Kilka miesięcy temu zaczęłam dzielić się swoimi codziennymi chwilami w mediach społecznościowych. Nie robię tego, żeby stać się znana, nie szukam atencji po prostu sprawia mi to przyjemność. Uwielbiam nagrywać przepisy, pokazywać drobne ujęcia z życia codziennego z moją córką Zofią, dzielić się momentami z naszego domu. Nic wyreżyserowanego, bez profesjonalizmu zwyczajne filmiki z kuchni czy salonu, kiedy gotuję albo sprzątam.
Od początku mój mąż, Piotr, zaczął się czuć z tym nieswojo. Początkowo rzucał uwagi: po co mi to, kto ma mnie niby oglądać, dlaczego chcę wrzucać filmiki do internetu. Tłumaczyłam, że nie oczekuję niczego, że to dla mnie po prostu odskocznia, ale nie potrafił tego zrozumieć.
Pewnego dnia powiedział mi wprost, że robię to, by zwracać na siebie uwagę mężczyzn. Że chcę się podobać, żeby mnie oglądali. Zatkało mnie przecież moje filmy to przepisy na pierogi, lunchbox Zosi, jakieś domowe ciasteczka. Nie pokazuję ciała, nie nagrywam się w bikini, nie tańczę.
Najbardziej absurdalne jest to, że mam 99 obserwatorów. Dziewięćdziesiąt dziewięć! Połowa z nich to rodzina kuzyni, ciotki, znajomi ze szkoły. Pokazałam mu to, pokazałam sekcję komentarzy, pełną komplementów o serniku albo pytania o przepis na zupę ogórkową. To i tak nie miało znaczenia. Piotr cały czas powtarzał, że nie liczba osób jest ważna, tylko intencję, która stoi za tym. Że ja niby czegoś szukam.
Zaczęły się kłótnie. Za każdym razem, gdy sięgałam po telefon, żeby coś uwiecznić, czułam na sobie jego wzrok. Gdy wrzucałam film zaraz pytał, kto go obejrzał, kto zostawił komentarz. Nawet jeśli to była ikona serduszka od mojej kuzynki, uznawał to za flirt. Kiedyś poprosił, żebym pokazała mu wiadomości prywatne, których zresztą nie miałam. Stwierdził, że to brak szacunku dla niego jako męża.
Doszło do tego, że przestałam czuć się swobodnie, nagrywając cokolwiek. Zanim coś opublikowałam, dwa razy się nad tym zastanawiałam. Czułam się cały czas kontrolowana. Coś, co zaczynałam jako hobby, stało się dla mnie źródłem stresu. On mówił, że się zmieniam, że teraz tylko się pokazuję. A ja miałam poczucie, że cokolwiek zrobię i tak będzie źle zinterpretowane.
Nadal wstawiam od czasu do czasu jakieś filmiki czy zdjęcia, ale już rzadko. Nie dlatego, że mi się odechciało tylko każda publikacja wydaje się być początkiem nowej sprzeczki.
Nie wiem, co z tym zrobić. Jak znaleźć w tym wszystkim siebie, nie raniąc przy tym osoby, z którą chcę dzielić życie? Czy naprawdę od zdjęć pierogów może się coś tak popsuć?


