Teściowa przeciw ścierce i patelni: kiedyś nas wyrzuciła, a teraz sama zaprasza — ale na swoich warunkach
Pięć lat temu wyszłam za męża za Romana. To była przemyślana decyzja, podjęta z miłości i z przekonaniem, że damy radę wszelkim trudnościom. Ale jeszcze przed ślubem, gdy poszliśmy powiedzieć o naszych planach jego matce, jej reakcja była jak wiadro lodowatej wody:
— Nie liczcie na moją pomoc. I u mnie mieszkać nie będziecie! Jestem panią w swoim domu i nikomu nie ustąpię!
Wymieniliśmy z Romkiem spojrzenia. Szczególnie ja byłam zaskoczona. Przecież jeszcze w czasach jego studiów, z inicjatywy tej samej matki, wyprowadził się z jej mieszkania na wynajmowane. Mówiła, że tak będzie lepiej. I na tej właśnie wynajmowanej kawalerce zostaliśmy po ślubie, oszczędzając na własne M.
Tymczasem teściowa miała duże, trzypokojowe mieszkanie w centrum Poznania. Dostała je od rodziców — ojciec zmarł wcześnie, a matka dożyła z nią sędziwego wieku. Teściowa rozwiodła się z mężem, gdy Romek miał sześć lat. W małżeństwie byli zaledwie pięć lat. I jak sama mi kiedyś wyznała:
— Nie jestem stworzona do sprzątania. Nienawidzę gotować, prać, zmywać. Nie jestem służącą — jestem kobietą! Powinnam żyć dla siebie!
Po rozwodzie wróciła do domu rodziców, gdzie całe gospodarstwo trzymała jej matka. Babcia Romka gotowała, sprzątała, prała, opiekowała się i wnukiem, i córką, bo ta podobno “ciężko pracowała” i “robiła karierę”. A gdy babcia zestarzała się i zaczęła chorować, teściowa i tak nie przejęła domowych obowiązków. Nie ustępowała — w niczym.
Później zmarł ojciec Romka. Romans utrzymywał z nim kontakt. Mieszkanie po ojcu zostało podzielone między mojego męża i macochę. Kobieta okazała się rozsądna — zgodziła się sprzedać swoją część, więc wraz z Romkiem wykupiliśmy jej udział. Wyprowadziliśmy się, urządziliśmy, urodził się syn. I wtedy zaczęły się schody…
Gdy Artur miał zaledwie pół roku, Romek upadł na ulicy i złamał nogę. Złamanie było skomplikowane. Zwolnili go z pracy, pieniędzy było coraz mniej. Nie mogłam wrócić do pracy — małe dziecko, mąż ledwo się rusza, raty za mieszkanie, dług wobec macochy. Oszczędzaliśmy na wszystkim. Wtedy Romek, niechętnie, zadzwonił do matki:
— Mamo, może na jakiś czas się do ciebie wprowadzimy? Na pół roku. Nasze mieszkanie wynajmiemy, trochę się pozbieramy…
Odpowiedź była natychmiastowa i chłodna:
— Nie ma mowy! U mnie mieszka Kasia! Ona mi pomaga w domu, wszystko robi, a wy tylko będziecie przeszkadzać!
Kasia — to jej kuzynka, starsza, samotna, bez dzieci. Wcześniej mieszkała na wsi, ale jej dom spłonął. Teściowa “wspaniałomyślnie” przygarnęła ją… by sprzątała, gotowała i prała. Kasia stała się służącą. A teściowa nie krępowała się mówić:
— Mieszkasz u mnie, jesz na mój koszt — idź i znajdź pracę! Nie będziesz się leniuchować!
Żal mi było Kasi. Wyglądała na zrezygnowaną, zmęczoną, ale wszystko znosiła w milczeniu. Aż w końcu — zniknęła. Po pół roku Romek powiedział:
— Wyobraź sobie, Kasia uciekła! Znalazła faceta z mieszkaniem — i wyjechała, nawet się nie pożegnała.
Cieszyliśmy się dla niej. Dobra, łagodna kobieta, zasługująca na szacunek, a nie na krzyki i obowiązki. Ale teraz teściowa została sama. Kto teraz dla niej będzie zmywał i odkurzał?
I nagle — telefon. To ona!
— No dobrze, wprowadźcie się do mnie. Swoje mieszkanie wynajmijcie. Ale mam warunek: Wiola (czyli ja) będzie wszystko robić! Sprzątać, gotować, prać, prasować. No co? Będziecie u mnie mieszkać za darmo!
Gdy Romek przekazał mi jej słowa, parsknęłam śmiechem.
— A powiedziałeś jej, że nigdy w życiu? — spytałam.
— Oczywiście — przytaknął. — Obraziła się. Powiedziała, że wynajmie pomoc domową.
Niech wynajmuje. Oboje pracujemy, wyszłam z urlopu macierzyńskiego, syn już chodzi do przedszkola. Mamy własne cztery ściany, swoje spokojne życie. Nie mam zamiaru być służącą dla kobiety, która całe życie uciekała od odpowiedzialności, ale z przyjemnością siedziała na karku własnej matki.
Minęło kilka dni, a ona znów zadzwoniła, naiwnie pytając: „No to na pewno się nie rozmyśliliście?”.
Nie, nie rozmyśliliśmy. A ja pomyślałam: niedługo przejdzie na emeryturę. Na pomoc domową już nie wystarczy. Ciekawe, kogo wtedy będzie błagać? A może wreszcie weźmie w ręce ścierkę, garnek, miotłę — i nauczy się żyć jak dorosły człowiek?
Zobaczymy, życie pokaże.



