Kopia żony
Jesteś pewna, że ci to nie będzie przeszkadzać? zapytała Renata, stojąc w progu z torbą na ramieniu i takim zagubionym uśmiechem, którego Zofia nigdy wcześniej u niej nie widziała. Wiem, że to kłopot. Wiem.
Reniu, daj spokój, wchodź już Zofia zrobiła krok w bok i podtrzymała drzwi. Pokój jest wolny, Marek nie ma nic przeciwko. Spokój.
Marek nie ma nic przeciwko… powtórzyła Renata, a w jej głosie zabrzmiało zdziwienie. Nie ironia. Jakby sama fraza nie ma nic przeciwko coś dla niej znaczyła.
On w ogóle rzadko się sprzeciwia powiedziała Zofia, już idąc w stronę kuchni. Zdejmij buty. Kapcie masz po lewej.
Tak to się zaczęło.
Zofia miała pięćdziesiąt dwa lata, jej przyjaciółka z czasów studiów pięćdziesiąt jeden. Nie widziały się regularnie od dobrych pięciu lat, czasem rozmawiały przez telefon, rzadziej spotykały się na kawę w centrum, i Zofia myślała, że zna Renatę na tyle dobrze, by otworzyć jej drzwi bez dłuższego wahania. Renata się rozwiodła. Wynajmowane mieszkanie musiała opuścić. Formalności z nowym przeciągały się. Potrzebowała dwóch, trzech tygodni, najwyżej miesiąca, żeby jakoś przeczekać, stanąć na nogi.
Mieszkały w Toruniu mieście ani małym, ani dużym, gdzie każda dzielnica była do siebie trochę podobna, a w osiedlowych sklepach kasjerki znały stałych klientów po głosie. Zofia z Markiem mieli trzypokojowe mieszkanie na trzecim piętrze, okna wychodziły na spokojną uliczkę. Marek pracował w firmie budowlanej, nie na stanowisku kierowniczym, ale cenił swoją pracę. Zofia uczyła ekonomii w technikum. Wspólnie spędzili ponad dwadzieścia lat. Córka mieszkała już od dawna w innym mieście. W domu było przestrzennie i swojsko, wszystko miało swoje miejsce.
Renata pojawiła się z jedną dużą torbą i kartonikiem. Rozpakowała się cicho, prawie niezauważona. Przez pierwsze trzy dni Zofia niemal jej nie słyszała wychodziła wcześnie, wracała późno, jadła byle co i rozmawiała jeszcze mniej. Po pierwszym dniu Marek zapytał:
Na długo?
Miesiąc odpowiedziała Zofia.
Miesiąc… powtórzył, z tą samą intonacją, jakiej użyła Renata dziesięć minut wcześniej.
Zofia nie zwróciła na to uwagi. W ogóle nie była z tych, którzy drobiazgiom nadają wielkie znaczenie. A przynajmniej tak myślała.
Pierwszy niepokój poczuła pod koniec drugiego tygodnia. Weszła rano do łazienki i zobaczyła na umywalce swój ulubiony flakon perfum. Srebrna magnolia ciemnozielony flakonik z srebrnym korkiem, kupowany od lat w tej samej drogerii przy Szosie Chełmińskiej. Zwykle stał na półeczce po lewej. Teraz leżał na brzegu umywalki. Zofia przełożyła go tam, gdzie zawsze, przekonana, że to ona sama przestawiła.
W trzecim tygodniu zauważyła kolejny szczegół.
Wszyscy troje jedli wspólnie śniadanie. Zofia parzyła kawę po swojemu: trochę zimnej wody, potem gorąca z czajnika, nigdy wrzątek, bo wtedy robi się gorzka. Marek o tym pamiętał i zawsze ją chwalił. Tego ranka kawę przygotowywała Renata, bo Zofia wisiała akurat na telefonie. Marek spróbował i powiedział:
O, dobre.
Podpatrzyłam u Zosi uśmiechnęła się Renata. Zawsze tak robi.
Zofia spojrzała na przyjaciółkę. Wszystko było miłe i niewinne. Sama się uśmiechnęła.
A jednak coś zostało. Gdzieś w środku, bez wyjaśnienia.
Służbowe obowiązki pochłonęły Zofię, szybko zapomniała o tym drobiazgu. Mieszkanie było uporządkowane. Renata, jak się okazało, zdążała posprzątać, poukładać. Marek zaadaptował się do tej sytuacji szybciej niż można by się spodziewać.
