KOCHAĆ CIERPIĄC, CIERPIEĆ KOCHAJĄC
Marek i Zofia wzięli ślub kościelny.
W dniu ślubu, kiedy orszak weselny zbliżał się już do kościoła w Krakowie, nagle rozpętała się szalona letnia burza. Skąd się wzięła, nikt nie wiedział porywisty wiatr zerwał Zosi z głowy welon i porwał go w górę, niczym balonik, by po chwili wirując w powietrzu opaść bezwładnie w błotnistą kałużę. Goście tylko zdołali westchnąć z przejęciem, a nagła burza natychmiast się uspokoiła.
Marek czym prędzej rzucił się za welonem, lecz nie zdążył go złapać.
Śnieżnobiały welon leżał w czarnej wodzie. Zofia, roztrzęsiona, krzyknęła do narzeczonego:
Marek, nie podnoś go! Ja już tego welonu nie założę!
Stare krakowskie babcie wysiadujące przed kościołem zaczęły szeptać między sobą że młodych czeka teraz burzliwe i trudne życie
Zosi szybko kupiono w osiedlowym sklepiku sztuczny biały kwiat i przypięto do fryzury. Na poszukiwanie nowego welonu nie było czasu na własny ślub nie wypada się spóźnić!
Młodzi stali w kruchcie kościoła u progu ołtarza, trzymali świece i ślubowali sobie miłość pod spojrzeniem Boga. Jednak wcześniej, urzędowo, podpisali akt ślubu i wyprawili wesele dla rodziny i przyjaciół.
Trzy lata później, w domu Marka i Zofii było już dwoje dzieci: córka Aleksandra i syn Antoni. Rodzina żyła swoim spokojnym życiem, nie znając większych trosk.
Po dziesięciu latach do drzwi domu Marka i Zofii zapukała młoda kobieta.
Zofia była zawsze otwarta na gości, zarówno zapowiedzianych, jak i tych niezaproszonych. Każdy był przyjmowany z gościnnością, nakarmiony i napoiony herbatą, wysłuchany i pocieszony. Tym razem jednak pojawiła się wyjątkowa osoba. Przyszła, gdy Marka nie było w domu.
Zofia od razu wychwyciła spojrzeniem: nieznajoma była zgrabna, miła, bardzo ładna i młoda.
Dzień dobry, Zofio. Mam na imię Mirka. Jestem przyszłą żoną twojego męża przedstawiła się.
Doprawdy ciekawe zaskoczona odpowiedziała Zofia.
Od kiedy Marek jest twoim narzeczonym? podtrzymała dziwną rozmowę.
Już dawno. Ale teraz nie mogę dłużej czekać. Spodziewam się z Markiem dziecka powiedziała bez zmieszania Mirka.
Hm Klasyczny scenariusz: żona, kochanka, nieślubne dziecko
Dziewczyno, wiesz, że jesteśmy z Markiem po ślubie kościelnym? Mamy dzieci próbowała przemówić jej do rozsądku Zofia.
O tym wszystkim wiem. Ale my się kochamy! I też na zawsze, rozumiesz? Możesz przecież dostać rozwód kościelny twój mąż cię zdradził. Sprawdzałam. Da się tak przekonywała Mirka.
Słuchaj, dziewczyno! Radzę ci szczerze nie wtrącać się w nasze sprawy! Sami rozwiążemy nasze problemy z wiernością i miłością zirytowała się Zofia. Do widzenia!
Mirka, wzruszywszy ramionami i lekko przygryzając wargę, pośpiesznie wyszła.
Zofia trzasnęła drzwiami.
Wszystko wywęszyła Jeszcze ci Marka nie dam! myślała zła.
Zaczęła układać w głowie, że Marek rzeczywiście zaczął się dziwnie zachowywać wobec niej i dzieci. W takich sytuacjach rzekomo późno wracał z pracy, nagle musiał jechać w delegację, zaczął interesować się trzydniowymi wypadami na ryby lub polowania A wcześniej przecież nie miał takich hobby. Wszystko to znała doskonale. Kobieta od razu czuje, kiedy w powietrzu pojawia się nuta rywalki
Ale Zofia odganiała ponure myśli. Może coś sobie wymyśliła, a mąż jest niewinny?
Wieczorem, kiedy Marek wrócił, Zofia zaprosiła go do stołu.
Wiedziała, że najpierw trzeba męża dobrze i smacznie nakarmić, a dopiero potem rozmawiać o trudnych sprawach domowych.
I kiedy Marek podziękował za kolację, Zofia bez wstępu przystąpiła do rzeczy:
Mareczku, zakochałeś się?
Tak odpowiedział z wahaniem Marek.
Dzisiaj odwiedziła mnie twoja ukochana. To poważne?
Jestem świnia! Nie mogę żyć bez Mirki! Duszę się bez niej! Próbowałem zerwać ten związek nie dałem rady! Wypuść mnie, Zosiu! Marek błagał.
Wypuszczam Zofia wiedziała, że odwoływanie się do sumienia, powoływanie się na dzieci nie ma sensu. Życie samo pokaże.
Marek odszedł do ukochanej.
