Kamienna kobieta

Kobieta z kamienia

Zeszyt wpis z 5 marca

Dziś rano zabrano mnie karetką prosto z ulicy, z deptaku w centrum Warszawy. Ulewa, chlapa, mróz, a ja jak długa walnęłam się na chodnik, pod samą knajpą z pierogami. Próby wstania były daremne ręce i nogi bezwładne jak u dziecka. Dwóch sanitariuszy młodzi jeszcze, jeden nawet pachniał jeszcze potrawami z domu wsadzili mnie do wózka, zaproponowali żebym się położyła, ale ja stanowczo odmówiłam. Nie jestem jeszcze staruszką, żeby mnie tu wwozić jak paczkę!

Zabrali mnie na izbę przyjęć. Siedziałam wyprostowana w tym ich szpitalnym wózku, w klasycznym, ciemnogranatowym garsonce, butach na obcasie, z wyeksponowanym makijażem, mocnym jak zawsze, bo inaczej się nie pokazuję. Na uszach ciężkie kolczyki z krakowską biżuterią, na kolanach moja ukochana skórzana torebka włoska, ponoć oryginalna, w każdym razie z metką.

Po tym jak wróciłam do siebie, dałam popalić kierowcy za smród fajek, który od niego bił, ratownikowi za powolność, praktykantowi chłopakowi z technikum rzuciłam, żeby mnie nie dotykał. Co on sobie wyobraża? Na to parsknął pod nosem, a ja nie byłam mu dłużna.

A pan sobie jeszcze pohamuje, młody człowieku! powiedziałam, zanosząc się prawie śmiechem, bo temperament trzymał się mnie mocno, niezależnie od ciśnienia.

Spojrzałam na ten cały oddział jak jakaś kontrola z ministerstwa, zmrużyłam oczy i zszyłam brwi na środku dobrze wiedziałam jak wywierać wrażenie, poza tym moja twarz, ciężkiej roboty, szeroka, twarda, tylko kamieniarz mógłby ją wyskubać. Pod grubą warstwą pudru i tak przebijały się naczynka, a po zastrzyku pot ściekał po skroniach, rozmazując wszystko paskudnie.

Zwróciłam się do pielęgniarek, że nie mogę tu zostać, przeciąg, zimno, wszyscy sapią, a tu tłum. Kobieta przy rejestracji bezceremonialnie wyrwała dokumenty z rąk ratownika, rzuciła je na blat:
Dalej cała pani Baranowska na naszej głowie, panowie do widzenia.

Skok ciśnienia, utrata przytomności na Nowym Świecie nie uderzyła się w głowę wybełkotał młody ratownik.

Dobrze, Romku, już leć! Miejsce dla innych! pogładziła go po ramieniu pielęgniarka, ewidentnie matka tego dzieciaka. Od razu pomyślałam: No tak, rodzina, wszystko trzeba przecież ustawić.

Głowa mi pękała, ręce wiotczały, kiedy opadały na kolana, a wtedy torba chciała lądować na ziemi a ja już nie miałabym siły jej podnieść. Właściwie na nic już nie było siły. Nawet mówić ciężko. Język suchy, nabrzmiały, przykleił się do podniebienia.
Proszę wody poprosiłam w eter, głośno, jak tylko się dało. Nikt nie słyszał. Wszyscy biegli, pomagali swoim, lekarze ściskali stetoskopy, pielęgniarki kursowały z papierami a mnie nie widział nikt.

Gdzie jest Baranowska? sapnęła jedna z sióstr, jak sama w myślach o nich mówiłam.
Tutaj i powtórzyłam głośniej. TU jestem!

O, to pani: tu słoik, łazienka na końcu korytarza. Krew zaraz zbiorą. I niech pani zdejmie kapelusz, przecież nie jesteśmy na Syberii!

Zupełnie zapomniałam, że siedzę w mojej ukochanej czapie z lisa, wyglądałam jak wyjęta z Miś Barei od tego ten pot, to ogólne rozbicie. Zdjęłam niechętnie, upchnęłam w torbie razem z dokumentami. Nie wybierałam się tu na długo. Trochę odpocząć, wypiszą i wrócę do firmy. Dla mnie, Barbary Baranowskiej, dyrektorki firmy okiennej, szkoda czasu na leżenie! Przecież okna same się nie sprzedadzą!

Siedziałam z tym słoikiem, a przypomniało mi się, jak to zawsze byłam duża. Już jako noworodek, później dziewczynka, kobieta wreszcie czasem mi w sklepie z obuwiem mówili z rozbawieniem: “O, jaki rozmiar stóp pani ma!” Teraz już mnie to nie rusza, ale wtedy? Przy matce, drobnej, szczupłej jak wróbelek, byłam jak Goliat. To po tacie ten był wielki, herbowy chłop, niestety spalił się na raka, gdy byłam dzieckiem.

Zawsze wstydziłam się tej wielkości, potrzeby bycia czyjąś. Dopiero sport mnie ratował, przypadkiem trafiłam na lekkoatletykę trener był chwilowym narzeczonym mamy i chciał mieć mnie z głowy, więc skierował na stadion. Pchnięcie kulą, rzut dyskiem tam znalazłam swoje miejsce. Byłam mocna, kilka razy kontuzje, bolało, ale przynajmniej byłam kimś. Raz za bardzo zaufałam facetowi, poszły głupstwa, potem pogrzebałam matkę, stanęłam na nogi i uhodowałam z siebie kobietę-kamień. Kamienna baba tak do mnie mówili.