Dzisiaj Renata przygotowała obiad powiedział wieczorem, jak gdyby przynosił dobrą wiadomość. Zupa z fasolą. Smaczna.
Przecież ja też robię zupę z fasolą odpowiedziała Zofia.
No tak Marek przytaknął. Bardzo podobna.
Nie zapytała, która lepsza. On też nie powiedział.
Renata na ten czas przeszła na pracę zdalną coś z dokumentacją, Zofia nie zagłębiała się w szczegóły. Przez cały dzień siedziała w gościnnym pokoju przed laptopem, przygotowywała szybki obiad, a wieczorem była już uczesana i przebrana nie w dres, lecz w coś normalnego. To Zofii rzuciło się w oczy, bo ona sama pod wieczór szła już w miękkich spodniach i starym swetrze. Jakoś tak wychodziło, że Renata prezentowała się lepiej od niej, we własnym domu.
Któregoś wieczoru Marek usiadł z Renatą przed telewizorem. Zofia porządkowała w tym czasie zeszyty w sypialni. Przez ścianę słyszała spokojną, ciągłą rozmowę Marek coś opowiadał, Renata śmiała się. Ten śmiech był podobny do Zofii, tylko jakby łagodniejszy. Zofia złapała się na tej myśli i próbowała ją odegnać. Śmiech to śmiech.
Ale kilka dni później znów o tym myślała. Już nie próbowała odganiać.
Renata uczesała się inaczej. Wcześniej miała krótką, wyrazistą fryzurę, teraz zaczęła zapuszczać włosy i układać je falą do tyłu doklej dokładnie tak, jak nosiła Zofia. Zofia zauważyła to przypadkiem w lustrze, kiedy stanęły obok. Dwa odbicia, jedno bliżej, drugie dalej. Coś w tych sylwetkach zaczęło się zlewać w jedno, jak na starym i nowym zdjęciu zrobionym w tym samym miejscu.
Pasuje ci taka fryzura stwierdziła Zofia.
Naprawdę? Renata popatrzyła w lustro i poprawiła kosmyk. Pomyślałam, że spróbuję. Zobaczyłam u ciebie i…
Znowu u ciebie. Znowu to ledwo zauważalne kopiowanie. Zofia się uśmiechnęła i poszła do kuchni, choć w środku nie czuła już uśmiechu.
Zadzwoniła do córki w niedzielę.
Mamo, jak tam?
W porządku. Renata u nas mieszka, pamiętasz?
Tak. Jeszcze jest?
Tak. Czeka na dokumenty.
No dobrze. A tata?
Dobrze. Z Renatą się dogadują.
Pauza.
To dobrze czy źle? zapytała córka.
Dobrze odpowiedziała Zofia. Naprawdę dobrze.
Po zakończonej rozmowie długo siedziała przy oknie z już wystygłą herbatą. Myślała, że dogadują się to bardzo neutralne określenie, a wypowiedziała je jakoś ostrożnie, badając grunt pod nogami.
Pod koniec piątego tygodnia Renata poprosiła o przepis na placek.
Ten, co piekłaś ostatnią niedzielę, z jabłkami i cynamonem.
Nie mam spisanego przepisu, robię na oko.
To opowiedz chociaż. Spróbuję zrobić.
Zofia wyjaśniła, jak umiała. Renata zapisała notatkę w telefonie, a trzy dni później upiekła ciasto. Marek jadł i mówił dobrze, i Zofia nie była w stanie rozróżnić, czy mówi tak, bo ciasto było dobre, czy dlatego, że nie widział różnicy.
Wieczorem Zofia otworzyła szafę w przedpokoju i zobaczyła tam kurtkę. Jasnoszarą, z paskiem, niemal identyczną, jak jej własna. Renata musiała ją kupić. Zofia powiesiła swoją obok patrzyła przez dłuższą chwilę na dwie niemal bliźniaczo podobne kurtki wiszące obok siebie.
Nie zapytała. Nie dlatego, że bała się odpowiedzi. Tylko nie wiedziała, jak zapytać, by nie brzmiało to śmiesznie.
