**ODWET**
– Kasia, kim jest ta kobieta? – szepnął Marek, by nie usłyszeli współpasażerowie.
– Jaka kobieta? – oderwała się od telefonu, gdzie pisała do przyjaciółki.
– Tamta… Przy ostatnim oknie. Wciąż na nas patrzy. Można powiedzieć, że bezczelnie się gapi.
Kasia uniosła się lekko, by spojrzeć w wskazanym kierunku, i nagle zbladła. Próbowała to ukryć, wzruszając ramionami z udawanym spokojem:
– Nie znam jej.
– Nie kłam – warknął Marek. – Widziałem, jak cię przemiótł, gdy ją zobaczyłaś. Kim ona jest?
– To moja matka – odparła po chwili, decydując się na szczerość. Dla świętego spokoju.
– Matka? – zdziwił się. – Mówiłaś, że nie masz matki.
– Bo nie mam…
– Nie rozumiem – wpatrywał się w jej twarz. – Wytłumaczysz mi?
– Porozmawiamy w domu…
– Nawet do niej nie podejdziesz? Mieszka tu? W naszym mieście?
– Marek, błagam, pogadamy później – w jej głosie zadrżała prośba, a w oczach zaszkliły się łzy.
– Dobrze – burknął, odwracając się do okna. Urażony.
Kasia nie próbowała go pocieszać. Cieszyła się, że choć na chwilę zostawił ją w spokoju.
Choć jaki tu spokój? W głowie kołatały obrazy z dzieciństwa…
***
Ojca nie pamiętała. Wiedziała tylko od matki, że był „strasznym” człowiekiem.
Mówiła też, że Kasia ma szczęście – w jej życiu jest „wspaniały” ojczym.
Tego Kasia zapamiętała od ósmego roku życia. Nie rozumiała jednak, co w nim takiego wyjątkowego.
Gburowaty, złośliwy, skąpy. „Za co mama go tak kocha?” – myślała, chowając się po kątach, by Wujek Jan jej nie znalazł.
Nie bił jej, nie obrażał wprost.
Ale traktował jak powietrze. Nigdy nie nazwał po imieniu.
Gdy rozmawiał z żoną o Kasi, brzmiało to mniej więcej tak:
– Ta dziewczyna nie umie się zachować…
– Twoja córka przeszkadza mi odpocząć…
– Wytłumacz jej, że spacery z chłopakami to jeszcze za wcześnie.
– Widziałaś jej dziennik? Wstyd, że mieszka pod moim dachem!
„Pod JEGO dachem? A niech się zagotuje – to NASZE mieszkanie po babci!” – myślała nastoletnia Kasia. Pewnego dnia, gdy ojczym po raz tysięczny rzucił tę frazę, nie wytrzymała:
– To WY tu żyjecie na naszym garnuszku! Jeśli nie pasuje, wynoś się! Nikt płakać nie będzie!
Wujek Jan poderwał się, jakby chciał ją uderzyć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Zwrócił się do żony:
– Spraw, żebym jej więcej nie widział!
Mama chwyciła Kasię za ramię i wyciągnęła z pokoju:
– Już się uspokoi, kochanie…
Zawsze patrzyła na niego jak na wyrocznię. Słuchała ślepo, obsługiwała, mówiła słodkim tonem. Dlaczego? Kasia nie pojmowała.
Była pewna jednego: gdyby ojczym kazał, matka wyrzuciłaby ją bez wahania.
– Co ty sobie wyobrażasz? – syczała mama tamtego dnia. – Jak śmiesz tak odzywać się do ojca!
– To nie mój ojciec! – krzyknęła Kasia. – I nigdy nie będzie!
– To nieważne! On cię utrzymuje, a ty… niewdzięcznica!
– Nie prosiłam, żebyś mnie rodziła! – łkała. – Mogłaś oddać mnie do domu dziecka!
– Nikt by cię nie chciał! – rzuciła matka. – Twój tatuś uciekł, jak tylko się urodziłaś! Zniszczyłaś mi życie!
Kasia, sparaliżowana nienawiścią, odepchnęła ją i wybiegła z mieszkania.
Nikt nie szukał jej przez tydzień. Miała wtedy piętnaście lat…
Co mogła zrobić? Nic. Przyjaciółki udzieliły jej schronienia, ale problem wrócił. Drżącymi rękami otworzyła drzwi…
– Wróciłaś? – rzuciła matka. – Idź do siebie i nie wychodź, aż zawołam.
„Chyba go przekonała” – pomyślała, przemykając do pokoju.
Od tamtej pory ojczym udawał, że jej nie ma. Mama podtrzymywała iluzję: nie zapraszała do stołu, nie pytała o sprawy.
Kasia wiedziała: czekają, aż skończy szkołę…
Nie pomyliła się. Gdy dostała świadectwo, mama oznajmiła:
– Gdy skończysz osiemnaście lat, wyprowadzisz się.
Kasia postanowiła zdawać na uniwersytet. Dla dormitorium. Nie dostała się na dzienne.
– Zostałam studentką – powiedziała matce.
– I?
– Trzeba płacić czesne…
– Ani grosza! – warknęła. – Dość już wydaliśmy! Szukaj mieszkania!
Wynajęła „kawalerkę” w starej przybudówce. Bez łazienki, z piecem. Tanio.
Gdy wychodziła, mama wręczyła jej widelec, łyżkę, talerz, kubek, nóż i garnek. Dorzuciła ręcznik i prześcieradło.
– Masz jeszcze to – podała woreczek. – Powodzenia, córko. Może kiedyś zrozumiesz.
– Dziękuję – odparła Kasia. – Zimowe rzeczy odbiorę później?
– Nie zwlekaj, bo mogą zniknąć…
Tak, z błogosławieństwem matki, zaczęła samodzielne życie.
Pierwszą pensję wydała na kaszę, makaron i ziemniaki. Odkładała resztę w kopercie – na lepsze mieszkanie.
Po miesiącu odwiedziła matkę po kurtkę. Drzwi otworzył obcy chłopak.
– Olek, syn męża – wyjaśniła mama. – Zostaje u nas.
– A ja musiałam się wynieść? – spytała Kasia.
– To inna sprawa! – wrzasnęła. – Mój dom, moje zasady!
– Więc nie mam matki – stwierdziła Kasia.
I odeszła. Na cztery lata.
***
Gdy Kasia tonęła we wspomnieniach, kobieta podeszła do niej. Marek ustąpił miejsca.
– Cześć – usłyszała znajomy głos.
– Witaj – odparła cicho.
– To kto? – skinęła głową w stronę Marka.
– Mąż.
– Gratuluję.
– Dzięki.
– U nas też dobrze – ciągnęła. – Olek zaręczył się. Zostanie dziadkiem! Remontujemy twój pokój na nursery. Szukamy domku nad jeziorem…
Kasia słuchała, nie rozumiejąc, po co ta obca kobieta jej to mówi.
– Macie dzieci?
– Syn ma rok.
– Więc mam wnuka?
– PANI? – Kasia spojrzała jej w oczy. – Moja mama umarła cztery lata temu…
Kobieta zbladła. Wstała i wyszła.
Kasia odwróciła się do okna. Nie czuła żalu.
Marek obserwował je w milczeniu. Nagle pojął: to obce sobie osoby.
I postanowił nie pytać o przeszłość. Bał się zajrzeć w tę przepaść…