A Zofia pojechała do kościoła po poradę do księdza. Kapłan wysłuchał jej zmartwień i powiedział:
Córko, miłość cierpliwa jest, nigdy nie ustaje Masz prawo do rozwodu kościelnego, bo mąż odszedł w grzech. Ale możesz też wszystko wybaczyć i modlić się ścieżki Boże są niezgłębione
Dwa miesiące później Zofia poczuła, że nosi pod sercem dziecko. To było dziecko Marka i ogromnie ją to ucieszyło odebrała to jako znak. Pomyślała, że Marek w końcu zrozumie swój błąd i wróci. Z tą myślą Zofia trwała aż do narodzin malucha.
Urodził się synek. Mama Zofii zaproponowała, by nazwać go Janek. Może jej Mareczek jeszcze wróci?
Całe szczęście, mama Zofii bardzo jej pomagała: opiekowała się wnukami, uczyła, karmiła, poiła, czytała bajki, wpajała życiową mądrość.
Marek nie zapominał o Aleksandrze i Antonim. Przynosił im zabawki, zabierał na Mazury, przekazywał Zofii pieniądze w kopercie.
Zofia surowo zabroniła dzieciom mówić ojcu o narodzinach braciszka. Ale jak to z dziećmi bywa nie posłuchali
Aleksandra wygadała wszystko ojcu podczas wizyty. Marek pomyślał, że Zosia ułożyła sobie życie. Serce ścisnęło mu się na wspomnienie dawnych, szczęśliwych czasów Nawet nie przyszło mu do głowy, że to jego własny syn.
Tymczasem nowa żona Mirka leżała w szpitalu na patologii ciąży. Marek biegał po owoce, ogórki kiszone, nawet szukał smacznej kredy, bo Mirce brakowało wapnia. Niestety, skończyło się tragedią Mirka urodziła martwą córeczkę. Jedna tragedia nie zwiastuje końca przyszła kolejna: poroniła kolejny raz.
Mirka długo nie mogła się pozbierać. Chciała odłożyć na później myślenie o dzieciach, ale los miał inne plany
Marek był przy żonie przez cały czas. Żałował jej, czuł się winny wszystkich niepowodzeń. Każdy miał swoje troski.
A do Zofii znów zaczął przychodzić jej dawny kolega z uniwersytetu Waldek. Waldek przez pięć lat był w Zofii zakochany, ale figurował na jej liście jako nieodwzajemniony adorator. Był zbyt natarczywy, zbyt dokładny, bez poczucia humoru, ulubieniec swojej mamy po prostu nie był tym, którego wybrała. Dziewczyny na roku często z nim flirtowały, walczyły o jego względy. Ale kiedy Zofia poznała Marka, Waldka odprawiła bez żalu. Wydawało się, że na zawsze
Pewnej jesiennej, ponurej popołudni Zofia jechała autobusem przez Kraków, patrzyła za okno. Przysiadł się do niej mężczyzna.
Przepraszam, wolne? zapytał.
Proszę Zofia nie odwracając głowy, przesunęła się.
Taka zamyślona jesteś zagadnął.
Zofia milczała długo, aż w końcu usłyszała:
Zosiu, witaj! Dlaczego taka smutna?
Wtedy się obróciła.
Waldek? Sto lat cię nie widziałam! Co u ciebie?
Zosiu, powiedz lepiej co u ciebie! Z Markiem jesteś szczęśliwa? wypytywał.
Waldek, zapraszam cię do siebie! Żona się nie obrazi, jak się spóźnisz? już łapała go za rękę.
Po drodze Waldek kupił butelkę wina, owoce i smakołyki dla dzieci.
Przy wspólnej kolacji Zofia opowiedziała mu całą swoją historię. Musiała się wygadać. Waldek był wdzięcznym słuchaczem kiwał głową, nie przerywał. Na koniec Zofia ucałowała go w policzek za wsparcie. Waldek był zachwycony do domu wracał z nadzieją.
Okazało się, że nigdy nie miał żony ani dzieci.
Waldek zaczął bywać u Zofii. Wszystkim dzieciom przynosił słodycze, Zofii kwiaty.
Na dzień dobry usłyszał warunek:
Przychodź, ale ja czekam na męża. Żadnych zachcianek.
W porządku. Będziesz dla mnie jak siostra, a dzieci jak siostrzeńcy.
I tak został…
A tymczasem w życiu Marka nastąpiła poprawa. Mirka urodziła zdrową, śliczną córeczkę. Nazwali ją Bożenka by była blisko Boga.
Mirka całą siebie oddała upragnionemu macierzyństwu.
Nie raz i nie dwa wracała myślami do rozmowy z Zofią. Skradzione szczęście nigdy nie smakuje tak słodko. Dopiero po narodzinach Bożenki zrozumiała, jaką krzywdę wyrządziła Zofii. Tak bardzo chciała przeprosić za wszystko!
Marek pokochał malutką Bożenkę całym sercem. Obsypywał ją nowymi zabawkami, chodził do niej po nocach, mył i tulił. Mirka patrzyła z zachwytem na dobrego tatę.