W pracy panował wtedy szczególny nastrój: technikum szykowało się do kontroli, Zofia siedziała z papierami do późna. Marek coraz częściej wieczorami zostawał w salonie razem z Renatą. Zofia zza zamkniętych drzwi słyszała ich rozmowy. Czasem wchodziła do nich, wtedy rozmowa nie ustawała, tylko zmieniała temat. Pozwalano jej uczestniczyć, ale z boku, jako tej trzeciej.
W końcu powiedziała o tym Markowi. Wieczorem, już po tym, jak Renata zamknęła się w swoim pokoju.
Marek, nie wydaje ci się, że ona… trochę mnie naśladuje?
Spojrzał z autentycznym zaskoczeniem.
Kto? Renata?
No tak. Fryzura, kurtka, przepisy, perfumy.
Wiesz… Przyjaciółki często się naśladują. Nie ma w tym nic dziwnego.
Może powiedziała Zofia. Może.
On już był przy telefonie. Temat zamknięty bez słowa.
W nocy Zofia długo rozmyślała. Marek miał rację. Przyjaciółki podpatrują, inspirują się sobą. Pewnie ona sama niejedno od Renaty kiedyś przejęła i tylko nie pamięta. To normalne. Powtarzała sobie to słowo wielokrotnie, jakby chciała, żeby w końcu je poczuła. Normalne. Ale nie czuła.
Następne dni Zofia wszystkiemu przyglądała się już uważnie. Zauważyła, że Renata rozmawiając z Markiem lekko przechyla głowę w prawo dokładnie tak samo robiła Zofia, kiedy czegoś słuchała. Mówiła dokładnie, przeciągając ostatnią sylabę, jak Zofia. Piła herbatę bez cukru, choć przecież Zofia pamiętała, że Renata zawsze słodziła dwie łyżeczki.
To już nie były przypadki. To był zamysł.
Zofia zadzwoniła do swojej znajomej, Iwony, z którą czasem rozmawiała o wszystkim i o niczym.
Iwonka, zdarzyło ci się kiedyś, że ktoś bliski zaczynał być tobą?
W sensie?
Że przejmuje wszystko wygląd, gesty, nawyki.
To nazywa się cicha zazdrość odparła Iwona bez wahania. Słyszałam o tym. Ktoś chce żyć twoim życiem, bo swojego mu brak i podbiera kawałek po kawałku.
Zofia milczała.
Ktoś taki się pojawił?
Nie wiem… Zofia zawahała się, ale już wiedziała.
Rozmowa z Renatą nie była z jej inicjatywy. Po prostu pewnego wieczoru, gdy siedziały we dwie przy herbacie, Renata powiedziała:
Zosiu, jesteś taka poukładana. Patrzę na ciebie i myślę: właśnie tak powinnam była żyć. Masz własne mieszkanie, męża, spokojną pracę. Wszystko wygląda na swoim miejscu.
Dwadzieścia lat budowałam to na miejscu odpowiedziała Zofia.
Widać. Czuć, że zbudowałaś. Marek też…
Przerwała.
Co Marek?
No… On cię bardzo ceni. Opowiadał, że u was wszystko się układa, że się rozumiecie.
Zofia odstawiła kubek.
Rozmawiasz z nim o mnie?
Czasami. Tak mimochodem. On cię chwali.
Miło… odpowiedziała Zofia, choć wcale tak się nie czuła.
Nie rozumiała, skąd przychodzi to dziwne poczucie. Mąż chwali żonę przed przyjaciółką co w tym złego? A jednak coś było nie w porządku.
Pod koniec szóstej tygodnia Renata poprosiła, czy może użyć perfum Zofii. Srebrnej magnolii.
Moje się skończyły, nie dam rady pójść do sklepu. Użyję raz, dwa?
Oczywiście zgodziła się Zofia.
Wieczorem sprawdziła flakon. Została mniej niż jedna trzecia. Pamiętała wyraźnie wcześniej był prawie pełen.
Zamknęła perfumy w szafce w łazience na małą kłódkę, którą dawno już nie używała. Przez chwilę patrzyła w lustro i pomyślała: chowam perfumy przed przyjaciółką. Co to o mnie świadczy?
Ale szafki nie otworzyła.
Tego wieczoru Marek przyszedł w świetnym nastroju, co ostatnio zdarzało się głównie, gdy w domu była Renata. Przyniósł tort z cukierni. Bez okazji.
Zasłużyliśmy na coś dobrego powiedział.
