**Dziennik osobisty**
Smakowałam właśnie placki ziemniaczane, gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam syna – Staś stał z torbą i zmęczonym spojrzeniem.
– Mamo, odszedłem od Basi – powiedział od progu, jakby cisnął ciężar z piersi.
– Jak to odszedłeś?! – zdenerwowałam się, patrząc mu głęboko w oczy.
– Znajomi mówili, że nie pasujemy. Tylko siedzi w telefonie, obiad spali, w domu jak w chlewie… – głos mu się łamał. – Zostanę u ciebie, dobrze?
– Nie – odpowiedziałam stanowczo, wygarniając mąkę z paznokci.
Staś aż się zesztywnieł:
– Dlaczego nie?
– Bo nie. Ale usiądź, zje coś. Pogadamy.
Syn wciągał żurek z jajkiem jakby od tygodnia nie jadł, między każdym kęsem narzekając:
– Przed ślubem chodziliśmy do kawiarni, było fajnie. A teraz? Myślałem, że obiad sam się gotuje. A ona jak dzieciak, w internecie przepisy szuka – raz za słone, raz surowe. Udaję, że smakuje, ale ledwo przełykam.
– Stara się, synu – westchnęłam. – Nie każdy od razu rodzi się kucharzem. A ty tylko krytykujesz.
– Stara się?! A kto robi ten bajzel? Ubrania na krzesłach, na łóżku, nawet w łazience! Jakby huragan przeszedł. Ona albo drętwie przed telewizorem, albo w telefonie. Ja ciągle sprzątam. Zwróciłem uwagę – zaczęła płakać.
– Młoda jest jeszcze, głupia – odparłam spokojnie. – A ty? Dorosły niby? Ryczysz jak dziecko. Facet ma pokazywać przykład, cudze serce się zdobywa, a nie wymusza.
– Ale ja ją kocham…
– Ona tego nie czuje. Koniec kropka.
Następnego ranka, gdy syn poszedł do pracy, zadzwoniłam do Basi:
– Córciu, wpadnę, pogadamy.
Kupiłam zakupy, dotarłam do ich mieszkania – drzwi otworzyła Basia, jeszcze zasnąć.
– Wyprawiłaś Stęsia do pracy? – spytałam, wchodząc do kuchni.
– A po co? Sam się ogarnął, kawę wypił… Coś nie tak?
– I to ci wystarcza? Na zewnątrz południe, a ty ledwo oczy przecierasz. W kuchni armagedon.
– Przepraszam… nocą w telefonie siedziałam…
– Basieńko, kocham cię jak córkę. Pomogę ci. Sprzątniemy, ugotujemy.
– Dam radę sama… Dogadamy się ze Staśkiem…
– Twoja wola. Tyle że potem nie przychodź do mnie z płaczem. Masz, przyniosłam zakupy.
– Dziękuję. Nie gniewaj się.
Dni mijały. Staś coraz częściej zostawał u mnie, w końcu nawet skłamał Basi, że jedzie w delegację. W rzeczywieistości nie chciał wracać do domu.
– Męczy mnie – skarżył się. – Nic nie czyta, tylko zakupy i gry. Pracować nie chce. Wciąż „kup mi, kup tamto”. Nie jestem bankomatem.
Słuchałam, nie przerywając. Ale pewnego wieczoru na progu stanęła Basia. Płacząca.
– Mamo… on mnie nie kocha… wraca późno, nie je, nie gada… mówi, że ślub to błąd… To przez wasze wychowanie.
– A może twoja matka czegoś cię nie nauczyła? Myślisz, że tylko mężczyzna ma obowiązki? Kobieta też. Życie we dwoje to praca, nie spacer w parku.
Rozmawiałyśmy długo. Wysłuchałam, podpowiedziałam. Umówiłyśmy się: Basia nauczy się gotować, ogarniać dom, szukać pracy.
Minęło pół roku. Pomogłam synowej znaleźć pracę, nauczyłam gotować żurek, robić schłabowe. Pewnego dnia zaprosili mnie na obiad. Na stole – domowe obłędności.
– Mamo, Basia to złoto! Obiad jak w restauracji. Nauczyła się błyskawicznie.
Łzy same cisnęły mi się do oczu. Pogłaskałam ją po ramieniu:
– Brawo, córuś. Wiesz teraz, jak to działa.
Życie się ułożyło. Rano jedali śniadania razem, wieczorem gotowali, dzielili obowiązki. Staś przestał uciekać z narzekaniem, a Basia – z płaczem.
Pięć lat później urodziła się im córeczka. Na pierwsze urodziny zaprosili rodzinę. Po obiedzie Basia usiadła obok mnie:
– Mamo, dziękuję. Bez ciebie byśmy się rozeszli. Byłam taka głupia…
– Byłaś młoda. Teraz masz rodzinę.
– Chcę wrócić do pracy. Pomożesz z wnuczką? Na zmianę z moją mamą?
– Oczywiście, głuptasku. To przecież radość.
Od tamtej pory nie jestem tylko teściową – jesteśmy przyjaciółkami. Dziś mają już dwójkę dzieci. Ja na emeryturze, wnuki często u mnie śpią. Gdy ktoś pyta, jak uratowałam ich małżeństwo, odpowiadam:
– Zawsze trzymam stronę kobiet. Nawet jeśli to mój syn – jeśli zachowuje się nie po męsku, też dostanie burę.



