**Dziennik, 15 października**
Półnaga dziewczyna na kalendarzu patrzyła na mnie z góry, wyzywająco się uśmiechając. Ten kalendarz irytował mnie od dawna. Tylko mój nieboszczyk—przepraszam, były mąż—mógł powiesić taki kicz na kuchni.
— Żegnaj, kochana! Zupełnie nie pasujesz do wnętrza.
Dziewczyna z kalendarza beznadziejnie uniosła nóżkę w lakierkach, spadając prosto do śmietnika. Ściana znów lśniła delikatną, pierwotną zielenią, ale lżej mi nie było. Tak, ten rok nie układał się najlepiej… Wszystko zaczęło się od ucieczki „drugiej połówki”, a teraz pewnie skończy się utratą pracy. Firma, która od miesięcy ledwo zipiała, zbliżała się do nieuchronnego końca. Pensję wypłacali coraz rzadziej… Więc po co w ogóle chodzić do biura? Właśnie, po nic. Zostając w domu, postanowiłam zabrać się za generalne sprzątanie.
Nie wyszło. Zamiast szorować kuchenkę, wciągnęłam się w darmową gazetkę, gdzie różnej maści oszuści reklamowali swoje „magiczne usługi”. Było tam wszystko: biali magowie, jasnowidze, wróżki, szeptuchy, uzdrawiacze… Na samym dole strona obiecywała cuda—najpotężniejsza ekstrasens **Wioleta** gwarantowała powrót męża, zdjęcie uroku, zmianę życia na lepsze i wiele więcej. Nie miałam nic lepszego do roboty (poza sprzątaniem, którego nie ruszyłam), a ciekawość zawsze była moją najlepszą cechą. Więc, ku własnemu zdziwieniu, wykręciłam numer…
***
Klata nie miała domofonu, żadnych kodów ani portiera. Drzwi otworzył zmęczony życiem typ. Gdy powiedziałam, że przyszłam „z ogłoszenia”, machnął leniwie ręką w stronę przedpokoju.
— Tam…
„Tam”, w skromnie urządzonej izbie, na rozlatującej się kanapie siedziała kobieta w średnim wieku, ubrana w coś bardzo, bardzo domowego. Szyję owijał jej stary, puchaty szalik.
— Dzień dobry, to pani dzwoniła? Więc chce pani, żebym zdjęła wieniec bezżeństwa…
— Właściwie to wyszłam za mąż zaraz po studiach. I byłam mężatką prawie piętnaście lat.
Spojrzała na mnie swoimi małymi oczkami z jasnymi rzęsami. Gdzie te piekielnie czarne, przenikliwe oczy, które miały wbijać się w dusze śmiertelników?!
— Przepraszam, pomyliłam panią z inną klientką.
Kichnęła.
Do pokoju wtargnął ten sam typ. Nie zwracając na mnie uwagi, oznajmił:
— Lucynka, w domu nie ma co jeść. Daj hajs, skoczę do sklepu.
Skrzywiła się, sięgnęła do szuflady, grzebała tam dłuższą chwilę, aż wreszcie wręczyła mu kilka pomiętych banknotów.
— Masz. Kup chleb, makaron i pasztetową.
— A na piwo? — oburzył się. — Bo nie idę…
Lucyna-Wioleta wcisnęła mu jeszcze parę złotych, a on zniknął.
— Więc… chce pani odzyskać męża? — zwróciła się do mnie już uprzejmiej.
Czy chcę? Nagle uświadomiłam sobie, że mój **Witold** jest żywą kopią jej małżonka—tylko lepiej ubraną, z mniej zaawansowanymi zakolami. I po co mi właściwie to „skarbyko”?
— Chyba się obejdę — odparłam. — Ale niech zrozumie, kogo stracił, i sam wróci z płaczem.
— Dobrze — zgodziła się natychmiast. — Co jeszcze?
— Chciałabym dostać wymarzoną pracę: kreatywną, prestiżową i dobrze płatną… Jeśli takie w ogóle istnieją.
— Oj, teraz ciężko o dobrą posadę… Ja od redukcji w urzędzie już trzy lata szukam — westchnęła Lucyna-Wioleta.
— Ale pani na pewno znajdzie — dodała szybko.
W przedpokoju zadzwonił telefon, a wkrótce wtoczył się z powrotem jej mąż, tym razem w jaskrawozielonej kurtce.
— Wołają cię do szkoły. Twój **Piotrek** skleił dziennik „Momemtem”.
— „Twój” tak samo jak i twój! Sam idź, już mi się nie chce wstydu nabierać…
Zostałyśmy same. Wyglądała na zakłopotaną.
— Te dzieci… Młodszy jeszcze pół biedy, ale starszy… Nie zna pani jakiegoś dobrego narkologa?
— Niestety, nie.
— No to kontynuujmy. Co jeszcze chce pani zmienić?
— A pani naprawdę może *wszystko*? — zażartowałam.
Nie zrozumiała ironii i poważnie skinęła głową.
— Gwarancja stu procent.
— W takim razie… niech zakocha się we mnie jakiś dobry, mądry, przystojny i bogaty facet. Najlepiej od zaraz. I za takiego wyjdę za mąż.
Wróżka coś zamruczała, zagięła trzy palce.
— I żeby wyglądać oszałamiająco. Maksymalnie na dwadzieścia pięć lat.
Skinęła głową, zagięła czwarty palec. Najwyraźniej nie żałowała dla mnie magii.
— Może coś jeszcze?
Moja wyobraźnia się wyczerpała. Chyba że…
— Chcę mieć syberyjskiego kota!
Lucyna-Wioletta zacisnęła pięść, wpatrzyła się w sufit i bezgłośnie poruszyła ustami. Pewnie liczyła, bo po chwili oznajmiła:
— To będzie tysiąc dwieście pięćdziesiąt złotych.
— A co z urokiem? — spytałam.
Zmrużyła oczy.
— Nie ma na pani uroku. Po prostu miała pani pecha.
— A teraz się odmieni?
— Teraz się odmieni.
Kichnęła na pożegnanie.
Czując się jak filantropka, wręczyłam honorarium i wyszłam. W drodze do domu beształam się w duchu—te pieniądze przydałyby się na rachunki.
Zmarznięta, poślizgnęłam się w kałuży, winda nie działała, a w skrzynce czekały niezapłacone opłaty. Chciałam się pocieszyć resztką kawy—ale przez pomyłkę wsypałam sól zamiast cukru. Obrażona na świat, położyłam się spać, zanim zdarzy się kolejna katastrofa.
***
Nazajutrz obudził mnie telefon. Z początku nie ogarnęłam, że dzwoni szef firmy, o której marzyłam od lat. OSOBIŚCIE. Jego głos był aksamitny, jakby śpiewał.
— Wiem, że wysyłała pani CV wiosną, ale… zgubiło się wśród innych. Dziś je znaleźliśmy. Kiedy mogłaby pani wpaść?
KIEDY? NATYCHMIAST, w kwiecistym szlafroku i kapciach! Oczywiście powiedziałam grzecznie, że „— Już dziś po południu — odparłam, a po odłożeniu słuchawki rzuciłam się do łazienki, by w pośpiechu ogarnąć chaos na głowie i znaleźć w szafie coś, co jeszcze przypominało garnitur.



