Każda miłość ma swój kształt
Dziś, jak wyszłam na dwór, poczułam na sobie przeszywający warszawski wiatr. Chociaż koniec września, już było chłodno. Wyszłam z klatki bez kurtki, tak po prostu, zamyślona, nawet nie zauważając łez na policzkach.
Anetko, czemu płaczesz? usłyszałam nagle znajomy głos i aż podskoczyłam. To był Michaś, chłopak z sąsiedztwa, trochę ode mnie starszy, z rozczochraną czupryną.
Nie płaczę, tylko tak jakoś odpowiedziałam, chociaż wiedziałam, że kłamię.
Michaś spojrzał uważnie, wyciągnął z kieszeni trzy krówki.
Masz, nikomu nie mów, bo inni się rzucą. Lepiej idź już do domu nakazał poważnie. Posłuchałam.
Dziękuję szepnęłam, ale nie jestem głodna Po prostu
Michaś już wszystko rozumiał, kiwnął głową i poszedł swoją drogą. W naszej kamienicy wszyscy wiedzieli, że mój tata, Andrzej, pije. Często chodzi do jedynego w okolicy sklepu i bierze na kreskę. Pani Wioletta, ekspedientka, zawsze narzeka:
Jak ciebie jeszcze z pracy nie wyrzucili, tyle długu! gdera, ale kolejny raz daje mu wódkę i chleb. Tata wychodzi szybko i przepija, co tylko może.
Wróciłam do mieszkania. Niedawno skończyłam dziewięć lat. Żaden porządny obiad nigdy tu na mnie nie czekał. Nie powiedziałabym nikomu, że jestem głodna. Przecież mogliby zabrać mnie do domu dziecka! Tam jest ponoć gorzej niż tu No i tata zostałby sam. Nie, lepiej już tak. Nawet jeśli lodówka świeci pustkami.
Tego dnia wróciłam wcześniej ze szkoły, dwa ostatnie lekcje odwołano, bo pani Magda się rozchorowała. Wiatr smagał drzewami, szarpiąc liście. To był wyjątkowo zimny wrzesień. Stara kurtka i buty, które przepuszczają wodę tyle miałam.
Tata spał, ubrany, na kanapie, chrapiąc. Na stole dwie puste flaszki po Żubrówce, kilka leżało też pod stołem. Zaglądam do szafki w kuchni pusto. Nawet kromki chleba.
Połknęłam szybko krówki od Michasia. Zabrałam się za zadanie domowe. Usiadłam na stołku pod kuchennym oknem, otworzyłam zeszyt do matematyki ale nie mogłam się skupić. Przez szybę widziałam podwórko, drzewa tańczące na wietrze; liście goniły tam i z powrotem.
Za oknem, w ogródku, wszystko wyglądało ponuro. Kiedyś było tu zielono, malinowy krzak, truskawki, stara jabłoń. Teraz same chwasty, jabłoń sucha, po malinach ślad zaginął. Mama dbała o każdy kawałek, a teraz wszystko umarło. Tego lata tata potajemnie zerwał wszystkie jabłka z naszej jabłonki i sprzedał na bazarze.
Potrzebuję pieniędzy burknął.
Mój tata, Andrzej, kiedyś był zupełnie inny. Śmiał się, chodził z mamą do lasu na grzyby, razem oglądaliśmy Czar Par w telewizji, rano piliśmy herbatę i jedliśmy racuchy, które smażyła mama. Jeszcze piekła pączki z domowym dżemem.
Nie wiem, kiedy wszystko się zmieniło. Mama zachorowała, zabrali ją do szpitala. Nie wróciła.
Coś z sercem powiedział tata i rozpłakał się. Przytuliłam się do niego mocno, a on powiedział: Teraz mama będzie na nas patrzeć z góry, Anetko.
Potem przestał mówić, siedział godzinami z mamą na zdjęciu, aż zaczął pić. W naszym domu pojawiali się jacyś obcy panowie, głośni, śmierdzący fajkami i alkoholem. Ja chowałam się w swoim małym pokoiku albo siadałam samotnie na ławce na podwórku.
Westchnęłam, wracając do matematyki. Zadania rozwiązałam szybko nauka zawsze mi szła. Schowałam zeszyty do tornistra i położyłam się do łóżka.
Zawsze śpi przy mnie stary pluszowy królik Timuś, kupiony przez mamę wiele lat temu. Z białego zrobił się szary, ale to nadal mój ukochany Timuś. Przytuliłam go mocno.
Timuś, pamiętasz mamę? szepnęłam.
Wiedziałam, że pamięta, tak jak ja. Zamknęłam oczy, znów widziałam w myślach mamę, w fartuszku, z upiętymi włosami, jak zagniata ciasto.
Córeczko, zrobimy czarodziejskie bułeczki mawiała.
Jak to, mamo? Jak bułeczki mogą być czarodziejskie?
Oczywiście, że mogą śmiała się mama. Formujemy z ciasta serduszka, a jak się zje taką bułeczkę i pomyśli życzenie, to się spełni.
Zawsze pomagałam mamie lepić te serduszkowe drożdżówki, krzywe, śmieszne, a mama głaskała mnie po głowie:
Każda miłość ma swój kształt.
Pamiętam zapach świeżych bułeczek, rodzinne herbatki, gdy tata wracał i byliśmy razem.
Starłam łzy. Kiedyś tak było A teraz? Zegar wybijał godzinę w pustym mieszkaniu. W sercu dziura, żal, tęsknota. Bardzo chciałam się przytulić do mamy.
Mamusiu wyszeptałam do królika i otarłam łzy.