Czas mijał nieubłaganie
Minęło pięć lat.
Dzieci dorosły, dorośli jeszcze bardziej się postarali.
Niestety, Mirka ciężko zachorowała. Miała wtedy raptem trzydzieści lat. Marek nie potrafił znaleźć sobie miejsca: lekarze, szpitale, kosztowne leki Mirka powoli szykowała się na odejście.
Marek do końca starał się podnosić ją na duchu. Widział, jak Mirka z każdym dniem gaśnie, stojąc już niemal u progu wieczności.
Gdy lekarze wypisali ją ze szpitala na umieranie do domu, Mirka z trudem wyszeptała:
Zabierz mnie do twojej pierwszej żony. Proszę…
Marek nie był zdziwiony, nie oponował.
Zofia wiedziała od córki Aleksandry o tragicznym stanie Mirki. Przyjaźń dziewczynek trwała. Kiedy więc Marek zadzwonił z prośbą o rozmowę, Zofia się zgodziła.
Marek wniósł Mirka na rękach do domu. Cała rodzina zebrała się, oczekując wyjaśnień.
Zofia, z rękoma założonymi na piersi, spojrzała znacząco na łóżko. Marek położył Mirka delikatnie na narzucie i podłożył jej pod głowę poduszkę.
Zostawcie mnie z Zofią. Proszę poprosiła słabo Mirka.
Dzieci opuściły pokój.
Zofia usiadła na brzegu łóżka.
Przebacz, jeśli możesz, Zofio. Boża kara i mnie dosięgła Mam do ciebie prośbę. Weź Bożenkę do siebie. Nie mam oprócz ciebie i Marka nikogo. Obiecaj, że wychowacie Bożenkę razem z Markiem prosiła przez łzy Mirka.
Zofia ujęła jej dłoń.
Mirka! Nikt nas nie karze, sami siebie krzywdzimy. Ja już ci dawno wybaczyłam. Bożenka nie zostanie sama. I jeszcze coś Zostańcie u mnie z Markiem. Jemu ciężko, tobie też. Miejsce się znajdzie. Duży dom, wszyscy się pomieścimy. Obiecuję wyzdrowiejesz! Uwierz!
Mirka się rozpłakała.
W krakowskim domu Zofii miejsce znalazło się dla każdego, jak w bajkowej chacie.
Waldek okazał się być wyjątkowo troskliwy wobec chorej Mirki. Nie odstępował jej na krok, rozmawiał i dodawał otuchy. Opiekował się Bożenką jak własną córką. Powoli zakochiwał się w Mirce. Dziewczynkę nazywał bożą stokrotką. Bożenka faktycznie była urocza!
Mirka zapragnęła żyć! Walczyła z całych sił.
Zofia potrafiła podtrzymać ją na duchu i wlać nadzieję. Mirka chwyciła się tej kruchej nadziei jak tonący brzytwy.
Minęło pół roku leczenia i niepokoju. Mirka mogła już sama wychodzić na podwórko. Oddychała głęboko, wystawiała twarz do słońca, czasem szeptała coś do siebie i się uśmiechała. Życie powoli wracało do jej ciała.
Mirka myślała o Waldku. Marka nadal kochała, ale był cudzym mężem, więc nie należy sięgać po cudze. Lecz Waldek był dobrym, cierpliwym człowiekiem, który kochał ją i Bożenkę całym sercem. W takich rodzinach również bywa szczęśliwie. Miłości jednej osoby może wystarczyć dla dwojga.
Mirka powoli zdrowiała.
Aż w końcu podczas wspólnego obiadu ogłosiła:
Zosiu i Marku! Z Bożenką i Waldkiem wyprowadzamy się. Dziękuję za dach nad głową, za troskę i miłość. Nigdy nie spotkałam takich ludzi! Niski ukłon!
Marek i Zofia spojrzeli na siebie. Wiedzieli, że między Waldkiem a Mirką rodzi się piękne uczucie miłość.
Nieco wcześniej Marek odbył z Zofią szczerą rozmowę:
Zosiu! Cokolwiek dalej, chcę i powinienem być z tobą! Jesteś dla mnie wyjątkowa, twoja dobroć nie zna granic! Przyjmiesz mnie z powrotem? Razem wychowamy troje naszych dzieci! Będę padał ci do nóg i prosił o przebaczenie!
I jak myślisz, Mareczku? Przyjmę? Jeszcze cię sama przeproszę, że nie byłam wystarczająco dobrą żoną, skoro wybrałeś inną Życie to mądra nauczycielka! tuliła i całowała Zofia skruszonego męża.
A co z Bożenką? martwiła się Zofia.
Bożenka zawsze będzie moją córką! I zawsze będę dla niej ojcem. W moim domu zawsze znajdzie się dla niej miejsce! zakończył stanowczo Marek.
Waldek, Mirka i Bożenka szykowali się do wyjazdu.
Mirka, stojąc już w progu, przywołała Marka:
Kochaj Zofię ponad wszystko! Nie krzywdź jej. Będę cię pamiętać, Mareczku
Bądź szczęśliwa, Mirka odpowiedział Marek.



