Gdy Walerian przychodził do Zosi, ona aż promieniała z radości czasem wręcz traciła głowę. Ze szczęścia robiła się strasznie roztrzepana: kręciła się po mieszkaniu, poprawiała włosy, chowała pod poduszki ciuchy, które przymierzała przed jego nadejściem, a wałki szybko wyplątywała z kosmyków. Potem gnała do łazienki tam się czesała i malowała usta. Dopiero wtedy, już uroczo wystrojona, wychodziła do niego.
I nic dziwnego, że tak się cieszyła! Sami pomyślcie.
Zosia samotnie wychowywała syna i tak naprawdę nigdy nie była żoną. Trochę się pochodziła z pewnym człowiekiem, Jędrkiem, może z miesiąc, może dwa a potem on wyjechał z ich Poznania do miejsca, którego nazwy Zosia nawet nie zapamiętała. Czy był rodem z jakiejś ukraińskiej wioski, czy spod Lwowa nie wiedziała. Tutaj, w Poznaniu, dorabiał na targu. Nawet nie była pewna, co dokładnie tam robił.
No i odjechał, zostawiając Zosię troszeczkę w ciąży. Dosłownie może dwa tygodnie. Ona sama jeszcze nic nie podejrzewała. Ale kiedy Jędrek przestał do niej przychodzić a to trwało i trwało w końcu Zosia zorientowała się, że delikatnie mówiąc została sama.
A potem, gdy już przyszła pora, urodziła ślicznego chłopca. Cóż wdał się przecież w rodziców! Zosia była kobietą nie z tej ziemi, a Jędrek istne ciacho.
Trzeba powiedzieć, że miała z Maciusiekiem szczęście. Spokojny był jak aniołek spał non stop, a gdy się budził to bardzo starannie i z wielką powagą ssał mleko z matczynej piersi. Dobrze, że mleka miała tyle, że spokojnie mogłaby wykarmić jeszcze jedno niemowlę. Maciek też właściwie nie chorował na żadne niemowlęce dolegliwości.
A imię dostał po aktorze Władysławie Kowalskim. Bo gdy była w ciąży, przypadkiem zobaczyła stary film Potop. Tam był Kmicic, grany właśnie przez tego Władysława, który jakby trochę przypominał jej Jędrka. I już nie było alternatywy myślała Zosia. Tak w księdze zapisali: Maciej Jędrzej Kowal. Zosia często powtarzała te trzy słowa i aż jej muzyka w głowie grała. Taki mały temacik z bajki.
Maciuś był dzieckiem jasnym jak promyk. Gdy Zosia musiała ugotować obiad czy posprzątać, rozkładała na podłodze kocyk, otaczała go krzesłami i wsadzała Maciusia w tej prowizorycznej zagrodzie. Dawała mu własną starą torebkę, wałki do włosów i jakieś szmatki do zabawy. I malec bawił się sam, bez marudzenia i płaczu. Nawet gdy któregoś dnia Zosia zajrzała do niego z kuchni i zobaczyła, że zaklinował się głową między krzesłami (widać chciał się wydostać), tylko cicho chrząkał, zadziornie próbując rozsunąć krzesła swoimi pulchnymi rączkami.
Gdy Maciuś podrósł, nie sprawiał matce żadnych kłopotów. Zosia puszczała go spokojnie na podwórko, tylko prosiła, żeby co dziesięć minut podbiegał pod okno (mieszkali na parterze) i wołał: Mama! Jestem tu!
Ale ponieważ syn zegarka nie miał, to biegał pod okno co trzy minuty i wołał, aż Zosia nie spojrzała i nie powiedziała: Dobrze, synku! On wtedy jeszcze stał, nie odchodził i czekał. Musiała zapytać: No co, leć się bawić! A on: Jeszcze się nie uśmiechnęłaś Dopiero gdy naprawdę się uśmiechnęła, ruszał dalej, gnał do dzieci.
Pewnego razu, kiedy jak zwykle krzyknął z podwórka: Mamajużjestem!, Zosia, wyglądając przez okno, zobaczyła, że przytula do siebie małego kotka.
Mamo, ciocia mi go dała! Mówiła, że nazywa się Feliks. I jeszcze powiedziała, że będziesz się cieszyć i żebyśmy o niego dbali.
Maciuś taki był wtedy szczery i prawdziwy, że Zosia tylko się serdecznie uśmiechnęła. Potem dodała:
Feliks pewnie głodny. No chodźcie oboje, dam mu mleczka.
Syn z kociakiem od razu wrócili do mieszkania. Szczęśliwy Maciuś, a Feliks na razie jeszcze nie do końca wtajemniczony w szczęście.
Tak sobie żyli we troje, dopóki Zosia nie poznała Waleriana.
Był on w jej wieku, dotąd kawaler. Człowiek poukładany, elegancki, chociaż nie taki stary. Pracował na fabryce mebli i dobrze sobie radził. Zaczął w każdą sobotę wpadać do Zosi na noc. Dużo nie mówił, jadł chętnie, pił z umiarem. Zosia zawsze przygotowywała na jego przyjazd schłodzoną wódeczkę, ustawiała na stole kieliszek taki mały, z grubego szkła. Walerian bardzo ten kieliszek polubił.
I tym razem wszystko przebiegało jak zwykle: przywitał się z Maćkiem w progu, usiadł na kanapie, gdy Zosia kończyła swoje przygotowania. Potem we trójkę a raczej w czwórkę, bo Feliks usadowił się synkowi na kolanach obejrzeli trochę telewizji i zasiedli do obiadu.
Po obiedzie rozłożyli się na krótką drzemkę przed planowanym spacerem po parku.
Kiedy Zosia zamknęła drzwi do pokoju Maćka i ułożyła się obok Waleriana, głowę położyła na jego ramieniu. To wtedy po raz pierwszy Walerian zaczął rozmowę o ślubie:
Myślę, że na razie zamieszkamy u ciebie. Potem może się przeprowadzimy, albo wynajmiemy moje mieszkanie, żeby trochę dorobić… Ale, wiesz co, Zosiu Kotek mi nie leży. Będziemy musieli oddać waszego Feliksa
Feliksa poprawiła cicho Zosia i nagle się spięła.
No tak, Feliksa A Maćka wyślemy do mojej mamy na wieś. No co, świeże powietrze, szkoła porządna, a my jeszcze młodzi swoje dzieci będziemy mieć, całą gromadkę.
Zosia znieruchomiała, jakby jej głowa zamieniła się w kamień. Przez chwilę leżeli tak w ciszy. Po jakimś czasie Zosia wstała, zawstydzona, jakby Walerian nigdy jej wcześniej nie widział bez ubrania, narzuciła na siebie szlafrok, podeszła do fotela, gdzie leżały rzeczy Waleriana. Podała mu spodnie i spokojnie powiedziała:
No to ubieraj swoje portki i ruszaj.
Dokąd?
Do swojej mamy, na wieś. Na świeże powietrze. A nam mnie, Maćkowi i Feliksowi wystarczy naszego parku i wolności.
W życiu czasem najbardziej trzeba mieć odwagę, by nie zgodzić się na kompromisy, które odbierają nam szczęście.