W sobotę nie było szkoły. Obiad? Tata znowu spał na kanapie. Ubieram pod sweter stary wełniany golf i idę przed siebie. Po kilku minutach jestem już pod starym domem na końcu naszej ulicy tu kiedyś mieszkał pan Antoni, zmarł dwa lata temu. Został po nim ogród z jabłoniami i gruszami, nikt się nim nie zajmuje.
Często się tu zapuszczam, przełaziłam przez płot i zbieram spadłe jabłka, gruszki.
Przecież nie kradnę, tylko biorę to, co i tak zgnije pocieszam siebie.
Pana Antoniego pamiętam jak przez mgłę starszy, siwy, chodził z laską, był bardzo miły, częstował dzieci owocami, czasem nawet cukierkiem. Po jego śmierci ogród zarósł, ale drzewa dalej rodziły owoce.
Tym razem, jak tylko przeleciałam przez ogrodzenie, podniosłam dwa jabłka i jedno ugryzłam.
Ej, ty tam! usłyszałam zaskoczona. Na ganku stała kobieta w płaszczu, spojrzałam na nią wystraszona, jabłka wypadły mi z rąk.
Kto ty? spytała ostrzej.
Aneta… Ja nie kradnę… tylko zbieram to, co z ziemi… Myślałam, że tu nikt nie mieszka…
A ja jestem wnuczką pana Antoniego. Przyjechałam wczoraj, teraz tu zamieszkam. Od kiedy zbierasz tu jabłka?
Od kiedy mama umarła głos mi się załamał, w oczach łzy.
Pani przysunęła się i mocno mnie objęła.
No już, chodź do mnie, nie płacz. Mam na imię Anna. Jak będziesz starsza, też będziesz Anną, nie tylko Anetką.
Anna od razu zobaczyła, że musi być mi naprawdę ciężko. Poszłyśmy razem do domu.
Buty zdejmij, właśnie posprzątałam, choć walizki jeszcze nie rozpakowane. Zaraz coś ugotuję. Zostaniemy sąsiadkami zerknęła na mnie: chude ramionka, stara kurtka, za krótkie rękawy.
Zupa mięsna będzie w porządku?
Z kurczakiem, oczywiście uśmiechnęła się ciepło. Chodź, siadaj do stołu.
Nie wstydziłam się. Byłam głodna jak wilk. Talerz z zupą parował na kolorowej ceracie, do tego kromka chleba. Było ciepło i przytulnie. Pani Anna postawiła jeszcze miskę zupę na stole.
Jedz, ile chcesz. Jak zabraknie, doleję, Anetko, nie krępuj się.
Nie krępowałam się, zjadłam do ostatniej łyżki; chleb zniknął szybciej niż myślałam.
Dołożyć?
Nie, dziękuję, już jestem najedzona.
No to teraz herbata powiedziała pani Anna i postawiła na stole koszyk przykryty ścierką. Pachniało wanilią. Odkryła, a tam bułeczki w kształcie serduszka. Wzięłam jedną, ugryzłam, aż zamknęłam oczy ze wzruszenia.
Takie same piekła moja mama wyszeptałam.
Po herbacie i bułeczkach czułam się lepiej, ogrzałam się jak nigdy do tej pory. Pani Anna zapytała:
Opowiedz mi trochę o sobie. Gdzie mieszkasz, z kim Potem cię odprowadzę.
Sama trafię, to tylko kilka domów. Nie chciałam, żeby pani Anna zobaczyła nasz bałagan.
Trzeba powiedziała stanowczo.
W domu przywitała nas cisza. Tata spał w ubraniu na kanapie. Na podłodze porozrzucane butelki, niedopałki i jakieś szmaty.
Pani Anna szybko się rozejrzała, pokręciła głową.
Teraz cię rozumiem… No to bierzmy się za porządki! naprawdę zabrała się do roboty. Sprzątnęła ze stołu, wyniosła butelki do siatki, rozsunęła firanki, wytrzepała dywanik.
Popatrzyłam na nią błagalnie:
Proszę, nie mów nikomu, że tak u nas jest. Mój tata nie jest zły, on się tylko pogubił. Ja nie chcę iść do domu dziecka, ja chcę z nim zostać. On naprawdę potrafi być dobrym ojcem On tęskni za mamą.
Pani Anna przytuliła mnie z całej siły.
Nikomu nic nie powiem, obiecuję.
Czas mijał. Teraz biegłam rano do szkoły z nową fryzurą, w granatowym płaszczu i nowych kozaczkach, z tornistrem na plecach.
Anetka, to prawda, że twój tata ożenił się z panią Anną? spytała mnie Magda, koleżanka z klasy. Ale się zmieniłaś, ślicznie zapleciona!
Prawda! Teraz mam już drugą mamę ciocię Anię odpowiedziałam dumnie i pobiegłam do szkoły.
Tata dawno przestał pić, dzięki pani Annie. Chodzili teraz razem: tata wysoki, zadbany, elegancki, a pani Anna poważna i piękna, zawsze uśmiechnięta. Kochała mnie od serca.
Czas leciał. Już jestem studentką na uniwersytecie, na święta zawsze wracam do domu, krzycząc na progu:
Mamusiu, wróciłam!
A w drzwiach już stoi pani Anna i śmiejąc się, ściska mnie mocno:
Witaj, moja przyszła profesorko! Witaj! i obie śmiejemy się ze szczęścia. Wieczorem wraca tata, też szczęśliwy, a w mieszkaniu pachnie serduszkowymi bułeczkami i herbatą bo każda miłość ma swój własny kształt.



