Jurek, słyszysz się? Czy mam czekać, aż w czterdziestu latach urodzę dziecko, żeby naprawić twoje młodzieńcze błędy? Dlaczego to ja mam płacić za to, że w twoim garażu było ci ciekawiej niż z własnym synem? pyta Zofia z autentycznym niedowierzaniem.
Zosiu, przestań! naciska Jan. Byłem głupi, nie doceniałem, nie rozumiałem, co tracę. A teraz wszystko przepadło, Stas nawet nie uważa mnie za ojca.
A w czym on się myli? Zofia uśmiecha się gorzko. Przez siedemnaście lat mieszkał nie z ojcem, a z sąsiadem z kamienicy. Myślałaś, że dziecko można wyłączyć i włączyć, jak telewizor, kiedy masz ochotę pograć w tatę?
Jan mruży i marszczy brwi. W jego oczach pojawia się znane irytujące spojrzenie, które Zofia widzi za każdym razem, gdy temat spada na jego ojcowskie obowiązki.
Zosiu, dość! To już sprawy przeszłości. Daj mi jeszcze jedną szansę upiera się.
Żebyś się pobawił i zostawił wszystko na mnie, a kolejny chłopiec dorastał bez ojca? Zofia krzyżuje ręce na piersi. Dziękuję, wystarczyło mi jedno nie. Nie, Jurek, to nie podlega dyskusji.
Na twarzy Jana pojawia się grymas obrazy i gniewu. Nie znajduje odpowiedzi, więc tylko gniewnie chrupie i zagłębia się w telefon.
Konflikt na chwilę się uspokaja, ale problem nie znika. Ich rozmowa zostawia Zofii ciężki osad. Nie chodzi tylko o absurdalne żądania męża boli ją sytuacja ich syna, Stasia.
Zofii było dwadzieścia trzy lata, gdy na świat przyszedł Stas. Wciąż pamięta, jak stała przed przychodnią, zmęczona, ale szczęśliwa, trzymając w ramionach maleńki, owinięty białym kocem kłębek. Jan stał przy nich jak sęp, nie odchodząc ani krok. Świecił z radości, poprawiał koc, całował Zofię w czoło, a czasem z szacunkiem podnosił syna do ręki.
Cały w moim stylu! Z taką samą dołeczką pod brodą zachwyca się, błysk w oczach. To ja teraz jestem ojcem, Zosiu. Dopiero teraz to rozumiem. Będę wszystko robił z nim razem! Bawić się, przewijać, uczyć grać w piłkę Będę najlepszym tatą na świecie, zobaczysz!
Zofia patrzyła na niego z takim samym błyskiem w oczach. Wierzyła w każde jego słowo. Myślała, że będą mieli idealną rodzinę, pełną miłości, troski i wspólnych radości.
Lecz rzeczywistość, jak to często bywa, okazuje się bardziej prozaiczna i surowa
Głęboka noc. Zofia chodzi po pokoju z ciemnymi cieniami pod oczami, kołysząc w ramionach krzyczącego od kolki niemowlaka. To już trzeci raz w noc. Jan niechętnie przewraca się w łóżku, przyciskając kołdrę do czoła.
Dość go już! szepcze. Jutro mam iść do pracy, muszę wstać wcześnie!
W takich chwilach Zofia ucieka do drugiego pokoju, łzy bezsilności w oczach. Dziecko krzyczy jeszcze głośniej, chcąc zostać w sypialni, ale kobieta nie ma wyboru. Zamykają drzwi, a Zofia kołysze Stasia godzinami, by dać mężowi szansę na sen.
W weekend. Zmęczona tygodniem bez snu, Zofia nieśmiało prosi:
Jurek, może wyjdziesz z nim na dwie godzinki? Upadam już z nóg, chcę spać
Zosiu, zaraz? Teraz nie mogę, mam plany. Obiecały mi koledzy podkręcić auto, będziemy naprawiać.
Ale nie dam rady
Aniu, jesteś silna, dasz radę. A ja wrócę i pomogę.
Drzwi zamykają się, zostawiając Zofię samą z swoją siłą i wyczerpującym macierzyńskim obowiązkiem. Później nigdy nie przychodzi.
Czas płynie. Stas rośnie. Zofia próbuje nawiązać choć trochę więź między ojcem a synem. Podchodzi do Jana, który siedzi rozluźniony w fotelu i ogląda mecz, podaje mu różowonóżkę małego Stasia, wyciągającego ręce.
Weź go, spędź trochę czasu, prosi, nie dla odpoczynku, a po to, by związać rodzinę.
Jan bierze syna niechętnie, z miną, jakby podano mu podejrzany pakunek. Trzyma chłopca na wyprostowanych rękach, nie przytulając, patrzy przez niego na telewizor. Po półtorej minuty niechcący odkłada syna na podłogę i wraca do meczu.
Stas ma już pięć lat. Siada na dywanie w salonie, budując z klocków wieżę. Jan przechodzi obok, nie patrzy na niego. Syn też nie podnosi wzroku. Ojciec już przywykł do swojej nieobecności.
Jan nie jest zupełnie fatalnym mężem. Przynosi do domu pieniądze, pomaga Zofii w kuchni i sprzątaniu. Ale dzieciństwo syna przegapił. Czy więc dziwi, że dorosły Stas nie postrzega go jako ojca?
Stasiek, jak w szkole? pyta Jan w pewnym momencie.
Ehh nic, wszystko w porządku odpowiada niepewnie chłopiec.
Na ocenach? Mam pomóc, jeśli trzeba. Nauka to podstawa, nie chcę, żeby mój syn został sprzątaczem.
