Wiosenne konfitury z mniszka
Zima w tym roku była łagodna, chociaż śnieżna. Nie była uciążliwie mroźna, jednak i tak zaczęła wszystkim doskwierać. Marzyłam o świeżej zieleni, kolorach, chciałam wreszcie zrzucić ciepłe płaszcze i poczuć słońce na skórze.
Do naszego niewielkiego miasta przybyła wiosna. Zawsze ją kochałam, wyczekiwałam, aż natura się obudzi udało się. Patrząc przez okno z trzeciego piętra, pomyślałam:
Wraz z ciepłymi dniami miasto jakby wstało z zimowego snu. Samochody brzęczą już inaczej, rynek się ożywił. Ludzie w jaskrawych kurtkach idą szybkim krokiem w różne strony. Rankiem ptaki śpiewają głośniej niż budzik. Ach, cudnie jest wiosną, a lato będzie jeszcze lepsze…
Od lat mieszkam w tym bloku, teraz jestem z wnuczką Weroniką. Weronka chodzi do czwartej klasy. Jej rodzice rok temu podpisali kontrakt medyczny w Etiopii i zostawili ją u mnie.
Mamusiu, powierzamy Ci naszą Weronkę. Nie ciągnijmy jej tak daleko, wiemy, że zaopiekujesz się ukochaną wnuczką mówiła moja córka Magda z uśmiechem.
A jakże! Sama byłabym tu smutna. Nie ma sprawy, wyjedźcie, a ja z Weroniką sobie poradzę przynajmniej będzie weselej odpowiedziałam.
Hurra, babciu, razem będziemy chodzić do parku, bo rodzice zawsze zajęci, nie mają dla mnie czasu! cieszyła się Weronka.
Jak co rano, nakarmiłam ją i wysłałam do szkoły, a potem zabrałam się za porządki domowe. Dzień szybko minął.
Skoczę do sklepu, nim Weronka wróci ze szkoły. Obiecałam jej jakiś przysmak za dobre oceny pomyślałam, szykując się do wyjścia.
Zeszłam do wejścia, a na ławce przed blokiem już siedziały dwie sąsiadki. Podłożyły sobie poduszki, bo ławka wciąż zimna po zimie. Pani Maria kobieta w nieokreślonym wieku, samotna, zamknięta w sobie, mieszka w kawalerce na parterze. Pani Zofia kulturalna, siedemdziesięciopięcioletnia, radosna, bardzo oczytana, lubi zabawne historie, całkowite przeciwieństwo pani Marii, która na wszystko narzeka.
Gdy tylko schodzi śnieg i słońce zaczyna przygrzewać, ta ławka jest zawsze zajęta. Pani Maria z Zofią siedzą od rana do wieczora wracają na obiad, a potem znowu na plotki. Wszystko wiedzą, żaden sekret przed nimi nie umknie.
Czasem przysiadam z nimi, rozmawiamy o wydarzeniach z gazet, książkach, serialach pani Maria niezmiennie wspomina swoje ciśnienie…
Dzień dobry, sąsiadki! przywitałam się pogodnie. Już na stanowisku?
Cześć, Tereniu! Jak nie wygrzewać się na słońcu? Idziesz do sklepu? zgadła Maria, patrząc na moją torbę.
Tak, pójdę, zanim moja Weronka wróci. Obiecałam jej jakąś słodkość za piątki. nie zatrzymując się, poszłam dalej.
Dzień minął jak zwykle. Odebrałam Weronikę ze szkoły, zjadła obiad, zabrała się za lekcje, ja zajęłam się swoimi sprawami. Potem trochę telewizji.
Babciu, idę na taniec! zawołała Weronka.
Stała już z plecakiem i telefonem w ręku. Tańce uwielbia od sześciu lat, występuje na różnych uroczystościach jestem z niej bardzo dumna.
Zmykaj, kochanie! uśmiechnęłam się i odprowadziłam do drzwi.
Wieczorem usiadłam na ławce przy bloku i czekałam na powrót Weroniki.
Tęsknisz? dołączył do mnie pan Edward z drugiego piętra.
W taką wiosenną pogodę nie da się tęsknić! Słońce cudnie grzeje, ptaki śpiewają, wszystko się zieleni, żółte od mniszka lekarskiego. Jak małe słoneczka odpowiedziałam, uśmiechając się.
Wtedy z tyłu podbiegła Weronka, rzuciła się mi na szyję i zawołała:
Hau, hau!
Zwariowana z Ciebie dziewczyna, prawie mnie wystraszyłaś! roześmiałam się.
Oj tam, babciu, nie rozmawiaj tak! zaśmiał się pan Edward, klepiąc mnie po ramieniu.
Chodź, kochanie! Starta marchewka z cukrem czeka, pewnie się zmęczyłaś na tańcu, a Twoje ulubione kotlety już się smażą zaprosiłam Weronikę do domu.
Pan Edward też wstał z ławki.
A dokąd się tak śpieszysz? zdziwiłam się.
Zrobiłaś mi smaka na kotlety! Muszę też coś przegryźć. Może wieczorem jeszcze tu wyjdziesz, posiedzimy albo przejdziemy się. powiedział sąsiad.
Nie obiecuję, mam dużo spraw, ale zobaczę…
Wieczorem jednak wyszłam na ławkę. Pożegnałam sąsiada na wszelki wypadek, uśmiechając się do siebie. W drzwiach spotkałam Weronikę.