Renata ucieszyła się dokładnie tak, jak Zofia cieszyła się, gdy Marek przywoził ciasto. Nie przesadnie właściwie. Zofia patrzyła na tę scenę z progu kuchni i myślała o tym, że Renata wszystko robi właściwie: chwali kawę, śmieje się, przechyla głowę, okazuje zdziwienie. Robi to, co Zofia, tylko uważniej i chętniej, bez zmęczenia. Bez dwudziestu trzech lat wspólnej codzienności.
I Marek to zauważał. Może bezwiednie, ale widział.
Zofia usiadła przy stole i jadła tort, i niby wszystko było normalne. Rozmawiali o czymś nieważnym. W środku jednak czuła, że coś jest inaczej. Tak, jakby w domu wszystko stało na swoim miejscu, ale jednak nie tam, gdzie zawsze.
Wyjazd służbowy pojawił się nagle. Technikum musiało wysłać kogoś na szkolenie do Bydgoszczy. Cztery dni. Dyrektor zapytał Zofię w piątek, a ona zgodziła się w poniedziałek. Przez moment przebiegła jej przez głowę myśl: zostawić Marka z Renatą na cztery dni. Szybko się jednak opamiętała: dorośli ludzie, nic się nie wydarzy. Przesadza. Musi odpocząć.
Przed wyjazdem rozmawiała z Markiem w kuchni.
Wrócę w piątek wieczorem. Renata pomoże ci przy kolacji, zna się na tym.
Damy sobie radę. Nie martw się.
Nie martwię się odpowiedziała, uważnie na niego patrząc. Był spokojny. Zwykły. Przez dwadzieścia trzy lata znała jego twarz na pamięć. Teraz ta twarz była taka, jak zwykle. Ale jakby trochę lżejsza.
Wyjechała w środę rano. W pociągu czytała materiały, piła kawę w papierowym kubku, patrzyła przez okno na płaski krajobraz. Szkolenie okazało się nudniejsze niż sądziła, ale potrzebne. Wieczorami dzwoniła do Marka.
Jak tam u was?
Dobrze. Zjedliśmy kolację. Wszystko w porządku.
Renata w domu?
Tak, u siebie.
No to spokojnej nocy.
Dobranoc.
Nic podejrzanego. Położyła się spać, przewracając się długo z boku na bok. Myślała o kursie. O córce. O tym, że musi kupić nowy kubek, bo stary popękał. O Renacie. O dwóch szarych kurtkach i o perfumach pod kluczem.
W czwartek po południu zadzwoniła dyrektorka.
Zosiu, mała zmiana planów. Jutro powtarzają tylko materiał, który już znasz. Możesz wracać dzisiaj wieczorem. Dogadamy się z organizatorami.
Do domu wróciła przed dziesiątą. Pociąg przyjechał wcześniej, taksówka zawiozła ją prosto pod blok.
Otworzyła drzwi własnym kluczem, nie zadzwoniła, bo była pewna, że Marek śpi.
Ale nie spał.
W salonie paliły się dwie świece na stoliku. Na stole talerze, kieliszki, przystawki w miseczkach. Pachniało jedzeniem i perfumami. Srebrną magnolią. Flakon zamknięty, więc Renata musiała kupić własny.
Marek siedział na kanapie. Obok niego Renata, w granatowej sukience, jakiej Zofia wcześniej na niej nie widziała, ale krój i kolor były dokładnie takie, jakie lubiła Zofia. Włosy ułożone w falę. Ręce na kolanach. Rozmawiali. Gdy weszła, spojrzeli w jej stronę.
Pauza trwała trzy sekundy.
Wróciłaś wcześniej powiedział Marek.
Widzę odpowiedziała.
Odłożyła torbę, odwiesiła płaszcz. Wszystko robiła powoli i spokojnie, skupiając się na ruchach, bo tylko wtedy ręce jej się nie trzęsły.
To tylko kolacja wyjaśniła Renata Zjedliśmy i…
Widzę, że kolacja stwierdziła Zofia. Przy świecach.
Chwila ciszy.
Romantycznie dodała i sama zdziwiła się spokojem swego głosu.
Marek wstał.
Nie rób z tego…
Marku przerwała mu bardzo cicho. Nie tłumacz mi, czego mam nie robić.
Zamilkł. Renata patrzyła w blat stołu.
