Kotek uratował mnie przed kłopotami
Kupiłam kawalerkę w starym rejonie miasta. Nie było to miejsce najwyższych lotów, ale mój budżet był ograniczony, więc wybierałam z tego, co było dostępne. Mieszkanie było duże i jasne, z wysokimi sufitami. W przeciwieństwie do tego, klatka schodowa była brudna i stara, a na ulicach prawie brakowało młodzieży. Mimo to, byłam szczęśliwa, ponieważ było to moje pierwsze znaczące nabytki.
Przez lata spędzone w akademiku zapomniałam, jaką radość daje własne miejsce. Z czasem mieszkanie wydawało mi się chłodne i puste. Częściowo było naprawdę puste, bo brakowało mi mebli, a zasłony planowałam kupić później. Powoli zamierzałam się w nie zaopatrzyć.
Wieczorami w mieszkaniu odbijało się echo moich kroków. To mnie trochę stresowało, a nawet przerażało, ale nic nie mogłam z tym zrobić. Nie stać mnie było na jednoczesny zakup mebli i remont.
Pewnej nocy obudziłam się, mając wrażenie, że się duszę. Na piersi jakby leżało coś ciężkiego. Każdy oddech był utrudniony. Próbowałam się podnieść, ale nie mogłam. Czułam się przyciśnięta do łóżka. W przerażeniu kręciłam głową, próbując się z tego stanu wydostać. W pewnym momencie poczułam ulgę, mogłam swobodnie oddychać. Wciągając chciwie powietrze, usłyszałam skrzypienie desek podłogowych, jakby ktoś wychodził z pokoju. Podłoga była stara, więc przy chodzeniu deski trzeszczały.
Rozglądałam się przerażona, ale niczego nie zauważyłam. Koleżanki w pracy, słuchając mojej historii, stwierdziły, że to mógł być paraliż senny. Ktoś nawet doradził konsultację z lekarzem, ale postanowiłam poczekać, licząc, że to jednorazowe zjawisko.
Jednak, po kilku nocach sytuacja się powtórzyła. Znowu się dusiłam, a potem słyszałam kroki uciekające z pokoju. Tym razem, oprócz skrzypienia, usłyszałam lekkie stukanie, jakby ktoś miał bardzo długie paznokcie. Pomimo tego nie zdecydowałam się iść do lekarza. Dwa tygodnie mijały w spokoju, dopóki dziwny stan nie powtórzył się. Tym razem, oprócz ciężkości, czułam ucisk na gardle, a niemal traciłam przytomność. W pewnym momencie poczułam ulgę i ponownie usłyszałam kroki.
Rano odkryłam na swojej szyi dziwne ślady. To były siniaki. Ktoś rzeczywiście mnie dusił. Byłam naprawdę przerażona i nie wróciłam do mieszkania.
Dwie noce spędziłam u koleżanki. Zabrała mnie do czarownicy, która zapewniła, że nałożono na mnie klątwę i obiecała się jej pozbyć. Razem pojechałyśmy do mojego mieszkania. Wiedźma odprawiła jakiś rytuał, zapewniając, że klątwa została zdjęta i teraz mogę spać spokojnie. Zapłaciłam jej i odeszła.
Kładłam się spać z czystym sumieniem, ale w nocy znowu czułam się duszona. Obudziłam się z uczuciem ciężkości i brakiem powietrza. Dotykając szyi, poczułam szorstkie, bardzo zimne ręce. Próbowałam krzyknąć, ale bezskutecznie. Próbując poluźnić uścisk nieznanego czegoś, usłyszałam syk. Już wyraźnie zdawałam sobie sprawę, że ktoś mnie dusi, siedząc na piersi. Nasza walka trwała jakiś czas. Potem ta istota mnie puściła i ponownie uciekła z pokoju, stukając paznokciami o podłogę.