Babciu, pan Edward do Ciebie się zaleca! rzuciła z śmiechem.
Oj, co Ty, Werka… machnęłam ręką.
Naprawdę! Zobacz, jak na Ciebie patrzy! Gdyby Marcin z mojej klasy tak na mnie patrzył, wszystkie dziewczyny w szkole by mi zazdrościły.
No już do stołu, wszystko dostrzegasz! Zobaczymy jeszcze z tym Marcinem uśmiechnęłam się.
Wieczorem znów spotkałam się na ławce z Edwardem. Dziwnie, że nie było już stałych sąsiadek.
Maria z Zofią właśnie poszły na kolację rzucił radośnie pan Edward.
Tak zaczęły się nasze codzienne spotkania spacerowaliśmy razem po parku vis-à-vis. Czytaliśmy gazety, dyskutowaliśmy o kulinariach, artykułach i dawnych historiach.
Los nie rozpieszczał pana Edwarda. Miał kiedyś żonę, córkę i wnuka. Został wdowcem młodo, córkę Annę wychowywał sam, pracował na dwóch etatach, by jej nic nie brakowało. Czasu miał mało wychodził do pracy, ona jeszcze spała, wracał już znów spała.
Anna dorosła, wyszła za mąż, wyjechała do Poznania, urodziła syna. Potem bywała z wizytami, które nic specjalnego nie wnosiły. Po piętnastu latach rozstała się z mężem syna wychowywała sama.
Terka, zadzwoniła do mnie dzisiaj Anna. Za dwa dni przyjeżdża. Tyle lat nie rozmawialiśmy… Po co? rzucił Edward, od dawna byliśmy na ty, zwierzamy się sobie.
Może zatęskniła? W tym wieku ludzie chcą być bliżej rodziny zasugerowałam.
Nie wierzę
Anna przyjechała. Nadal szorstka, zamknięta w sobie, nie okazywała czułości. Edward spodziewał się poważnej rozmowy i się nie mylił.
Tato, przyszłam w ważnej sprawie. Sprzedajmy Twoje mieszkanie, zamieszkasz u nas, z wnukiem będzie Ci lepiej rzuciła stanowczo, jakby wszystko już było decyzją.
Edward nie czuł się dobrze. Nie chciał opuszczać swojego domu, miasta, i poddać się opiece chłodnej córki. Odmówił, tłumacząc, że przywykł do samotności.
Anna jednak nie odpuszczała. Dowiedziała się, że jej ojciec coraz częściej przesiaduje ze mną, przyszła z wizytą. Przywitała się grzecznie, usiadła przy kuchennym stole. Zaparzyłam herbatę, postawiłam cukierki i konfitury.
Słucham, Aniu? zagadnęłam miękko.
Wiem, że jesteście z ojcem bardzo blisko. Mogłabyś go namówić na jedną rzecz…
Na jaką?
Niech sprzeda mieszkanie! Po co mu tyle metrów samemu? Trzeba myśleć o innych! zakończyła ostro.
Byłam zaskoczona taką kalkulacją Anny i odmówiłam. Anna jakby się odmieniła, zaczerwieniła, zaczęła krzyczeć przenikliwie:
No tak! Pewnie sama chcesz tę kawalerkę dla wnuczki! Znaleźliście samotnego staruszka, szykujecie posag dla Weroniki! Słodko sobie gawędzicie na ławce, spacerki wieczorami, dyskusje o mniszku. Dwoje wiekowych mniszków! O, może już zgłosiliście się do urzędu stanu cywilnego? Ostrzegam, nic Wam się nie uda! Nic Ci się nie uda, stara babo! wrzasnęła i trzaskając drzwiami, wyszła.
Zrobiło mi się bardzo nieswojo. Bałam się, że sąsiedzi słyszeli jej wrzaski. Anna wkrótce wyjechała. Zaczęłam unikać Edwarda, przyspieszałam, gdy widziałam go w pobliżu.
I piłam herbatę z konfiturą z mniszka…
Ale choćbym uciekała, los sam wszystko poukłada. Wróciłam kiedyś ze sklepu, a pod blokiem siedział Edward czekał na mnie z naręczem żółtych mniszków, splatał z nich wianek.
Terenia, przysiądź się, proszę. Przepraszam za moją córkę. Wiem, co potrafi powiedzieć… Rozmawiałem z nią, pomagam wnukowi i będę pomagał, ale ona… Tak nie wolno… Wyjechała, powiedziała, że nie ma już ojca… zamilkł, po chwili podał mi niedokończony wianek z mniszków.
Weź, a ja zrobiłem konfiturę z mniszka, bardzo zdrowa i pyszna. Musisz koniecznie spróbować. A do sałatki też warto dodać uśmiechnął się.
Po rozmowie o zdrowotnych mniszkach zrobiliśmy razem sałatkę, a na wieczór do herbaty dodałam konfiturę zasmakowała mi. Potem poszliśmy do parku.
Mam świeży numer naszego ulubionego tygodnika. Poczytamy na ławce pod lipą rzucił Edward, wskazując ławkę głową.
Przysiadłam rozmowa się rozwinęła, zapomnieliśmy o wszystkich troskach. Dobrze nam razem.
Dziękuję, że czytacie, wspieracie i dodajecie otuchy. Powodzenia Wam w życiu!