Zofia poszła do kuchni. Nalała sobie wody. Wypiła. Dzięki temu uspokoiła drżenie rąk. Spojrzała na parapet, na którym stała doniczka z pelargonią, zawsze podlewała ją w środę. A w środę jej nie było a jednak ziemia była wilgotna.
Renata podlała pomyślała.
Wróciła do salonu.
Renata, znajdziesz jutro nocleg?
Renata podniosła głowę.
Zosiu, wiem, że to wygląda…
Jutro się wyniesiesz? powtórzyła Zofia bez podnoszenia głosu, po prostu drugi raz.
Tak potwierdziła Renata. Zrobię to.
Dobrze.
Zofia wzięła torbę i poszła do sypialni. Zamknęła drzwi. Nie na klucz, po prostu przymknęła. Położyła się w ubraniu na kołdrze i wpatrywała w sufit. Za ścianą szczękało nakrycie, potem nastała cisza. Po chwili skrzypnęły drzwi w pokoju gościnnym.
Marek nie przyszedł w nocy do sypialni. Słyszała, jak układa się na kanapie. To było aż nadto wymowne.
Rano wstała pierwsza. Zaparzyła kawę i wypiła, stojąc przy oknie. Miasto budziło się powoli. Piątek. Za oknem przeszła kobieta z psem. Gołębie siadały na parapecie u sąsiadów. Zwyczajny poranek.
Marek wyszedł koło ósmej. Przystanął w drzwiach kuchni.
Musimy porozmawiać powiedział.
Tak zgodziła się Zofia.
Zosiu, między mną a Renatą nic nie było.
Być może.
Nie być może. Nic nie było.
Marku powiedziała, patrząc przez okno. Nie o to pytam. Ja mówię o tym, co zobaczyłam wczoraj wieczorem i przez ostatnie półtora miesiąca.
Co zobaczyłaś?
Odwróciła się do niego.
Zobaczyłam w swoim domu osobę, która stopniowo stawała się mną. Moja fryzura, perfumy, przepisy, kurtka, gesty. I mojego męża, któremu to się podobało. Bo miał mnie, bez zmęczenia. Bez dwudziestu trzech lat wspólnego życia.
Zamilkł.
To nie pytanie dodała. To tylko to, co widziałam.
Wyolbrzymiasz powiedział w końcu.
Może. Ale idę do pracy. Gdy wrócę, nie chcę, by w pokoju była jeszcze jej rzecz.
Zosiu…
Jeszcze jedno dodała w przedpokoju, zakładając płaszcz. Naiwna ufność. To o mnie. Za bardzo ufałam. Wam obojgu.
Wyszła. Drzwi zamknęły się cicho, bez trzaśnięcia.
W pracy poprowadziła dwie lekcje. Sprawdziła listę obecności. Wypiła herbatę z Iwoną na przerwie. Iwona nic nie pytała, ale spojrzała z takim zrozumieniem, że pytania były zbędne.
Do domu wróciła przed szesnastą. Pokój gościnny był pusty, wszystko idealnie ułożone. Żadnych śladów. Renata odeszła dyskretnie, jakby jej nigdy nie było. W łazience, na półeczce, znalazła tylko czyjąś białą plastikową szczotkę do włosów. Złapała ją dwoma palcami i wyrzuciła do kosza.
Marek był w domu, w salonie, śledził coś w telefonie. Gdy weszła, spojrzał i powiedział:
Odeszła.
Widzę.
I co teraz?
Zdjęła płaszcz, zawiesiła. Przeszła do kuchni, zaczęła coś robić przy kuchence, chociaż nie wiedziała, co właściwie ugotuje. Po prostu musiała się ruszać.
Zosiu, pojawił się w drzwiach. Jesteśmy razem dwadzieścia trzy lata. Tak po prostu…?
Da się. Daj mi czas.
Ile czasu?
Nie wiem. Kilka dni. Muszę pomyśleć.
Te kilka dni przeciągnęło się do tygodnia. Żyli w jednym mieszkaniu, jak czasem żyją ludzie obcy pod wspólnym dachem. Uprzejmie. Bez kłótni. Jadali osobno. Spali w innych pokojach. Marek parę razy próbował rozmawiać, Zofia odpowiadała lakonicznie. Nie była obrażona. Po prostu nie była jeszcze gotowa wypowiedzieć na głos tego, co czuła. Wszystkie słowa miała ułożone w środku i bała się, że jak je wypuści, już nie będą jej podlegać.