Przerazona wybiegłam z mieszkania. Po chwili na schodach zdecydowałam się wrócić. Nie mogłam zasnąć. Zapaliłam światło i spędziłam noc w kuchni.
W pracy wszyscy zauważyli, jakie mam szare, zmęczone oblicze. Nie mówiłam kolegom, co się stało, tłumacząc się po prostu zmęczeniem. Bałam się wracać do mieszkania, więc poprosiłam koleżankę o nocleg. Musiałam jednak zabrać rzeczy z domu i po pracy pojechałam do siebie.
Wchodząc po schodach spotkałam sąsiadkę, panią Stasię. Niosła w rękach pudełko. Starsza pani zatrzymała mnie i zapytała, czy nie potrzebuję kotka.
Zajrzałam do pudełka. Siedział w nim uroczy biały kotek z dobrymi oczami. Pani Stasia opowiedziała, że znalazła malucha przy sklepie i teraz szuka mu domu. Nie wiem, czym się kierowałam, ale zgodziłam się przygarnąć kotka. Być może bałam się wrócić do mieszkania nawet na kilka minut sama.
Z kotkiem na rękach otworzyłam drzwi do mieszkania. W środku panowała cisza. Wypuściłam kotka, a sama poszłam do sypialni po rzeczy. Po chwili usłyszałam, jak mój futrzany towarzysz głośno syczy.
Zbiegłam do kuchni. Kot stał na środku i wpatrywał się w kąt, głośno sycząc. Jego sierść stała dęba. Nie rozumiałam, co się dzieje.
Kot stanowczo podszedł do ściany i zaczął drapać stare tapety, które zostały po poprzednich właścicielach. Chciałam go odciągnąć, ale przypomniały mi się liczne historie o tym, że koty czują siły nadprzyrodzone.
Razem z moim futrzastym przyjacielem zaczęłam zdzierać tapety. W kącie zobaczyłam wnękę, zaklejoną gazetami. Odklejając je, odkryłam dziwny pakunek. Wyciągnęłam go i rozwinęłam, ledwo się nie przewracając. W środku były kości, pióra, sól i mała fotografia.
Z tej starej fotografii spoglądała na mnie stara, szkaradna staruszka. Jej oczy były zupełnie blade, jakby bez źrenic. Wyglądało to, jakby uwieczniono ją już po śmierci.
Słyszałam o takiej tradycji. Że robiono zdjęcia zmarłym krewnym na pamiątkę, gdyż za życia fotografii było niewiele.
Wyjęłam z szafy talerz, wsypałam na niego zawartość pakunku razem ze zdjęciem i podpaliłam. Kuchnię wypełnił zły zapach. Musiałam nawet zatkać nos. Mój kot w milczeniu obserwował, jak wszystko w płomieniach. W tle słyszałam kroki starych kościstych nóg. Istota miotała się w agonii, rozpaczliwie biegając po mieszkaniu.
Nagle zapanowała cisza. Wszystko doszczętnie spaliłam. Otworzyłam okna, by wietrzyć nieprzyjemny zapach, wzięłam kota, rzeczy i pojechałam do koleżanki.
Po jednej nocy spędzonej u niej wróciłam do swojego mieszkania. Zauważyłam, że stało się cieplejsze, a echo prawie zniknęło. Może nie chodziło o pustkę, a o to, że ktoś ciągle za mną chodził.
Po miesiącu przypadkowo spotkałam panią Stasię. Podziękowałam jej za prezent, a ona powiedziała coś dziwnego:
– Zawsze zauważałam, że mieszkańcy tego mieszkania źle śpią – westchnęła starsza pani. – Pewnie to przez brak kotka. Zwierzęta to nasi główni uzdrowiciele.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Chciałam zapytać, czy coś wie o dziwnym mieszkaniu, ale kiedy otworzyłam usta, pani Stasia zniknęła.
Nikt więcej nie zakłócił mi snu, a obok zawsze czuwał mój puchaty obrońca.