Potem własna firma, duża działalność, Okna Świata spod moich rąk podbiły pół Mazowsza. Nie byłam miła dla podwładnych, nie parzyłam z nimi herbaty, ale zawsze byłam za nich murem. Prowadziłam ludzi, broniłam. O wszystko wiedziałam od wyników testu ciążowego sekretarki po rodzinne dramaty pracowników. Pomagałam, wysyłałam do lekarzy, organizowałam wigilię, ale nigdy nie przebierałam się za Mikołaja wydawało mi się to po prostu śmieszne, zważywszy na moje rozmiary.

I nie byłam tyranem, raczej taranem takim parowozem, który się nie zatrzymuje. W końcu mam syna, Sebastiana, dla niego wszystko.

A jednak syn był coraz dalej. W domu czułam się niepotrzebna, kochałam czynami nowe okna (w końcu matka od okien), remonty, wypoczynek na Mazurach choć sama nie jeździłam, bo czasu zawsze brakowało. Nigdy nie powiedziałam, że go po prostu kocham… I on to czuł.

Gdy dziś przewieźli mnie do pokoju, nadszedł moment przemyśleń. Siedzę i myślę: do kogo zadzwonić? Gdzie rodzina? Syn? Synowa? Nikt nie odbiera, każdy zajęty sobą.

Położyli mnie na łóżku, przykryli, a ja wciąż słyszałam głos z metra: Trzymać się prawej strony, trzymać się prawej To mnie prowadziło, w metrze zawsze jeździłam z kierowcą, nigdy nie prowadziłam auta sama. Teraz nawet kierowca, pan Ryszard, został na podwórku, bo mu śmieciarka wgięła auto. Nie trzeba taksówki przejadę się metrem powiedziałam mu rano, wystraszona trochę, ale nie pokażę przecież.

W szpitalnych salach dziwnie pachnie perfumy starej pacjentki, lekarstwa, waniliowe sucharki. Trzecie piętro, przez okno nie widać już neonów ale na myśl przywołałam obraz choinki, jaką kiedyś kupiłam dla Sebastiana. On wtedy siedział w szatni w przedszkolu, sam, smutny inne matki tuliły dzieci, pomagały zapiąć guziki. Moja stała obok jak posąg, spokojna, nie podchodziła z pomocą. Chciał mi dokuczyć, okazać obojętność na nowy czerwony kombinezon, co mu kupiłam.

Kiedy kupiłam tę wymarzoną przez niego girlandę i okazało się w domu, że się nie świeci miałam łzy w oczach, ale nie przy nim. Po dwóch dniach naprawili ją mechanicy z mojego zakładu. Sebastian już był chory, nie poszedł do przedszkola, nikomu się nie pochwalił, a ja to zapamiętałam…

Kolejna scena leżę na łóżku, zjawia się pielęgniarka w różowym uniformie. Zmywa mi makijaż mokrym wacikiem. Przypomniała mi się mama dawno nieżyjąca, we wrześniu odwiedziłam jej grób, zleciłam pomalowanie płotu, zasiałyśmy niezapominajki. Mama zawsze w dzieciństwie wycierała mi twarz, miękkim, czystym ręcznikiem pachnącym mrozem.

Dajże spokój, nie trzeba szepnęłam, a pielęgniarka: Spokojnie, proszę odpocząć.

Wyciągnęłam rękę do torebki, by zapłacić za pomoc, a tu brak portfela! Trzeci raz w życiu mnie okradli. Pierwszy raz na ruchomych schodach w metrze wtedy wyciągnęli portfel, nowy, niebieski, razem ze zdjęciem syna i centem na szczęście Wtedy ryczałam nie o pieniądze, ale o stratę, o tę nieszczęsną torbę, której tak byłam dumna. Została dziura.

Dzisiaj też żal. Podejrzewam, że to tamten dziwny mężczyzna z izby przyjęć. No trudno, przeżyję.

Rano telefon od syna. Nie, to synowa, Joanna, mówi, że przyjedzie, przyniesie jakieś rzeczy. Nigdy nie byłyśmy sobie bliskie, ale nawet teraz, gdy ona mnie odwiedza z piżamą, ręcznikiem, słodyczami z mojego ulubionego sklepu, serce mi ściska.

Pod wieczór przynoszą mi portfel i pierścionek. Okazuje się, złodziej to stary znajomy z czasów sportu. Był moim najlepszym wtedy gładził mnie po głowie, był czuły, a potem Potem życie.

Siedzę na łóżku, zegarek tyka. Oglądam się. Joanna siedzi obok. Rozwodu z synem na razie mi nie mówi nie chce mnie martwić. Sebastian kilka razy dzwoni, nie odbieram. Płaczę po cichu, nie umiem powiedzieć dlaczego.

Katka, znalazła mnie tu, jest pielęgniarką. Rozmawiamy. Jedyna w młodości wiedziała, przez co przeszłam przez upokorzenie, stratę, aborcję. Teraz ona dzieci, wnuki, szczęście, a ja Wciąż ta sama. Wielka, silna, a od środka delikatna jak piórko przez życie idę jak przez rozbite lustro na boso.

Dzisiaj do głowy przyszło mi, że przecież nawet kamień może popękać. Może lepiej nie być już kamienną babą? Joanna coś do mnie mówi. Zinaida współlokatorka z oknem na świat wcina sucharki, a ja siadam obok i przynoszę jej herbatę.

Patrzę w okno. Wiosna. Nowe okna czekają na montaż. Trzeba posadzić niezapominajki, upiec sernik, może kupić sobie wreszcie coś ładnego. Jest praca, są ludzie, których lubię, i jest wnuk businka na ekranie USG. I przyszłość.

Kobieta kamień… Ale przecież tak łatwo się popłakać. Jak dziecko. Jak wtedy, gdy przyszłam na świat i zaryczałam na cały oddział…

Rate article
Fajna Tajna
Kamienna kobieta