Jeszcze jedna szansa na szczęście
Krystyna obudziła się w niezwykłym nastroju. Tego dnia kończyła osiemnaście lat. Czuła, że ten dzień będzie wyjątkowy. W sercu już śpiewało z radości, a najbardziej marzyła o pierścionku — delikatnym, z malutkim diamentem.
— Wszystkiego najlepszego, córeczko! — do pokoju weszli rodzice. Mama trzymała w dłoni małe pudełeczko, a tata promieniał dumą.
Krystyna zerwała się z łóżka, otworzyła pudełko i, wstrzymując oddech, wsunęła pierścionek na palec.
— Jest cudowny… Dziękuję wam! Ale pewnie kosztował fortunę…
— Jesteś naszym skarbem, Krysiu. Na taki dzień nie żałujemy niczego — uśmiechnął się ojciec.
— I to jeszcze nie wszystko — mrugnęła mama. — Z ojcem postanowiliśmy: skoro mamy urlop, a ty wakacje, jedziemy nad morze. Wszystko już spakowane, walizki w samochodzie!
Krystyna nie wierzyła własnemu szczęściu. Morze! Słońce! Stroje kąpielowe! Przyjaciółki będą zazdrościć — zwłaszcza Ewa, która ciągle przechwalała się swoimi wyjazdami.
Deszcz za oknem ucichł, gdy rodzina wyjechała za miasto. Na szosie panował ruch. Krystyna patrzyła przez okno, marząc, jak wróci opalona i szczęśliwa…
A potem — ciemność.
Ocknęła się w białej sali. Całe ciało bolało, każdy ruch wywoływał piekielny ból. Nad nią nachyliła się kobieta w kitlu, poprawiając poduszkę.
— Spokojnie, kochanie… Nie wstawaj. Zaraz zawołam lekarza.
Krystyna z trudem poruszyła się. I wtedy ogarnął ją przerażający strach.
— Gdzie mama? Tato?! Chcę ich zobaczyć!
Starszy lekarz w okularach usiadł przy jej łóżku. Był spokojny i poważny.
— Krystyna… Miał miejsce wypadek. Wasz samochód zderzył się z ciężarówką. Rodzice… nie przeżyli. Zostałaś sama.
Świat runął. Ciało przeszyła nie ból — pustka. Krystyna nie wierzyła. Nie, jej tata nigdy by… Zawsze jeździł ostrożnie…
Lecz słowa lekarza okazały się prawdą.
Mijały dni. Krystyna leżała pod kroplówkami, zasypiając z imionami rodziców na ustach. Pewnego dnia lekarz usiadł przy jej łóżku i cicho powiedział:
— Krystyna… przeszłaś dwie bardzo skomplikowane operacje. Uratowaliśmy cię. Ale… nigdy nie będziesz mogła mieć dzieci. Wybacz…
To był drugi cios. Głęboki, jak nóż w serce.
Po wyjściu ze szpitala okazało się, że została tylko babcia ze strony ojca, ale ta mieszkała w odległej wsi na Podlasiu, chora i samotna. Z bliskich została tylko przyjaciółka Ewa, choć ta przychodziła chyba raczej z poczucia obowiązku. Raz czy dwa towarzyszył jej chłopak o imieniu Krzysztof, z którym Krystyna spacerowała po parku. Ale wkrótce zniknął.
Aż pewnego dnia Ewa przyszła nie sama — z Wojtkiem. Od razu zwrócił uwagę na Krystynę. Jej milczenie, poważne spojrzenie. Gdy usłyszał o tragedii, postanowił zostać dla niej oparciem.
Zaczęli spotykać się coraz częściej. Czasem bez Ewy. Spacerowali we dwoje. Krystyna odżywała. W końcu znów się śmiała. Bała się jednak urazić przyjaciółkę. Postanowiła z nią porozmawiać.
— Ewo… Przepraszam, jeśli jest ci przykro przez Wojtka…
— A ty, jeśli mnie to boli, zrezygnujesz z niego? — odparła lodowato Ewa.
Krystyna zmieszała się:
— No co ty, ja… tylko nie chcę cię stracić.
Ewa skinęła głową, ale w oczach miała złość.
— Ta kaleka… A Wojtek jeszcze się nabiera. Nigdy bym ich nie poznała, gdybym wiedziała, jak to się skończy…
Ale Wojtek zdawał się nie widzieć blizn Krystyny. Widział tylko jej oczy. Przynosił kwiaty. Mówił, jak bardzo ją kocha.
I Krystyna rozkwitała. Lecz strach nie odpuszczał. Pewnego dnia postanowiła zwierzyć się Ewie:
— Lekarz powiedział… że nie będę mogła mieć dzieci. Jak mu o tym powiedzieć? Przecież odejdzie…
— Oczywiście, powiedz — skinęła Ewa z udaną troską. — Ma prawo wiedzieć…
Choć w rzeczywistości natychmiast pobiegła do Wojtka. Opowiedziała wszystko — po swojemu.
— Krystyna nigdy nie będzie miała dzieci. Nie wiem, czy ci to powie… ale powinieneś wiedzieć, z kim się wiążesz.
Wojtek milczał. Patrzył na nią długo. W końcu rzekł tylko:
— Dziękuję. Więcej nic nie musisz mówić.
I wyszedł.
Krystyna czekała na niego w domu. Chodziła nerwowo po pokoju, zbierając się na odwagę.
Gdy wszedł, powiedziała drżącym głosem:
— Muszę ci coś wyznać…
Podszedł i przytulił ją:
— Nie musisz. Wiem wszystko. I mimo to cię kocham.
Nie zdążyła nawet zapytać, skąd wiedział. Ważne było jedno — był przy niej.
Ślub był skromny, ale szczęśliwy. Aż pewnego dnia Wojtek powiedział:
— Może adoptujemy dziecko z domu dziecka?
Krystyna rozpłakała się. To było jej zbawienie.
Tak pojawiła się u nich Małgosia.
Dziewczynka rosła, otoczona miłością. Krystyna rozpieszczała córkę bez granic. Wszystko, co najlepsze. Gdy Małgosia poszła do szkoły, Wojtek zaczął się niepokoić.
— Nie widzisz? Wcale się nie uczy. Manipuluje tobą…
— Wszystkie dziewczynki się malują — broniła jej Krystyna. — Nie czepiaj się.
Małgosia kombinowała. Chowała telefon, udawała, że odrabia lekcje. Ojca drażniło jej kłamstwo.
— Oszukuje cię. Naprawdę tego nie widzisz?
— Wierzę swojej córce!
Małgosia wszystko słyszała. Pewnego dnia, patrząc na matkę, szepnęła:
— Mamo, tato mnie bije. Już trzy razy…
Gdy Wojtek wrócił z pracy, Krystyna stała w drzwiach.
— Wynoś się. Podnosisz rękę na dziecko. Nie mogę na to pozwolić.
— Krystyna, co ty wygadujesz?! Nigdy… To ona kłamie!
— Wierzę swojej córce.
Spakował rzeczy. I wyszedł.
A Małgosia w pokoju triumfowała. Teraz wszystko było jej.
Minęły lata. Krystyna zmęczyła się kłamstwami, ciągłymi pretensjami i żądaniami córki. Pieniądze znikały, Małgosia chciała coraz— Może jeszcze raz zapukać do tych drzwi, gdzie pachnie kawą, gdzie czeka człowiek, który mógłby wybaczyć i dać kolejną szansę.



