Gdy wszedł do chaty, rozejrzał się i przypomniał sobie, że już widział tę izbę we snach, i kobietę tak podobną do tej, która go teraz witała… Te sny nawiedzały go, gdy był mały i płakał z gorączki. Bo owa kobieta nie miała twarzy, tylko oczy świeciły się jak dwie iskry. Bał się jej, wydawała mu się upiorem. Wtedy krzyczał przez łzy na mamę, a ta kładła się obok, żegnała go znakiem krzyża i tuliła do serca…
Jej chaty od dawna omijali kolędnicy. Dzieciaki biegły teraz tam, gdzie groszem częstują, a nie postnym kołaczem. Wódka u Marciny też nie była firmowa samogon… Chyba że Franek, sąsiad, gdy już dobrze się napił po wsi i ledwo trzymał się na nogach, zawitał do niej:
Na szczęście, na zdrowie, na nowy rok… nalej, Marcysiu! bełkotał wyuczone słowa.
Ona nalewała i jemu, i sama sączyła z gościem kieliszek czy dwa łatwiej się potem spało. Gdyby tylko Franek choć trochę myślał, co plecie, ale nie zawsze trafi w najczulsze miejsce…
Ot tak, Marcysiu, i dożywamy… Ja z moją starą jak te dwa pniaki w lesie! Nikogo nie mamy i tyle! A ty masz córkę!
Wypiłbyś i nie szczekał jak ten Burek na łańcuchu! Mam córkę! Choć Bóg wie gdzie, ale mam! Więc idź już do siebie i nie mądrzyj się! Rozsiadł się i papla! Wynoś się! warknęła na sąsiada.
Franek nie śpieszył się z odejściem, choć Marciną już niemal wypychała go za drzwi.
Wiem, czemu się złościsz… Wiem… I cała wieś wie, że oddałaś wnuka obcym. Zaprzeczysz? No, zaprzecz! He? A wiesz, co baby we wsi gadają? Ten chłopak śni ci się po nocach! Dlatego świecą ci się oczy, bo się boisz… Boisz się, co? Hehehe… szydził, zaglądając jej w twarz.
Słuchaj, śmierdzący pijaku! Idź już! Zapomnij tu drogę! Zapomnij! Marciną chwyciła sąsiada za kołnierz wytartej marynarki i jak ohydnego kota wyrzuciła go za próg.
Oszalałaś, Marcysiu! Ja tylko… puść! nie mógł się wyrwać z jej uścisku.
Nigdy więcej! Słyszysz! Nigdy tu nie wracaj! krzyczała za nim.
A on tylko chichotał… Co prawda, więcej nie przyszedł ani po kieliszek, ani na pogawędkę. Może się wstydził, a może bał. Wybaczyłaby mu pewnie, gdyby znów zajrzał. Bo oprócz niego nie miał kto, a przecież, jak mówią, gość w dom… Nikt nie słyszał, co jej nagadał… A prawdę mówił… A to prawda bywała najboleśniejsza.
I rzeczywiście śnił jej się chłopiec. Nigdy nie widziała jego twarzy. Tylko oczy, jak dwie iskry, świecą… Stoi na progu i prosi, by mógł wejść… ale nie przekracza progu i nie wchodzi… Nieraz już ten sen widziała, a może to wcale nie był sen…
* * *
Słońce już chyliło się ku zachodowi, i Marciną wiedziała, że Franek tym razem na pewno nie przyjdzie. Przypomniała sobie tamtą sprzeczkę i… znów poczuła na palcach smród jego ubrania. Sama usiadła do stołu, nalała sobie kieliszek… Święto przecież!
Na podwórku zaszczekał Burek, a wkrótce skrzypnęły drzwi. Ktoś szedł.
Z Panem Bogiem! Kolędować można? w progu stał przystojny młody mężczyzna.
Marciną zerwała się od stołu i stanęła jak wryta:
Kolędujcie, skoro przyszliście…
Na szczęście, na zdrowie… sypał ziarnem nieznajomy.
Marciną nie spuszczała z niego wzroku. Zauważyła, że kolęduje, ale oczami biega po kątach. Ukradnie przemknęło jej przez głowę. Żeby choć Franek zajrzał…
A czego chcecie? Może kogoś szukacie? Kim jesteście? spytała niepewnie.
Gościa godzi się poczęstować, czy nie ma czym? Choć i u mnie starczy śmiało podszedł do stołu i wyjął z torby wino, kiełbasę, ciastka.
Oszołomiona Marciną wyjęła z pieca żeliwny garnek z ziemniakami i pieczoną słoniną i usiadła naprzeciw gościa, który tak sprawnie pomógł jej nakryć.
Pewnie od Jadźki jakiś jej znajomy… Ale taki młody. I po co go przysłała… myślała, nakładając jedzenie.
Tymczasem gość nalał wino do szklanek, a ona nie wiedziała, co robić dalej. Trzeba było coś powiedzieć…
Widzę, że nie tutejszy. Kogoś szukacie?
Szukam… Wy Marciną Janowa?
Ja.
A mąż wasz był Piotr Janowicz?
Był… ale zmarł…
A córka wasza Jadwiga Piotrówna? Niestety, nic o niej nie wiem…
Tak… tak…
No, jeśli to wszystko prawda, to ja jestem wasz wnuk Witold… mężczyzna wstał i wyciągnął rękę przez stół poznajmy się!
Świat zakręcił się przed jej oczami… Nagle przypomniała sobie chłopca, który czasem przychodził we śnie kolędować. Ten nieznajomy patrzył na nią tymi samymi oczami…
Marciną krzyknęła i zachwiała się… Ale silne ręce złapały ją i posadziły na ławie.
Nie bójcie się mnie! Nie mam do was pretensji… Tylko… Chciałem zobaczyć was i ten dom, gdzie mnie nie chciano… Niedawno moja prawdziwa matka umarła, ale przed śmiercią wszystko mi wyznała. Więc przyjechałem. Zobaczyć…
Marcinie wydawało się, że płacze na całą wieś, ale w rzeczywistości tylko cicho łkała. I po raz pierwszy w życiu opowiedziała całą prawdę. Ten mężczyzna, który nazwał się jej wnukiem, patrzył jej w oczy, a ona nie wiedziała, gdzie się schować. Gdy skończyła, Witold westchnął, rozejrzał się po chacie… I tak jak przyszedł obcy, tak odszedł, rzucając na progu:
Niech wam Bóg sądzi… Nie ja…
Tylko śnieg zakurzył za jego samochodem. Nie zdążyła zobaczyć numeru, marki, nawet nie spytała, gdzie mieszka. Wybiegła za nim w samej koszuli… Tęskniła.
* * *
Jadwiga rosła jako posłuszna dziewczynka.
Będziesz nauczycielką! zdecydował ojciec. O zamążpójściu nawet nie myśl, póki się nie nauczysz!
I nie myślała, choć rodz


