pakiet zamrożonych kotletów i trochę konfitur wezmę z zamrażalki, akurat na tydzień.

Dorota czuje jak krew odpływa z twarzy, wydusza jednak:

Dziękuję bardzo. To bardzo miłe z Pani strony.

Zbierają się szybko. Marek pakuje auto, Dorota żegna się z Bolesławem, który ściska jej dłoń i mówi: Zdrówka, córko. Przyjedźcie, jak już będzie lepiej.

Elżbieta podaje reklamówkę Markowi:

Tu kotlety, trochę konfitur, i mojego smalcu, lubicie przecież. Smacznego.

Dziękujemy, mamo Marek całuje ją w policzek, Dorota zauważa, że tym razem teściowa nie uśmiecha się, tylko kiwnęła i szybko wróciła do domu, zanim zdążyli wsiąść do auta.

Całą drogę powrotną Dorota milczy. Paka z kotletami w bagażniku wydaje jej się żywą, groźną obecnością. Marek też jest cichy, spięty mocno ściska kierownicę, zmienia biegi gwałtownie, patrzy prosto przed siebie.

Możesz je zjeść cicho mówi Dorota, gdy wjeżdżają do miasta ja nie mam problemu. Po prostu nie będę.

Wiesz, że mama wszystko zrozumiała? Marek wzdycha ciężko, jakby rozładowywał wagony, a nie wracał przez dwie godziny.

Co zrozumiała?

Wszystko! Nie jadłaś, potem chorowałaś, od razu wyjechaliśmy. Domyśliła się, Doroto. Jest jej przykro i rozumiem to.

A mnie rozumiesz? nagle pyta Dorota ostrzej.

Marek nie odpowiada.

W mieszkaniu Dorota idzie do kuchni, patrzy na własną lodówkę, porządek w szafkach, czyste deski, które zawsze myje po każdym użyciu, i wie, że u niej wszystko jest w porządku. Tu wszystko jest czyste. Tu ręce są myte przed gotowaniem. Tu nie ma kotletów zrobionych ręką, która przed chwilą była pod pachą.

Marek wnosi worek z kotletami, wkłada do zamrażalki, zamyka.

Ty nie zjesz? pyta Dorota.

Zjem Marek odpowiada z wyraźnym uporem. To kotlety mojej mamy. Całe życie je jem.

Idzie pod prysznic, zostawiając Dorotę samą w kuchni. Ona odkręca wodę, bierze mydło i długo, bardzo długo myje ręce, aż po łokcie, jak do operacji. Później wyciera je w czysty ręcznik i zastanawia się, czy w ogóle można sprać z siebie taką wspomnieniową plamę. Chyba już nie.

Ale wie jedno: nigdy więcej nie zje żadnego kotleta przygotowanego rękami Elżbiety. Nie przekonają jej żadne prośby, tłumaczenia, dobre intencje.

Trzy dni później Marek smaży kotlety, nakłada puchate purée, kroi kiszonego ogórka i siada do stołu.

Zjesz? pyta, podsuwając Dorocie widelec z odgryzionym kotletem.

Nie, dziękuję odpowiada Dorota.

Wstaje od stołu, siada w fotelu w salonie i włącza telewizor, podgłaśniając, by nie słyszeć, jak Marek żuje.

Dorota wie, że ta wizyta coś w ich rodzinie zmieniła coś, czego nie da się już posklejać. Przez jedną kobiecą dłoń, która podrapała się, gdzie swędziało.

Zamknęła oczy i postanowiła już o tym więcej nie myśleć. Trzeba żyć dalej. Jeść to, co przygotuje się samemu i nigdy więcej nie zjeść niczego, do czego dotknęły obce ręce.

Rate article
Fajna Tajna
Kotleciki teściowej