Dziennik, 18 kwietnia
Dzisiaj wciąż nie mogę się otrząsnąć. To już drugi dzień, odkąd Maryla wyszła z domu i zostawiła mnie samego z dziećmi. Dopiero teraz dociera do mnie skala wszystkiego. Pamiętam tamtą chwilę, kiedy zmęczony wróciłem z pracy, było już po dwudziestej. Marzyłem jedynie, by rozsiąść się wygodnie na kanapie w naszym mieszkaniu w Poznaniu i obejrzeć mecz Lecha, bez żadnych zobowiązań rodzicielskich. Ignorowałem dzieciaki Zuzię i Bartka rozkrzyczane i domagające się uwagi, jakby nie istniał świat poza nimi.
Maryla wyglądała na zmęczoną bardziej niż zwykle, miała podkrążone oczy i nerwowo próbowała ułożyć dzieci do snu. Ściszyła telewizor i powiedziała cicho, a jednak stanowczo: Nie zaszkodziłoby, gdybyś choć raz pomógł mi przy dzieciach. To też twoje obowiązki, Andrzeju.
Podniosłem głos, przerywając jej ze złością, bo przecież ja też mam swoje ograniczenia. Wymamrotałem, że pracowałem cały dzień, żeby ona mogła sobie siedzieć w domu i bawić się z dziećmi, a nie narzekać. I wtedy ona zapłakała, moja Maryla, po raz pierwszy od miesięcy tak głośno. Narastała w nas złość, rzucaliśmy sobie oskarżenia, aż w końcu Maryla rzuciła coś w stylu Nie dam już rady! i wybiegła, trzaskając drzwiami. Zostałem ja i dzieci, świat nagle wywrócony do góry nogami.
Musiałem sam zająć się kolacją i położyć dzieci spać. Rano Maryli wciąż nie było, więc zadzwoniłem do pracy i wziąłem wolne. Cały dzień kręciłem się po mieszkaniu, próbując opanować chaos. Zuzia ciągle płakała, Bartek grymasił. Nie miałem sekundy dla siebie nawet na spokojną kąpiel nie znalazłem czasu. Czułem się niewidzialny dla świata dorosłych, rozmowy ograniczały się do kilkulatków. Nawet nie mogłem spokojnie zjeść obiadu, wszystko przerywały dzieci. Gdy docierałem do łóżka, byłem tak wykończony, że mógłbym spać i dwadzieścia godzin a przecież nie mogłem, bo nocą do pokoju co chwilę przychodziła Zuzia lub Bartek z nowym problemem.
Po dwóch dniach bez Maryli dopiero zrozumiałem, jak bardzo jest to wyczerpujące i ile wysiłku kosztuje wychowanie dzieci. Dostrzegłem, że rola matki to ciągłe poświęcenie dużo trudniejsze niż zarządzanie działem w banku przez dziesięć godzin i podejmowanie odpowiedzialnych decyzji. Zrozumiałem, że Maryla poświęciła własną karierę i niezależność dla dobra dzieci, że rezygnuje ze spotkań z przyjaciółkami czy swoich hobby. Nawet porządny sen to dla niej luksus.
Pojąłem także, jak trudno jest ciągle być zależnym finansowo od partnera i jak niewielu ludzi to dostrzega. Uświadomiłem sobie też, jak bardzo może dotykać ją krytyka, zwłaszcza ze strony mojej mamy, która wiecznie podważa jej metody wychowawcze, chociaż ona robi wszystko najlepiej jak potrafi. Przecież nikt nie zna lepiej dzieci niż ich własna matka.
Dziś napisałem do Maryli list:
Kochana Marylo,
Minęły dopiero dwa dni, a czuję, jakbyś nie była ze mną całe lata. Muszę ci coś powiedzieć: jesteś niesamowicie dzielna, wykonujesz kawał dobrej roboty i jestem pełen podziwu dla ciebie. Bycie żoną, mamą, gospodynią to najważniejsze role w naszym społeczeństwie, a tak często są niedoceniane. Teraz już wiem, że to właśnie ty, poprzez swoją codzienną cichą pracę, niesiesz na swoich barkach najwięcej.
Mam nadzieję, że wrócisz i pozwolisz mi naprawdę cię wesprzeć.
Twój Andrzej
Może jeśli więcej ludzi przeczyta te słowa, zaczną doceniać najważniejszy zawód świata bycie mamą.