Wtedy dużo rozmyślała. O tym, jak się wszystko zaczęło. O tym, że pozwoliła Renacie wejść w swoje życie bez myślenia, bo tak się po prostu robi. Bo przyjaciółce trzeba ufać. Bo normalne. O tym, kiedy po raz pierwszy poczuła coś niepokojącego i dlaczego nie pozwoliła sobie tego nazwać. Ta cicha zazdrość, o której mówiła Iwona. To kopiowanie codzienności. Kawałek po kawałku. Zapach perfum. Przepis na placek.
Najbardziej bolało coś innego. Nie Renata. Marek.
Mógł nie zauważyć. Mógł zauważyć i jej o tym powiedzieć. Mógł zignorować lepszą kopię. Ale on reagował. Przynosił tort. Siedział przy niej, śmiał się. Robił kolację przy świecach, gdy żony nie było w domu może nieświadomie. Może bezrefleksyjnie.
W drugiej połowie tygodnia Zofia zadzwoniła do córki.
Mamo, co się dzieje?
Co?
Masz inny głos.
Rozchodzimy się z tatą po raz pierwszy wypowiedziała to na głos.
Długa pauza.
Przez Renatę?
Nie tylko. Renata raczej pokazała, co już było.
Co było?
Nie wiem, jak to wyjaśnić. Przywykliśmy do siebie. On do mnie, ja do niego. Tak, że dawno siebie nie widzieliśmy naprawdę. Ona przyszła i została mną, tylko świeższą, bardziej uważną. I jemu się to spodobało.
Mamo
Nie płaczę. Tylko tłumaczę.
Będziesz sama?
Przez pewien czas tak. To jest w porządku.
Powiedziała to, i tym razem słowo w porządku wreszcie się w niej ułożyło. Bo teraz wybierała je sama.
Rozmowa z Markiem odbyła się w niedzielę wieczorem.
Myślę, że powinniśmy się rozstać powiedziała po prostu.
Długo milczał.
To już postanowione?
Nie wiem. Ale potrzebuję przestrzeni. Muszę zobaczyć, jaka jestem bez ciebie, bez tego domu, wszystkiego.
To przez te świece? To była tylko kolacja.
Marku powiedziała łagodnie to nie przez świece. To było ostatnie, a przed tym było dużo innych rzeczy, i widziałam to, i powtarzałam sobie w porządku, choć nie było w porządku.
Nie wiem, co zrobiłem źle.
Nic konkretnego. Po prostu przestałeś mnie widzieć. Gdybyś widział mnie naprawdę, zauważyłbyś, że inny człowiek staje się twoją żoną. Gdybyś widział mnie.
Nie odpowiedział. Bo nie było na to odpowiedzi.
Mieszkanie pewnie sprzedamy albo wykupię twoją część. Ale nie teraz. Załatwimy to.
Gdzie się przeprowadzisz?
Wynajmę coś. Tu albo gdzie indziej. Zobaczę.
Zaczynasz od nowa w wieku pięćdziesięciu dwóch lat w jego głosie zabrzmiało coś pośredniego między współczuciem a żalem.
Tak przytaknęła. W wieku pięćdziesięciu dwóch. Niektórzy zaczynają później.
Wstała, by iść do kuchni. Po drodze weszła do łazienki. Otworzyła szafkę, wyjęła zamknięty flakon Srebrnej magnolii. Popatrzyła na niego chwilę, po czym wyniosła do śmietnika. Nie rzuciła. Położyła delikatnie, jak coś, co już nie jest potrzebne.
Nastawiła czajnik na herbatę.
Następne dni spędzała metodycznie. Zadzwoniła do agencji nieruchomości. Zapisała się do prawnika w sprawie podziału majątku. Poszła do Iwony, streściła jej sytuację. Iwona słuchała, czasem mówiła tylko rozumiem i to wystarczało.
Siedziały razem w kuchni.
Złościsz się na nią? spytała Iwona.
Na Renatę? Zofia myślała chwilę. Nie. Prawie nie. Jestem zła na siebie, że nie widziałam tego, co było oczywiste. Że nazywałam rzeczy normalnymi, gdy nie były.
Nie twoja wina, że ufałaś.
Naiwność. Może za duża?
Nie naiwną. Otwartą. To nie to samo.
Może faktycznie. Łagodniejsza już była złość na Marka.
A na Marka?
Trochę tak. Ale inaczej. Cicho. To przejdzie.
