Kiedy Łucja skończyła szesnaście lat, staruszka-czyganek na krakowskim targu chwyciła ją za rękę, spojrzała w linie losu i rzekła:
Nigdy nie wyjdziesz za mąż.
Łucja tylko się roześmiała. Lata minęły, a gdy Kacper stanął przed nią z pierśniakiem, przypomniała sobie te słowa i z ironicznym uśmiechem odparła:
No cóż, przynajmniej jako panna młoda będę.
Zgodzili się i wzięli ślub. Dzieci nie było. Lekarze stanowczo stwierdzili: bezpłodność, koniec. Brak opcji.
No niech przynajmniej jako żona zostanę westchnęła Łucja, walcząc ze łzami.
Nagle zdarzyło się cudo zaszła w ciążę. Lekarze ostrzegli:
To ryzykowne, możesz nie przeżyć.
Łucja tylko się uśmiechnęła:
No niech przynajmniej jako ciężarna będę.
Urodziła zdrowego, silnego chłopca. Lata mijały, a z Kacprem przeszli wszystko radości i straty, śmiech i łzy, wzloty i upadki. Czterdzieści lat przelotem minęło niczym jeden dzień.
Wtedy przyszła nowa diagnoza:
Zostało wam pół roku życia.
Łucja spojrzała prosto w oczy lekarzy i odpowiedziała:
W takim razie skoczę ze spadochronem. Zawsze o tym marzyłam.
I skoczyła. Raz, drugi, trzeci i jeszcze kilka skoków. Po kilku miesiącach, kiedy zrobiła kolejne badania, choroba już nie była.
Bo dopóki człowiek naprawdę żyje, los tylko wzrusza ramieniem i pisze jego historię od nowa.



