Kobieta usiadła na tylnym siedzeniu i zrezygnowana stwierdziła, że jej synek już tam nie zmieści.
Marek, nasza czwórka i ja spędzaliśmy urlop w Bieszczadach. Pewnego dnia wpadliśmy w nieco nieprzyjemną sytuację.
Zarezerwowaliśmy wycieczkę do kilku trudno dostępnych zakątków Puszczy. Postanowiliśmy poświęcić na to jeden dzień wakacji.
Kupiliśmy cztery bilety, żeby każdy z nas miał własne miejsce. Tuż po nas wsiadła obłędnie zaokrąglona pani z maleńkim Jasiem na rękach był w takiej samej sylwetce. Wciśnięli się ledwie pomiędzy rzędy. Kobieta usiadła na tylnym siedzeniu i z nieco zaskoczonym wyrazem na twarzy zauważyła, że jej syn już tam nie zmieści. Wstała więc i zaczęła szukać innego wolnego miejsca dla dziecka.
Spojrzała na naszych chudych chłopców i postanowiła posadzić swojego synka obok nich.
Marek przerwał jej, mówiąc, że zapłaciliśmy za te siedzenia i nie ma powodu, by zmuszać nasze dzieci do przestawiania się. Pani się nie poddała zaczęła nawet dyskutować z przewodnikiem.
Twierdziła, że mamy obowiązek integracji i że powinniśmy zrobić miejsce. Dlaczego mielibyśmy to robić? Zaproponowała nawet, że zrezygnujemy z wycieczki i zwrócimy bilety. Inni turyści przyłączyli się, krzycząc, że chcą selfie z naszą bajzelową sceną.
Dzieci w końcu wstały, żeby wreszcie ruszyć dalej, a kierowca czekał, aż konflikt się uspokoi. Nastrój już dawno był popsuty.
Zastanawiam się: czy mamy rację? Po co mielibyśmy zmuszać nasze dzieci do podróżowania w ciasnych warunkach, skoro kupiliśmy im bilety? Co wy na to?



