*Dzisiaj kolejny dzień, kiedy myślami wracam do przeszłości. “Dlaczego miłość odchodzi? Przecież była, naprawdę była. Byłam tak szczęśliwa, że nie widziałam świata poza nim. Kochałam, żyłam tylko dla niego. A on się zmienił, a ja tego nie zauważyłam. Naiwna jestem. Sama sobie winna. Zbyt się rozluźniłam, a nie wolno było.”* Patrzę przez okno na kołyszące się na wietrze drzewa. Chodniki posypane piaskiem, po kilku dniach bez śniegu podwórko zrobiło się szare.
*”Myślałam tylko o praniu, prasowaniu, żeby gotować smacznie. A on zapragnął namiętności, młodego ciała. Kryzys wieku średniego. Widziałam, że się młodzi, ale myślałam, że tylko stara się zatrzymać czas… Ciekawe, czy ona dobrze gotuje? A może jadają w restauracjach? Boże, o czym ja w ogóle myślę? To takie ciężkie. Minęło już kilka miesięcy, a ja wciąż nie mogę się uspokoić. I chyba nigdy nie przywyknę.”*
*Który dziś miesiąc?* Zastanawiam się. *Chyba czternasty. Stary Nowy Rok. A ja siedzę w domu jak jakaś staruszka. Dość tego, muszę się ogarnąć i wyjść na zakupy.*
Postawiłam pustą filiżankę po kawie w zlewie i poszłam do łazienki. Włączyłam wodę, zrzuciłam szlafrok i weszłam pod prysznic. Przełączyłam dźwignię, ale zacięła się. Szarpnęłam mocniej – urwała się, spadła do wanny, a z kranu i prysznica buchnęła woda. Próbowałam zamknąć, ale nic z tego.
Musiałam wyjść i zakręcić główny zawór. Woda przestała szaleć, ale wciąż kapała cienką strużką. Nie założyłam przemokłego szlafroka. W bieliźnie poszłam do pokoju, wzięłam dres i bluzę. *”No i umyta. Jak na złość wszystko. Rok nowy, a problemy te same. Ile razy mówiłam mężowi, że ten przełącznik się zacina, ale zawsze miał ważniejsze sprawy…”* Warknęłam pod nosem, ścierając wodę z podłogi.
Potem wykręciłam numer administracji. Ktoś musi być na dyżurze. Długie sygnały denerwowały. A jeśli nikt nie odbierze? Dzwonić do męża? Nie, nie będę się przed nim uniżać. W końcu odezwał się zmęczony kobiecy głos:
— Słucham.
Wyobraziłam sobie naburmuszoną kobietę, zmęczoną telefonami i skargami.
— W łazience urwał się kran! — krzyknęłam, nie wiadomo czemu.
— Wodę zakręciła pani?
— Tak.
— Hydraulik będzie w poniedziałek.
— Jak to w poniedziałek? Mam dwa dni bez wody? U mnie wszystko jest na jednej instalacji!
W słuchawce westchnięto zniecierpliwione.
— Hydraulik jest na interwencji. Jak skończy, przyjdzie. Zaraz mu zadzwonię.
— A długo czekać? — zawołałam, bojąc się, że się rozłączą. — Woda wciąż kapie, co jeśli pęknie rura?
— Proszę czekać, przyjdzie, jak będzie mógł.
Chciałam spytać, jak długo, ale w słuchawce rozległy się krótkie sygnały. *”No cóż, trzeba czekać. Boże, za co mi to?”* Przez chwilę jeszcze złorzeczyłam mężowi, który zostawił mnie samą ze starą instalacją. Ale co z tego?
W telewizji leciał jakiś serial. Zagłębiłam się w nim na tyle, że zapomniałam o wodzie. Gdy zadzwonili do drzwi, nie od razu przypomniałam sobie, kogo mam się spodziewać. Spojrzałam na zegarek — tylko godzinę dwadzieścia czekałam. Szybko.
Otworzyłam drzwi. Na progu stał elegancki mężczyzna koło sześćdziesiątki, siwy, dobrze ubrany.
— Wzywała pani hydraulika?
— Pan jest hydraulikiem? — spytałam nieufnie.
— Nie wyglądam? — uśmiechnął się, a w kącikach oczu pojawiły się promieniste zmarszczki.
— No… nie za bardzo. Zwykle są tacy… — Machnęłam ręką, szukając słowa.
— Ma pani rację. Nie jestem hydraulikiem. Ale kran naprawię.
— A kim pan jest? — nie ustępowałam.
— Sąsiadem hydraulika. Dobrze obchodził Stary Nowy Rok i nie jest w stanie pracować. Żona poprosiła, żebym go zastąpił, bo go zwolnią. Ona jest niepełnosprawna, nie pracuje, mają dwoje dzieci. — Zamilkł, czekając, bym go wpuściła, ale jakoś się nie spieszyłam. — No więc, będzie pani czekać do poniedziałku, czy pokaże, co się stało?
— Tak, proszę wejść. — Odsunęłam się.
Postawił na podłodze wyświechtaną torbę z narzędziami i poszedł do łazienki.
— Woda zakręcona? Dobrze. — Przyjrzał się baterii. — Trzeba wymienić przełącznik. Ale bateria stara, zardzewiała. Nie wytrzyma długo. Lepiej kupić nową.
— Niech pan zdecyduje — powiedziałam przygnębionym głosem.
— Niech się pani nie martwi, zrobię to. Skoczę do sklepu, kupię i zamontuję.
— To drogie? — zaniepokoiłam się, licząc w myślach, ile mam w portfelu.
— Przyniosę paragon. Proszę się nie bać. — Czekał na zgodę.
— No cóż… dobrze — odparłam bez entuzjazmu.
— Zostawię torbę? — Wyszedł za drzwi.
*”Może jednak powinnam czekać do poniedziałku?”* pomyślałam, tracąc humor. *”Bez łazienki i wody przez dwa dni? Nie ma mowy.”* Zagotowałam wodę, wypiłam herbatę, gdy zadzwonili ponownie. W drzwiach stał zdyszany hydraulik.
— Widzi pani, jak szybko. — Od razu ruszył do łazienki.
Poszłam do kuchni i patrzyłam przez okno. *”Powinnam mu potem zaproponować herbatę. W końcu się starał, biegł pewnie.”*
— Gotowe, niech pani sprawdzi.
Obróciłam się. Na jego twarzy zastygł zadowolony uśmiech.
W łazience było czysto, nowa bateria lśniła chromem. Włączyłam wodę — strumień uderzył mocno o dno wanny. Przełącznik działał gładko.
— Wszystko gra! — uśmiechnęłam się. — Ile jestem panu winna?
— Nic. To awaryjna naprawa. Oto paragon na baterię.
Wyjęłam portfel, podałam mu pieniądze i dodałam tysiąc złotych.
— Nie mogę tak. Pan się trudził, biegał do sklepu.
— To nie dla mnie, tylko dla pana sąsiada z dziećmi i chorą żoną.
— Dziękuję, przekażę.Kiedy patrzyłam na jego oczy, pełne ciepła i zrozumienia, poczułam, że może jednak jest nadzieja na nowe szczęście, nawet jeśli przyszło tak późno.