Co zrobisz?
Wynajmę mieszkanie. Zmienię fryzurę. Kupię inne perfumy. Zawahała się. Pewnie nie Srebrną magnolię.
Rozsądnie przyznała Iwona.
I zacznę odkrywać, co mi się naprawdę podoba. Co jest moje, nie nawykłe.
To potrwa.
Mam czas.
Iwona dolała jeszcze herbaty. Za oknem padał jesienny, jeszcze ciepły deszcz. Zofia patrzyła w szare niebo i myślała, że kilka tygodni temu jej życie miało bardzo określony kształt: mieszkanie, Marek, praca, ulubiona trasa do sklepu, przepis na placek i flakon ukochanych perfum po lewej stronie w łazience. Wszystko było na miejscu. Okazało się, że to miejsce nie było takie pewne.
Ale nie czuła ani pustki, ani rozpadania się świata. Czuła coś innego dziwne, trochę niezręczne wrażenie, jak po ściągnięciu za ciasnego płaszcza, którego niewygody przez lata się nie zauważało.
Wiesz, Iwona powiedziała powoli pierwszy raz od lat nie wiem, co dalej. I mogę z tym żyć.
Możesz uśmiechnęła się Iwona. Dobrze, że możesz.
Minął jeszcze tydzień. Zofia znalazła kawalerkę w innej części Torunia. Jasną, z oknem na park. Drogo, ale do udźwignięcia. Umówiła oglądanie, pojechała, pochodziła po pustych pokojach, skrzypiący parkiet pod stopami. Pomyślała da się tu żyć.
Biorę powiedziała właścicielce.
Na długo?
Nie wiem. Zacznijmy od roku.
W domu, tym ciągle jeszcze wspólnym, zaczęła powoli segregować rzeczy. Bez pośpiechu, bez demonstracji. Oddzielała swoje od nieswojego. Książki, talerze, ubrania. Część rzeczy oddała. Szarą kurtkę z paskiem też. Kupiła sobie inną granatową, innego fasonu. Przymierzyła przed lustrem. Żadnych skojarzeń z garderobą Renaty. Dobrze.
Z Renatą nie kontaktowała się. Raz napisała: Zosiu, wiem, że cię zraniłam. Przepraszam. Zofia przeczytała, odłożyła telefon i nie odpisała. Nie dlatego, że nie przebaczyła. Po prostu nie chciała, jeszcze nie wiedziała, czy będzie chciała.
Marek mieszkał w ich dawnej wspólnej części. Rozmawiali tylko, gdy musieli. Było w tym coś gorzkiego i coś uwalniającego. Czuła, że Marek sam nie wie, jak odzyskać to, co stracił. Może dlatego, że nie wiedział, co właściwie stracił.
W piątek, tuż przed przeprowadzką, poszła do perfumerii. Długo patrzyła na półki, wąchała próbki. Młoda ekspedientka cierpliwie podsuwała jej różne zapachy. W końcu wybrała flakon Srebrny cedr. Zapach zupełnie inny, leciutko drzewny, z czymś ciepłym w środku. Nie ten, do którego się przyzwyczaiła. Właśnie dlatego go wzięła.
Dobry wybór oceniła sprzedawczyni.
Zobaczymy odpowiedziała Zofia.
Przeprowadzka zajęła pół dnia. Pomogła Iwona, pomógł też Marek. Wszystko przenieśli bez słowa goryczy. Rzeczy w nowym mieszkaniu ustawiła, jak chciała po swojemu.
Wieczorem, kiedy już została sama, otworzyła nowy flakon Srebrnego cedru, psiknęła odrobinę na nadgarstek. Zapach był obcy, ale nie nieprzyjemny. Po prostu nowy. Podniosła rękę, powąchała. Pomyślała: nauczę się go lub po prostu przyjmę za swój.
Za oknem park był już prawie nagi, listopad dobierał się do ostatnich liści. Lampy świeciły jasno, jak zawsze o tej porze roku. Zofia nastawiła czajnik, znalazła kubek bez pęknięcia, stanęła przy oknie.
Telefon leżał na parapecie. Zadzwoniła córka.
No i jak mamusiu? Już się urządziłaś?
Urządzam się.
Trochę się boisz?
Zofia popatrzyła w noc na lampy.
Wiesz co? powiedziała cicho. Nie boję się.