Nie, tato, dzięki. Wszystko gra mówi Stas i szybko ucieka do swojego pokoju.
Może w weekend wybierzemy się na ryby? woła Jan za nim.
Stas nie odpowiada. Zofia wie, że dziś ma dyskotekę szkolną, zaprosił tam dziewczynę z klasy, którą lubi, a ona go odrzuciła. Poza tym ryby go nie kręcą.
Było jasne, że pociąg odjechał. Stas nie jest już tym małym chłopcem, który żądał uwagi ojca. Dzieciństwo, które Jan chciał nadrobić, przepadło bezpowrotnie. Gdy to uświadamia, marzy o czystym wpisie drugim dziecku. Zofia, pamiętająca każdą bezsenną noc, jest zdecydowanie przeciw.
Wkrótce wieści o rodzinnych tarciach docierają do krewnych.
Córeczko, wszystko wiem, Jurek wszystko mi opowiedział. Posłuchaj mamy, urodź drugie dziecko. Jan się zmienił, dorósł! Nie odbieraj mu drugiej szansy. To będzie szczęście, mieć jeszcze jedno maleństwo!
Teściowa też wtrąca swoją radę.
Zosiu, jeśli nie będziesz mieć, możesz go stracić mówi. Mężczyzna ma marzenie, chce być ojcem. Jeśli nie ty, inna się o to zabierze. To i dla ciebie korzystne. Pomyśl o przyszłości. Pierwszy syn wkrótce wyleci z gniazda, a drugi wzmocni małżeństwo i pomoże w starości.
Zofia czuje podwójny gniew słysząc to od innych kobiet. Jakby jej ciało i życie stały się przedmiotem jakiegoś szalonego targu. Wszyscy widzą w niej tylko matkę i żonę, nie zmęczoną kobietę, która już kiedyś przeszła tę drogę i doskonale pamięta, jak się kończy.
W desperacji wymyśla plan, częściowo absurdalny, ale mający udowodnić wszystko. Znajduje w szafie starą pudełko ze Stasowymi rzeczami i wśród nich kurzącego się, ale wciąż działającego tamagotchi małego elektronicznego zwierzaka, którego trzeba karmić, bawić, leczyć i sprzątać.
Kiedy Jan wraca z pracy, Zofia podaje mu plastikowe jajo z małym szarym ekranem.
Co to? pyta zaskoczony, przyglądając się prezentowi.
To twój okres próbny. Spróbuj choć jednej dziesiątej tego, co czeka cię jako ojciec. Ten gadżet trzeba karmić co godzinę i dbać o niego, jak o dziecko, ale wystarczy przyciskać przyciski. Jak coś źle zrobisz, będzie syczeć. Jeśli po roku twój tamagotchi wciąż będzie żywy, uwierzę, że naprawdę jesteś gotowy na dziecko.
Jan patrzy na żonę, potem głośno się śmieje, myśląc, że to żart. Gdy widzi jej niewzruszoną twarz, śmiech zamienia się w irytację.
Ty naprawdę to poważnie? Porównujesz żywe dziecko do tej zabawki?
Zacznij od tego. Jeśli nie dasz rady z tą zabawką, o jakim dziecku mówimy?
Mąż uśmiecha się, uznaje to za drobnostkę i wkłada gadżet do kieszeni. Przez pierwsze trzy dni wstaje w nocy, by nakarmić wirtualnego zwierzaka. Piątego dnia zaczyna wariować, ale nie poddaje się misji. Po tygodniu narzeka, że nie radzi sobie w pracy z powodu braku snu.
Ósmy dzień przychodzi, wraca do domu i rzuca tamagotchi na stół. Na ekranie pojawia się wyraźny czerwony krzyż, znak niepowodzenia.
Zapomniałem nakarmić. Było awaryjnie w pracy mówi Jan, unikając spojrzenia Zofii.
Od tego momentu kłótnie i spory trwają, ale łagodnieją. Atmosfera nieporozumień i urazy pozostają, jednak Jan nie nalega już tak zawzięcie.
Trzy lata później wszystko układa się na swoim miejscu. Stas, już student, przyprowadza do domu dziewczynę, a wkrótce ogłaszają ciążę.
Jan znów się przemienia. Jego entuzjazm nie zna granic. Mówi o drugim szansie, tym razem jako dziadek. Kupuje wózek z odłożonych pieniędzy, zaopatrza w body niepasujące rozmiarem i zestawy małych klocków. Przysięga, że będzie najlepszym dziadkiem na świecie, będzie pomagał, spacerował i bawił się z wnukiem.
Zofia obserwuje to z zdrowym sceptycyzmem.
Kiedy wnuk przychodzi na świat, historia powtarza się przewidywalnie. Pierwsze tygodnie Jan naprawdę angażuje się, kołysze dziecko, robi zdjęcia. Jednak po chwili, gdy pierwsze emocje opadają, jego zapał gaśnie. Na jego żądanie młodzi przeprowadzają się do wynajmowanego mieszkania, a pomoc ogranicza się do rzadkich, starannie zaplanowanych wizyt weekendowych, kiedy dziecko jest przewijane, nakarmione i w dobrym humorze. Gdy maluch zaczyna płakać, Jan znajduje wymówkę: telefon służbowy, nagłe spotkanie, matka i jej działka.
Zofia wkracza na ratunek, patrzy na tę scenę, na swojego syna i jego zmęczoną partnerkę i rozumie, że podjęła właściwą decyzję. Stas wyrośnięty jest w wrażliwego i odpowiedzialnego mężczyznę, nie zostawia żony samej. A Jan pozostaje tym, kim zawsze był człowiekiem, który kocha jedynie ideę ojcostwa, nie jego istotę.



